Wyjazd za granicę: sześć lat próby bez ukochanej osoby

twojacena.pl 59 minut temu

Dzienniki samotności: sześć lat próby bez ukochanego.

Czułam się okropnie zmęczona. Minęło sześć lat od dnia, gdy mąż mnie zostawił. Córka rok temu wyszła za mąż i wyprowadziła się do innego miasta.

Miałam zaledwie czterdzieści dwa lata wspaniały wiek dla kobiety. Druga młodość. Byłam świetną gospodynią, gotowałam przepyszne dania, a moje kiszone ogórki z pomidorami nazywano małym arcydziełem. Ale po co je teraz robić? Na balkonie i tak stały rzędy pustych słoików.

Czy naprawdę zginę sama, taka piękna? mówiłam do przyjaciółek. Odpowiadały: Nie! Szukaj mężczyzny! Jest tylu samotnych.
Jedna z nich poleciła mi agencję Najlepszy Mąż. Wydało mi się to trochę absurdalne i wstydliwe iść do agencji. Ale z drugiej strony już czterdzieści dwa, ta liczba mnie drażniła. Staromodne zegary babci tykały na ścianie, odliczając stracone godziny.

I tak trafiłam do agencji. Uprzejma pani w okularach w kolorze malinowym powiedziała:
U nas tylko najlepsi. Przejrzyjmy bazę danych, proszę usiąść!
Tak, wszyscy przystojni uśmiechnęłam się. Ale jak poznać człowieka? Jak zrozumieć, iż to ten?
Wszystko przemyślane odpowiedziała. Dajemy tydzień. Wystarczy, by się przekonać twój czy nie. Warto kontynuować czy szukać dalej.
Co dajecie?
Męża!
Jak to?
Właśnie tak! Tydzień mieszka z tobą. Słuchaj, nie jesteśmy tu dla nieśmiałych panien, mówimy wprost. U nas nie ma psychopatów ani wariatów.

Nagrom spodobał mi się ten pomysł. Wraz z panią w malinowych okularach wybrałyśmy pięciu kandydatów. Zapłaciłam niewielką sumę i wróciłam do domu. Pierwszy miał przyjść jeszcze tego wieczoru.
Założyłam zieloną sukienkę kolor nadziei. I kolczyki z diamentami, które tak rzadko wyciągałam z pudełka.
Dzyń! dzwonek do drzwi.
Najpierw spojrzałam przez wizjer. I zobaczyłam róże. choćby cicho jęknęłam z radości. Otworzyłam. Mężczyzna był elegancki, dokładnie taki, jak na zdjęciu.
Usiedliśmy do stołu, przygotowałam mnóstwo potraw. Bukiet stanął w środku. Spoglądałam ukradkiem na miłego gościa i myślałam: Wystarczy! Innych nie trzeba. Ten!.

Zaczęliśmy od sałatki. Przyszły mąż skrzywił się: Dlaczego tak kwaśne?. Zmieszana, uśmiechnęłam się, podałam pieczeń. Ugryzł kawałek: Twarde. Reszta też mu nie smakowała. Ze zdenerwowania zapomniałam o winie, które długo wybierałam. Nalałam: No, za poznanie!. Gość powąchał kieliszek, przełknął odrobinę: Tanie jakieś. Wstał: No, zobaczmy, jak tu u ciebie.

Wzięłam bukiet, podałam mu: Nie lubię róż. Do widzenia.
Nocą trochę popłakałam, bolało. Ale czekały jeszcze cztery spotkania.

Drugi przyszedł następnego wieczoru. Wszedł pewnie: No, cześć!. Czuć od niego wódkę. Spytałam: Już gdzieś świętowałeś nasze spotkanie?. Uśmiechnął się: Oj, daj spokój! Słuchaj, masz telewizor? Zaraz zaczyna się mecz. Legia Wisła. Omówimy wszystko przy tym. Odparłam ostro: Telewizor oglądaj u siebie.

Znowu noc i łzy.
Po kilku dniach przyszedł trzeci. Nie przystojniak, stara kurtka, zaniedbane paznokcie. I buty w błocie. Już myślałam, jak grzecznie go wyprosić. Ale najpierw postanowiłam nakarmić. Jadł chciwie, gwałtownie i głośno chwalił moje dania. choćby się zawstydziłam. Wyciągnęłam kiszone ogórki. Boże drogi! krzyknął nieprzystojniak. To najlepsze, co jadłem w życiu!.

I wtedy uderzyły zegary babci. Nieprzystojniak nadsłuchiwał: Co to za dźwięk?. Poszedł do pokoju, wspiął się na stołek i obejrzał zegary: gwałtownie je naprawię! Masz jakieś narzędzia?.
Wkrótce zegary biły czysto i donośnie, byłam szczęśliwa, słysząc ten delikatny dźwięk. Pomyślałam, iż to znak. Nieprzystojniak powinien zostać moim mężem. Był wspaniały, zaradny, a buty i paznokcie? Drobiazg, umyje, oczyści. Do tego był trzecim szczęśliwą liczbą.

Nadeszła noc. Tak, byłam gotowa, odwiedziłam salon piękności, położyłam luksusową pościel z wielkimi różami (bo jednak je kochałam). Gdy wyszłam z łazienki gość już spał, choćby się nie przebierając. Nie przejęłam się tym. Spojrzałam na niego z czułością: Zmęczony, biedaczek. Ostrożnie położyłam się obok pod kołdrą.

I wtedy zaczął się koszmar. Ten majster zaczął chrapać. Mistrzowsko, głośno, intensywnie. Przykryłam się poduszką, potem jego, przewróciłam śpiocha nic. Nie spałam całą noc, cierpiałam.

Rano gość poszedł do kuchni, gdzie siedziałam wymięta: No i co? Gdzie dziś wieczorem przywieźć rzeczy?.

Pokręciłam głową: Nie, przepraszam. Jesteś miły, ale Nie!.

Czwarty, brodacz, wydał mi się bohaterem starego filmu o geologach. Pozwoliłam mu choćby palić w kuchni. Brodacz zaciągnął się i oznajmił: Grażyno, od razu ustalmy. Jestem wolnym człowiekiem. Lubię wędkowanie, wyjazdy z kumplami. I nie znoszę, gdy dzwonią i pytają gdzie jesteś, gdzie jesteś? Zgoda?.

Patrzyłam, jak strząsa popiół do doniczki z orchideą, spytałam: A do kobiet też chodzisz?. Brodacz się uśmiechnął: A czemu nie? Mówiłem wolność! To normalne u faceta.

Po jego wyjściu długo wietrzyłam kuchnię. Rozbolała mnie głowa, czułam się strasznie zmęczona, jakby całe życie ze mnie uciekło. choćby nie umyłam naczyń.

Rano otworzyłam oczy, za firanką świeciło słońce, świergotały wesołe wróble. Nagle poczułam się dobrze. Sobota. Nigdzie się nie spieszyłam, nikt nie gonił.

I wtedy zadzwonił telefon: Grażyno! Dzwoni agencja «

Idź do oryginalnego materiału