Moja teściowa, Helena, od zawsze traktowała swojego syna, Pawła, jak swoją własność, ale ta wiadomość sprawiła, iż w jej oczach zapłonęła czysta furia. Dwa dni później Paweł odebrał telefon. Helena płakała – mówiła, iż zasłabła, iż boli ją w klatce piersiowej, iż lekarze podejrzewają najgorsze.
Zamiast pakować kartony, Paweł pakował torbę, by zamieszkać u matki „na kilka dni”. Te kilka dni zamieniło się w dwa miesiące.
Helena grała rolę umierającej perfekcyjnie. Leżała w półmroku, mówiła szeptem, trzymała się za serce za każdym razem, gdy Paweł wspominał o powrocie do domu czy o naszej przeprowadzce.
– Jedź, synku, jedź do żony... Ja sobie poradzę, najwyżej sąsiedzi mnie znajdą, jak już będzie za późno – szlochała, a mój mąż, blady z poczucia winy, zostawał, by parzyć jej herbatę i podawać leki, które sama sobie „przepisała”.
Czułam, iż coś jest nie tak. Helena zawsze była okazem zdrowia, a jej wyniki badań, które widziałam kątem oka na szafce, wyglądały na podejrzanie dobre. Kiedy Paweł nie odbierał moich telefonów, bo „mama właśnie ma atak i musi być przy niej”, zrozumiałam, iż tracę męża na rzecz kłamstwa.
Postanowiłam działać. Przyjechałam do jej domu bez zapowiedzi, mając ze sobą ciśnieniomierz i znajomą pielęgniarkę. Chciałam „pomóc”, a tak naprawdę chciałam przycisnąć ją do muru.
Zaparkowałam przecznicę dalej. Kiedy podeszłam pod okno salonu, usłyszałam coś, co sprawiło, iż krew w moich żyłach zawrzała. Z wnętrza dobiegała głośna muzyka i śmiech Heleny. Wyjrzałam ostrożnie. „Umierająca” teściowa, która jeszcze rano nie miała siły podnieść szklanki, teraz dziarsko tańczyła z mopem, śpiewając radosną piosenkę. Na stole stała niedopita kawa i ciastka.
Weszłam do środka, używając zapasowych kluczy. Helena znieruchomiała z mopem w ręku. Jej twarz w sekundę pobladła – tym razem z prawdziwego strachu.
– Cudowne ozdrowienie? – zapytałam, czując, jak trzęsą mi się ręce. – Czy Paweł wie, iż jego „konająca” matka właśnie robi generalne porządki przy radiu?
Zaczęła histeryzować. Twierdziła, iż to „chwila lepszego samopoczucia”, iż robi to dla niego, bo „on tak bardzo chciałby, żeby była zdrowa”. Ale kiedy Paweł wszedł do kuchni i zobaczył ją z tym mopem, a potem usłyszał nagranie z mojego telefonu, na którym widać było jej taniec – w jego oczach coś zgasło.
– Mamo, ja przez ciebie nie spałem po nocach. Ja chciałem zrezygnować z pracy, żeby cię pilnować – powiedział cicho, a w jego głosie był tylko ból.
Helena nie przeprosiła. Do końca twierdziła, iż to moja wina, bo „odciągam go od matki”. Nie mogłam uwierzyć, iż dorosła kobieta jest zdolna do tak obrzydliwej manipulacji własnym dzieckiem. Wyjechaliśmy następnego dnia. Helena do dziś wysyła mu SMS-y o rzekomych bólach głowy, ale teraz Paweł wie, iż jej największą chorobą nie jest serce, ale chorobliwa zazdrość o nasze szczęście.














