Byłam podekscytowana – to miał być jego pierwszy „prawdziwy” dom, miejsce, w którym zacznie dorosłe życie. Przygotowałam ciasto, kupiłam kwiaty i szłam z myślą, iż wreszcie usiądziemy przy stole, jak rodzina.
Kiedy jednak otworzyłam drzwi, poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Na kanapie siedziała osoba, której nigdy nie chciałam więcej oglądać – mój były mąż. Człowiek, który zostawił mnie lata temu w upokorzeniu i biedzie, wybierając dla siebie wygodne życie u boku innej kobiety.
Syn witał mnie z uśmiechem, niczego nieświadomy. – Mamo, spójrz, tata jest dziś z nami. Chcę, żebyśmy wszyscy zjedli razem obiad, jak dawniej.
Słowa wbijały mi się w serce jak ostrza. On podniósł wzrok i skinął głową, jakby nic się nie stało. Jakby te wszystkie lata bólu i samotności nie miały żadnego znaczenia. Jakby mógł usiąść naprzeciwko mnie, w nowym mieszkaniu syna, i zagrać rolę ojca, którego zabrakło, kiedy był najbardziej potrzebny.
Obiad stał się dla mnie koszmarem. Siedziałam sztywno, słuchałam, jak syn rozmawia z nim swobodnie, jak opowiada o pracy, o planach na przyszłość. Patrzyłam, jak cieszy się jego obecnością, a ja czułam tylko jedno – iż ktoś brutalnie otworzył ranę, którą latami próbowałam zagoić.
Kiedy wracałam do domu, płakałam jak dziecko. Nie wiedziałam, co bardziej mnie boli – to, iż syn tak łatwo wybaczył ojcu, czy to, iż ja nigdy nie będę w stanie.
Bo dramatem nie zawsze jest samotność. Czasami dramatem jest spotkanie twarzą w twarz z przeszłością, której chciało się uniknąć za wszelką cenę.