Myślałam, iż żartuje.
— Mamo, przestań — powiedziałam. — O czym ty w ogóle mówisz?
Ale ona patrzyła na mnie poważnie.
— Nie żartuję, Kasiu.
— Ile ty masz lat? — zapytałam ostro.
— Sześćdziesiąt trzy.
— No właśnie!
W kuchni zapadła ciężka cisza.
Nie potrafiłam tego pojąć. Mama była wdową od prawie piętnastu lat. Po śmierci taty poświęciła się całkowicie rodzinie — pomagała mi przy dzieciach, pilnowała domu, zawsze była obok.
A teraz nagle oznajmiła, iż chce… zaczynać nowe życie.
— Kto to w ogóle jest? — zapytałam chłodno.
— Andrzej. Poznaliśmy się w sanatorium.
Przewróciłam oczami.
— Oczywiście.
Mama zmarszczyła brwi.
— Nie patrz tak na mnie.
— Jak mam patrzeć? Ludzie w twoim wieku zostają babciami, a nie pannami młodymi.
— Ja już jestem babcią.
— No właśnie!
Mama spuściła wzrok.
— Kasiu… czy to coś złego, iż nie chcę być sama do końca życia?
Nie odpowiedziałam.
Byłam zła. Wstydziłam się tej sytuacji. Co powiedzą znajomi? Sąsiedzi? Rodzina?
Przez kolejne tygodnie prawie z nią nie rozmawiałam.
Gdy próbowała opowiadać o Andrzeju, ucinałam temat.
— Nie chcę tego słuchać.
Mama przyjęła to w ciszy.
Ślub miał być mały. Tylko kilka osób.
Nie chciałam iść.
Ale w ostatniej chwili coś mnie tknęło.
Pojechałam.
Mały kościółek na obrzeżach miasta był prawie pusty. Kilka starszych osób, trochę rodziny Andrzeja.
Mama stała przy ołtarzu w prostej kremowej sukience.
Nigdy nie widziałam jej takiej.
Nie wyglądała jak staruszka.
Wyglądała jak kobieta, która po wielu latach samotności w końcu przestała być sama.
Kiedy mnie zobaczyła w drzwiach, jej oczy zaszkliły się od łez.
Po ceremonii podeszłam do niej.
— Nie musiałaś przychodzić — powiedziała cicho.
— Wiem.
Spojrzałam na Andrzeja.
Trzymał mamę za rękę z taką czułością, jakiej dawno nie widziałam w czyichkolwiek oczach.
Wtedy nagle poczułam wstyd.
Nie za nią.
Za siebie.
Bo przez cały ten czas nie potrafiłam zrozumieć jednej rzeczy.
Miłość nie ma wieku.
A samotność potrafi boleć tak samo w wieku trzydziestu lat… jak i sześćdziesięciu trzech.











