Przez cztery dekady małżeństwa myślałam, iż wygrałam los na loterii. Był kochającym ojcem dla naszej dwójki dzieci, czułym mężem i szanowanym w okolicy człowiekiem. Kiedy zmarł nagle na zawał, świat się dla nas zatrzymał. Podczas pogrzebu połowa miasteczka płakała razem ze mną, a ja, otulona czarnym woalem, czułam dumę, iż byłam żoną tak wspaniałego mężczyzny.
Prawda przyszła tydzień później, w skromnej, brązowej kopercie, która nie trafiła do skrzynki, ale została przyniesiona osobiście.
Siedzieliśmy z dorosłymi już dziećmi w salonie, przeglądając zdjęcia z młodości, gdy zadzwonił dzwonek. W progu stała kobieta – znacznie młodsza ode mnie, z dwójką nastolatków u boku. Chłopiec miał uśmiech Marka, a dziewczynka te same piwne oczy, które tak bardzo kochałam.
– Przepraszam, iż nachodzę w takim czasie – powiedziała kobieta, a jej głos drżał. – Ale Marek obiecał, iż jeżeli coś mu się stanie, nie zostaniemy z niczym. Dzieci mają prawo poznać prawdę. I prawo do spadku.
Zamarłam. Moja córka upuściła filiżankę, która rozprysła się na tysiąc kawałków. To był dźwięk mojego pękającego serca.
Okazało się, iż przez ostatnie piętnaście lat Marek prowadził życie, którego nie powstydziłby się agent wywiadu. Jego częste delegacje do sąsiedniego województwa nie były związane z pracą. Miał tam drugi dom, drugą kobietę i dwoje dzieci, które nazywały go „tatą”.
Przyniosła zdjęcia. Marek na urlopie nad morzem – w tym samym roku, w którym rzekomo był na męskim wypadzie na ryby. Marek na komunii chłopca, którego imienia nie potrafiłam choćby wymówić bez odruchu wymiotnego.
– Jak mógł? – wykrztusił mój syn, patrząc na fotografię swojego ojca tulącego obcego chłopca. – Przecież on zawsze był w domu na święta. Przecież kochał nas najbardziej na świecie.
– Kochał was – szepnęła tamta kobieta z dziwnym rodzajem litości. – Ale ich też kochał. Dzielił czas, pieniądze i serce na dwie rodziny. Byliśmy jego „weekendowym światem”.
Dziś mija miesiąc od tej wizyty. Mój dom, który przez 40 lat był azylem, stał się muzeum kłamstwa. Patrzę na nasz ślubny portret i widzę na nim obcego człowieka. Każde wspomnienie, każdy wspólny wyjazd, każde „kocham cię” szeptane przed snem, jest teraz zatrute.
Najgorsza jest świadomość, iż przez 40 lat żyłam z kimś, kogo w ogóle nie znałam. Człowiekiem, który potrafił po powrocie od „tamtej rodziny” usiąść ze mną do kolacji i bez mrugnięcia okiem pytać, jak minął mi dzień.
Moje dzieci kłócą się teraz w sądzie z tamtymi dziećmi o majątek, który Marek budował rzekomo dla nas. Ja jednak straciłam coś cenniejszego niż pieniądze. Straciłam przeszłość. Zostałam wdową po człowieku, który nigdy nie istniał.













