Z wypoczynku Igor nie wrócił… — Czemu twój nic nie pisze, nie dzwoni? — Nie, Werka, ani na dziew…

twojacena.pl 3 dni temu

Z wakacji Andrzej nie wrócił

No i co, twój się nie odzywa? dopytywała sąsiadka, Zosia.
Nie, Zosiu, ani słowa od niego, nie pisał, nie dzwonił, ani na dziewiąty, ani na czterdziesty dzień śmiała się smutno Lucyna, poprawiając roboczy fartuch na szerokich biodrach.
To chyba się zabawił, albo wzdychała Zosia ze współczuciem. No, czekaj, czekaj. Milicja coś odpowiedziała?
Wszyscy milczą, jak karpie na Wigilię, Zosiu.
Ot, los…

Ten temat ciążył Lucynie na sercu. Przerzuciła miotłę do drugiej ręki i zaczęła zamiatać liście przed swoim domem. Jesień 1988 roku dłużyła się w nieskończoność. Dopiero co oczyszczona ścieżka zaraz znów się zasypywała opadłymi liśćmi. Lucyna obracała się w kółko, zbierając je w kupki.

Od trzech lat była na emeryturze. Lucyna Gulkiewicz korzystała z odpoczynku zasłużonego jak chleb, mąż pracował, syn już dorosły. Ale w zeszłym miesiącu musiała zatrudnić się jako dozorczyni w administracji osiedla, bo pieniędzy zaczęło brakować, a innej pracy nie znalazła tak od ręki.

Ot, żyli jak przeciętna polska rodzina w PRL. Zwyczajnie: bez bogactwa, ale i bez biedy. Pracowali, syna wychowywali. Mąż Lucyny nie pił dużo, czasem przy okazji świąt. Na zakładzie szanowany, był dobrym fachowcem. Obcych kobiet nie oglądał się. Ona całe życie przepracowała w szpitalu jako pielęgniarka, odznaczenia miała, chwalili ją.

Mąż pojechał z zakładu na wycieczkę nad morze i nie wrócił. Lucyna nie od razu poczuła niepokój. Nie dzwoni widocznie odpoczywa, dobrze się bawi tak sobie tłumaczyła. Ale gdy w wyznaczonym terminie nie przyjechał, zaczęła obdzwaniać szpitale, milicję, choćby w zakładzie pogrzebowym sprawdzała.

Synowi, który służył w wojsku, wysłała depeszę, informując, iż ojciec zaginął, a potem do niego zadzwoniła. Ustalili razem: z hotelu wymeldowany, na pociąg nie wsiadł. Zaginął. I znów w kółko: telefony do szpitali, kostnic.

W pracy męża też bezradnie rozkładali ręce: My tylko daliśmy mu wczasy, dalej to sprawa rodzinna. Jak nie wróci do pracy w terminie, zwolnimy za nieobecność.

Lucyna chciała sama pojechać nad morze, ale syn ją powstrzymał:
Mamusiu, co ty tam sama znajdziesz? Ja dostanę wolne na tydzień, pojadę, łatwiej będzie, w mundurze mnie poważniej potraktują.
Trochę ją uspokoił. Wciąż próbowała czymś siebie zająć, żeby głupie myśli nie nachodziły. Do milicji chodziła już jak do roboty, choć bez emocji: nie było żadnych nowych wieści. W części dlatego też zatrudniła się jako dozorczyni, byle ludzie obok, byle ręce czymś zajęte. W domu wieczorami płakała, przeklinając los, iż na stare lata zsyła jej takie nieszczęście. Najgorsza była niewiedza.

Andrzej pojawił się równie nagle, jak zniknął.

Stał na chodniku przed domem, w tym samym ciemnogranatowym garniturze, w którym wyjeżdżał. Bez torby, walizki, stał z podniesionym kołnierzem marynarki i rękami w kieszeniach, przyglądając się, jak Lucyna zamiata podwórko.

Nie zauważyła go od razu, nie wiadomo ile tam już stał, aż syn nie zawołał:

Andrzej! Tomek! Lucyna rzuciła miotłę i pobiegła.

Rozpostarła ramiona jak ptak wracający do gniazda i rzuciła się na męża, obejmując go mocno.

Andrzej uściskał ją z opóźnieniem, jakby niepewnie.

Chodźcie już do domu z tymi uściskami burknął syn z niezadowoleniem. Matka usłyszała to po tonie, po krokach.

Tomeczku, chodź, przytulę cię, choćby od wiosny cię nie widziałam.

No siema, siema. Zimno, chodźcie.

Czemu nie zadzwoniłeś, nie przygotowałam nic, nie posprzątane, nie mam obiadu…

Mamo, nie jadę do ciebie na pierogi. Obiecałem, to jestem.

Spojrzała na męża, potem na syna. Przeżyła tyle przez te miesiące, iż teraz czuła się, jakby we mgle była. Żywy, zdrowy. Najbardziej chciała nie pytać tylko ich nakarmić, napoić, dać odpocząć. Andrzej siedział cicho.

Mamo, usiądź wreszcie.

Ale Lucyna krzątała się w kuchni, brzęcząc talerzami i kubkami.

Mamo, tata był u innej kobiety wyrzucił z siebie syn.

Lucyna odwróciła się, patrząc na męża. Siedział na stołku, z rękami splecionymi na kolanach, głowa spuszczona. Wyglądał na przybitego, jak nastolatek przyłapany na głupocie, chudy i posępny, niechętny do przyznania się.

U jakiej innej? Co się dzieje, Andrzej?

Cały czas myślała, iż coś się stało: może okradli, nie ma biletu, pobity, wałęsa się po miastach, szuka jedzenia.

Po wymeldowaniu się z hotelu nie wrócił do domu tylko został u tej Zofii Kwiatkowskiej nad morzem, w jej domku. Nie chciał wracać.

Patrzyła na niego, mrugając oczami.

Jak to nie chciałeś?

No po prostu nie chciałem. Zrozumiałem tam, iż żyję nie tak. Zakład dom, dom zakład, działka w weekendy. Ale wolności w tym żadnej.

Ach, wolności! Lucyna aż poczerwieniała.

Ty, synu, po coś mi tego wolnego ptaka tutaj przywiózł? Co chciałeś osiągnąć? Upokorzyć mnie? Lepiej by było, gdybyś powiedział, iż nie żyje byłoby uczciwiej. Czekałam jak głupia, oczy wypłakałam, a on nad morzem, u innej!

Wiesz, Lucynko… może chciałem wszystko zacząć od nowa.

Nie, Andrzej. Tobie nie nowe życie potrzebne, tylko przewiało ci głowę na tym wybrzeżu, słońce przygrzało. Porządny mężczyzna najpierw by wrócił, rozwiódł się, a potem zaczął nowe życie na własnych warunkach. Byłby w porządku wobec innych i siebie. A tak nie chcę cię znać, idź stąd…

Andrzej wstał, przeszedł przez korytarz do pokoju.

Nie, nie, idź stąd, jakbyś nigdy nie wrócił! Lucyna niemal wpadała w histerię.

Tato, wyjdź Tomek natychmiast znalazł się w drzwiach.

Lucyna zobaczyła Andrzeja znowu po dwóch tygodniach.

Znów sprzątała chodnik, wygarniała wodę po deszczu na ulicę. On stał na początku domu, w jakimś starym płaszczu i głupkowatej czapce.

Lucyno! zawołał, potem jeszcze głośniej.

Podniosła głowę, spojrzała na niego oschłym wzrokiem. Jakby ją złamał chciałaby przebaczyć, ale nie potrafiła się już do niego zbliżyć. Podszedł sam.

Znowu tu zostałem, znów się w zakładzie zatrudniłem. Brygadzistą jeszcze mnie nie przyjęli, ale na warsztacie jestem robotnikiem. Przyjmiesz mnie?

Oparła się o miotłę, patrząc prosto:

Przyjmę! Ale tylko żeby napisać wniosek o rozwód, natychmiast.

Nie przebaczyłaś? Rozumiem.

Skoro rozumiesz, to po co przyszedłeś?

Bo jak wyjeżdżałem, Zofia powiedziała: jeżeli wrócisz, nie wpuści cię już do siebie. No to wróciłem do ciebie, Lucyno.

Ha-ha-ha! Ani tam, ani tu nie jesteś potrzebny! Bo tacy mężczyźni nikomu nie są potrzebni, Andrzeju. A syn? On to wymusił, bez niego byś nie wrócił. Idź, żyj, jak chcesz nie przeszkadzaj mi pracować. Tłuczesz się tu i Lucyna kilka razy miotłą po jego butach zamiotła.

Odwróciła się z urazą, zamiatała dalej z podwójną siłą. Po chwili zerknęła przez ramię. Nie było go już. Z ulgą odetchnęła, jakby ciężar spadł jej z serca. Bała się, iż gdy zostanie, znowu wybaczy…

Na własne oczy przekonałem się: zdrada boli bardziej wtedy, gdy wymierzona jest znienacka, przez kogoś najbliższego. Najbardziej niszczy nie czyn, a pozostawiona po nim pustka i niepewność. Dziś wiem, iż trzeba być uczciwym najpierw wobec innych, a potem wobec siebie. choćby na stare lata.

Idź do oryginalnego materiału