„Z niego robisz życiowego nieudacznika, Maju!” – Po co zapisałaś go do szkoły muzycznej? Ludmiła Piotrowa przeszła obok synowej, zdejmując w biegu rękawiczki. – Dzień dobry, pani Ludmiło, proszę wejść. Ja też się bardzo cieszę. Sarkazm przeszedł bez echa. Teściowa rzuciła rękawiczki na szafkę i zwróciła się do Marii. – Kostek mi przez telefon powiedział. Cały promienia, mówi – będę grał na pianinie! O co tu chodzi? On ci, co, dziewczynka? Maria zamknęła drzwi wejściowe. Powoli. Ostrożnie. Byleby nie wybuchnąć i nie wrzasnąć na cały głos. – To znaczy, iż pana wnuk będzie się uczył muzyki. Bardzo to lubi. – Lubi! – Ludmiła Piotrowa prychnęła tak, jakby Maria powiedziała największą głupotę świata. – Ma sześć lat, sam nie wie, co lubi. Ty powinnaś go pokierować. Chłopak, dziedzic, mój wnuk – a Ty z niego kogo wychowujesz? Teściowa weszła do kuchni, jakby była u siebie, włączyła czajnik. Maria ruszyła za nią, zaciśnięte szczęki aż bolały z nerwów. – Wychowuję szczęśliwe dziecko. – Wychowujesz z niego ciamajdę i mięczaka! – Ludmiła Piotrowa odwróciła się, ręce na biodrach. – Trzeba było zapisać go na piłkę nożną! Albo na zapasy! Żeby wyrósł na prawdziwego faceta, a nie… pianistę jakiegoś! Maria oparła się o framugę drzwi. Policzyła do pięciu. Nie pomogło. – Kostek sam poprosił. Sam. Kocha muzykę. – Kocha ją! – machnęła ręką teściowa. – Sergiusz w jego wieku ganiał z chłopakami po podwórku, grał w hokeja! A Twój co? Będzie te swoje gamy ćwiczył? Wstyd! Coś w Marii pękło. Odepchnęła się od futryny i ruszyła do teściowej. – Już pani skończyła? – Jeszcze nie skończyłam! Już dawno miałam ci powiedzieć… – Ja od dawna chciałam pani powiedzieć – Maria obniżyła głos niemal do szeptu. – Kostek to mój syn. Mój. I ja zdecyduję, jak go wychowywać. Nie pozwolę, żeby pani się wtrącała. Ludmiła Piotrowa poczerwieniała. – Ty… jak ty się do mnie odzywasz?! – Proszę wyjść. – Słucham?! Maria przeszła obok teściowej do przedpokoju, zdjęła z wieszaka jej płaszcz i wcisnęła w ręce Ludmile Piotrowej. – Proszę WYJŚĆ z mojego domu. – Wyganiasz mnie?! Mnie?! Maria otworzyła drzwi wejściowe. Chwyciła teściową za łokieć i wyprowadziła z mieszkania. Ludmiła Piotrowa stawiała opór, próbowała wyrwać się, ale Maria była nieugięta. W końcu udało jej się wypchnąć teściową za próg. – Nie dam za wygraną! – Ludmiła Piotrowa odwróciła się na klatce schodowej, twarz wykrzywiona złością. – Słyszysz mnie?! Nie pozwolę ci zniszczyć mojego jedynego wnuka! – Do widzenia, pani Ludmiło. – Sergiusz wszystkiego się dowie! Wszystko mu powiem! Maria zatrzasnęła drzwi. Oparła się o nie i z ulgą wypuściła powietrze. Za drzwiami przez chwilę słychać było przytłumione wrzaski, potem kroki na schodach. Cisza nastała po dwóch minutach. Teściowa doprowadziła ją do szału. Ciągłe pretensje, rady, kazania – jak wychowywać, czym karmić, w co ubierać. Sergiusz nie widział problemu. „Mama chce dobrze”, „Ma doświadczenie”, „Posłuchaj chociaż”. Matkę uwielbiał. Jej słowo było święte. A Maria musiała znosić to wszystko. Dzień po dniu, każda wizyta była udręką. Ale nie dziś. Sergiusz wrócił z pracy przed dziewiątą. Maria usłyszała otwieranie zamka i wiedziała od razu – teściowa już do niego dzwoniła. Po tym, jak rzucił klucze na szafkę. Po tym, jak ciężko przeszedł do kuchni, choćby nie zaglądając do pokoju, gdzie Kostek oglądał bajki. – Kostek, słoneczko, posiedź tutaj – Maria przykucnęła przy synu, założyła mu słuchawki na uszy i włączyła ulubny serial o robotach na tablecie. – My z tatą musimy porozmawiać. Kostek kiwnął głową, wpatrzony w ekran. Maria przymknęła drzwi do jego pokoju i weszła do kuchni. Sergiusz stał przy oknie, skrzyżowane ręce. Nie odwrócił się, gdy Maria weszła. – Wyrzuciłaś moją matkę. Nie pytanie. Stwierdzenie faktu. – Poprosiłam, żeby wyszła. – Wypchnęłaś za drzwi! – Sergiusz obrócił się, mięśnie szczęki drgały. – Dwie godziny płakała mi w słuchawkę! Dwie godziny, Maja! Maria usiadła przy stole. Nogi pulsowały po całym dniu pracy, a teraz jeszcze to. – Nie przeszkadza ci, iż ona mnie zraniła? Sergiusz zamilkł na sekundę, potem machnął ręką. – Ona tylko troszczy się o wnuka. Co w tym złego? – Nazwała mojego syna ciamajdą i mięczakiem. Naszego syna, Sergiuszu. Sześciolatka. – No trochę przesadziła, zdarza się. Ale w czymś ma rację, Maja. Chłopak musi uprawiać sport. Drużynowo, zahartować się… Maria podniosła wzrok na męża. Patrzyła długo, aż odwrócił spojrzenie. – Mnie w dzieciństwie zmuszali do gimnastyki. Mama zdecydowała – będziesz gimnastyczką, koniec. Pięć lat, Sergiuszu. Pięć lat płakałam przed każdą treningiem. Rozciągałam się do bólu, chudłam od wysiłku, błagałam o rezygnację. Sergiusz milczał. – Do dziś nie mogę patrzeć na sale gimnastyczne. Do dziś. I mojemu dziecku nigdy tego nie zrobię. Zachce piłki – niech idzie. Ale tylko, jeżeli sam będzie chciał. Na siłę – nigdy. – Mama chce dobrze… – To niech sobie urodzi drugiego syna i wychowuje jak chce – Maria wstała od stołu. – A do wychowania Kostka już jej więcej nie dopuszczę. I tobie też, jeżeli będziesz po jej stronie. Sergiusz drgnął, jakby chciał coś powiedzieć, ale Maria już wyszła. Resztę wieczoru nie zamieniła z nim ani słowa. Przed snem przytuliła Kostka i długo siedziała w ciemnym dziecięcym pokoju, słuchając spokojnego oddechu syna. Kolejne dwa dni przeszły w pełnym napięcia milczeniu. Dopiero pod koniec tygodnia Sergiusz zażartował przy kolacji, Maria się uśmiechnęła – lody zaczęły topnieć. W piątek rozmawiali już normalnie, chociaż temat teściowej oboje omijali szerokim łukiem. W sobotę Maria obudziła się nagle. Leżała chwilę, mrużąc oczy na zegarek – ósma rano. Za wcześnie na weekend. Sergiusz spał obok, Kostek pewnie też. Co ją obudziło? Usłyszała – cichy, metaliczny dźwięk z przedpokoju. Przekręcenie zamka. Maria zerwała się, serce biło jej w gardle. Włamywacz? W biały dzień? Złapała komórkę i na palcach wyszła do korytarza. Drzwi wejściowe otworzyły się. Stała tam Ludmiła Piotrowa. W ręce – pęk kluczy. Na twarzy – triumfujący uśmiech. – Dzień dobry, synowo. Maria stała boso na zimnej podłodze, w rozciągniętej koszulce i spodniach od piżamy, a teściowa patrzyła na nią z góry, jakby miała pełne prawo włazić komuś do domu w sobotę o ósmej rano. – Skąd pani ma klucze? Ludmiła Piotrowa pomachała pękiem Marii przed twarzą. – Sergiusz mi dał. Przedwczoraj wpadł, przyniósł. Powiedział – mama, wybacz jej, nie chciała cię zranić. Tak cię przepraszał za jej wybryki. Maria zamrugała. Raz. Drugi. Próbując zrozumieć to, co właśnie usłyszała. – Co pani tu robi? O tej godzinie? – Po wnuka przyszłam – teściowa już zdejmowała płaszcz, wieszała go na wieszak. – Ubieraj się, Kostek! Babcia zapisała cię na piłkę, dziś pierwsze zajęcia! Wściekłość uderzyła w nią falą, gorącą, miażdżącą, aż do szału. Maria zawróciła i wpadła do sypialni. Sergiusz leżał odwrócony do ściany. Udawał, iż śpi – Maria widziała, jak zesztywniały mu ramiona pod kołdrą. – Wstawaj! – Maja, zostaw, później… Maria zerwała z niego kołdrę, złapała za rękę i zaciągnęła do salonu. Sergiusz potykał się, próbował się wyrwać, ale Maria nie puszczała. Ludmiła Piotrowa już siedziała wygodnie na kanapie, przewracała w dłoniach magazyn z stolika kawowego. – Dałeś jej klucze – Maria zatrzymała się na środku pokoju, dalej trzymając go za nadgarstek. – Do mojego mieszkania. Sergiusz milczał. Stał niezręczny, zmieniając nogi. – To moje mieszkanie, Sergiuszu. Moje. Kupiłam je przed ślubem. Za swoje pieniądze. Jak mogłeś dać swojej matce klucze do mojego domu? – Oj, ale jesteś małostkowa! – Ludmiła Piotrowa odrzuciła magazyn. – Moje, nie moje… Tylko o sobie myślisz! Sergiusz myśli o synu, dlatego dał klucze. Żebym mogła normalnie z wnukiem spędzać czas, skoro nie wpuszczasz mnie do siebie. – Zamknij się! Ludmiła Piotrowa zaniemówiła z oburzenia, ale Maria patrzyła wyłącznie na męża. – Kostek nie będzie chodził na żadną piłkę nożną. Chyba iż sam zechce. – To nie twoja decyzja! – teściowa podskoczyła z kanapy. – Kim ty jesteś?! Jesteś tylko przejściową osobą w życiu mojego syna! Myślisz, iż jesteś niezastąpiona? Sergiusz cię znosi tylko dla dziecka! Cisza. Maria powoli zwróciła się do męża. Stał, spuszczając wzrok. Milczał. – Sergiusz? Nic. Ani słowa obrony. Ani jednego. – Dobrze – Maria kiwnęła głową. Ogarnęło ją dziwne, jasne, chłodne opanowanie. – Przejściowa osoba. I właśnie kończy się jej rola. Weźcie sobie syna, Ludmiło Piotrowa. Sergiusz nie jest już moim mężem. – Nie odważysz się! – teściowa pobladła. – Nie masz prawa go zostawiać! – Sergiuszu – Maria spojrzała mu w oczy. – Masz pół godziny. Spakuj się i wyjdź. Albo wyrzucę cię w piżamie – jest mi wszystko jedno. – Maja, zaczekaj, porozmawiajmy… – Już porozmawialiśmy. Odwróciła się do teściowej i krzywo się uśmiechnęła. – Klucze możesz sobie zostawić. Dziś wymieniam zamki. …Rozwód trwał cztery miesiące. Sergiusz próbował wrócić, dzwonił, pisał, przyjeżdżał z kwiatami. Ludmiła Piotrowa groziła sądami, opieką, jakimiś koneksjami. Maria zatrudniła dobrego adwokata i przestała odbierać telefony. Dwa lata minęły w mgnieniu oka… …Sala koncertowa szkoły muzycznej tętniła od głosów. Maria siedziała w trzecim rzędzie, ściskając w dłoniach program. „Konstanty Woronow, 8 lat. Beethoven, Oda do Radości”. Kostek wyszedł na scenę – skupiony, poważny, w białej koszuli i czarnych spodniach. Usiadł przy fortepianie, położył dłonie na klawiszach. Pierwsze dźwięki wypełniły salę i Maria przestała oddychać. Jej chłopiec grał Beethovena. Jej ośmioletni syn, który sam poprosił o szkołę muzyczną, sam godzinami ćwiczył, sam wybrał utwór na koncert. Gdy wybrzmiał ostatni akord, sala wybuchła brawami. Kostek wstał, pokłonił się, odszukał wzrokiem mamę i uśmiechnął się szeroko, szczęśliwie. Maria klaskała razem ze wszystkimi, łzy płynęły jej po policzkach. Wszystko dobrze. Zrobiła wszystko, jak trzeba. Postawiła syna ponad wszystko – ponad cudzą opinię, ponad małżeństwo, ponad strach przed samotnością. Na tym właśnie polega bycie matką…

newskey24.com 10 godzin temu

Wychowujesz z niego ciapę

Po co zapisałaś go do szkoły muzycznej?

Jadwiga Borowska przeszła obok synowej, zdejmując w biegu rękawiczki.

Dzień dobry, pani Jadwigo. Proszę wejść, oczywiście. Ja też się cieszę, iż pani przyszła.

Sarkazm przeszedł niezauważony. Teściowa rzuciła rękawiczki na komodę i odwróciła się do Zofii.

Grzesiek mi mówił przez telefon. Cały zadowolony, mówi: Będę grał na pianinie! Co to ma być? On ci jest dziewczynką?

Zosia zamknęła powoli drzwi wejściowe. Ostrożnie. By tylko nie wybuchnąć i nie zacząć krzyczeć na całe mieszkanie.

To znaczy, iż pani wnuk będzie się uczył muzyki. Bardzo go to interesuje.
Interesuje! Jadwiga Borowska prychnęła, jakby Zosia powiedziała coś absurdalnego. Ma sześć lat, sam nie wie, czego chce. To ty masz go ukierunkować! Chłopak, dziedzic, mój wnuk a ty co z niego chcesz zrobić?

Teściowa weszła do kuchni, jak do siebie, nacisnęła czajnik. Zosia podążyła za nią, zaciskając zęby aż bolała szczęka.

Wychowuję go na szczęśliwe dziecko.
Wychowujesz z niego ciapę i mięczaka! Jadwiga stanęła w kuchni z rękami na biodrach. Powinnaś go zapisać na piłkę nożną! Albo na zapasy! Żeby wyrósł na faceta, a nie nie pianistę jakiegoś!

Zosia oparła się o futrynę drzwi i policzyła do pięciu. Nie pomogło.

Grzesiek sam poprosił. Sam. On kocha muzykę.
Kocha! teściowa machnęła ręką. Marian w tym wieku latał z chłopakami po podwórku i w hokeja grał! A twój co? Będzie grał gamy? Wstyd!

Coś w środku Zosi pękło. Odepchnęła się od futryny i podeszła bliżej.

Skończyła pani?
Nie, nie skończyłam! Od dawna chciałam ci powiedzieć
A ja od dawna chciałam pani powiedzieć, Zosia ściszyła głos prawie do szeptu. Grzesiek jest moim synem. Moim. I ja sama zdecyduję, jak go wychowam. I pani się w to wtrącać nie pozwolę.

Jadwiga oblała się rumieńcem.

Ty ty jak się do mnie odzywasz?!
Proszę wyjść.
Co?!

Zosia minęła teściową, sięgnęła po jej płaszcz z wieszaka i wsunęła jej go w ręce.

Proszę opuścić moje mieszkanie.
Wyrzucasz mnie?! Mnie?!

Zosia szeroko otworzyła drzwi wejściowe. Złapała Jadwigę za łokieć i zaczęła ją wyprowadzać. Teściowa się opierała, próbowała wyswobodzić rękę, ale Zosia była zdeterminowana. Udało jej się wypchnąć Jadwigę za próg.

Dopnę swego! Jadwiga odwróciła się na klatce schodowej, jej twarz wykrzywiona złością. Słyszysz mnie?! Nie pozwolę ci zmarnować mojego jedynego wnuka!
Do widzenia, pani Jadwigo.
Marian się wszystkiego dowie! Wszystko mu opowiem!

Zosia zatrzasnęła drzwi. Oparła się o nie plecami i powoli, głęboko wypuściła powietrze.

Jeszcze przez chwilę zza drzwi słychać było przytłumione krzyki, potem kroki na schodach w dół. Po dwóch minutach zapanowała cisza.

Teściowa wykończyła ją już zupełnie. Te wieczne uwagi, rady, pouczenia jak wychowywać, jak karmić, jak ubierać. A Marian nie widział problemu. Mama chce dobrze, Jest doświadczona, No posłuchaj czasem. Matkę uwielbiał. Każde jej słowo traktował jak prawdę objawioną. A Zosia musiała znosić to wszystko. Dzień po dniu, każdą wizytę.

Ale nie dziś.

Marian wrócił z pracy około ósmej. Zosia usłyszała trzask zamka i od razu wiedziała, iż teściowa już zdążyła zadzwonić do syna. Po tym, jak rzucił klucze na komodę, jak ciężko wszedł do kuchni, nie zaglądając choćby do pokoju, w którym Grzesiek oglądał bajki.

Grzesiu, kochanie, posiedz tu chwilkę, Zosia uklęknęła przed synem, założyła mu na uszy duże słuchawki, włączyła jego ulubiony serial o robotach na tablecie. My z tatą musimy porozmawiać.

Grzesiek pokiwał głową i wtopił się w ekran. Zosia zamknęła drzwi do pokoju i poszła do kuchni.

Marian stał przy oknie, skrzyżowane ręce na piersi. Nie odwrócił się, gdy weszła Zosia.

Wyrzuciłaś moją matkę.

Stwierdzenie, nie pytanie.

Poprosiłam, żeby wyszła.
Wypchnęłaś ją za drzwi! Marian obrócił się do niej, mięśnie na szczęce napięte. Przez dwie godziny płakała mi w słuchawkę! Dwie godziny, Zosiu!

Zosia usiadła przy stole. Nogi ją bolały po całym dniu pracy, a teraz jeszcze to.

A nie przeszkadza ci, iż obraziła mnie?

Marian zamilkł na sekundę. Potem machnął ręką.

Ona po prostu troszczy się o wnuka. Co w tym złego?
Nazwała mojego syna ciapą i mięczakiem. Naszego syna, Marian. Sześcioletnie dziecko.
No przesadziła, zdarza się. Ale w czymś mama ma rację, Zosiu. Chłopcu potrzeba sportu. Drużynowego ducha, zahartowania

Zosia patrzyła mu długo w oczy, aż Marian odwrócił wzrok.

Mnie w dzieciństwie zmuszano chodzić na gimnastykę. Mama zadecydowała będziesz gimnastyczką, koniec dyskusji. Pięć lat, Marian. Pięć lat płakałam przed każdymi zajęciami. Rozciągałam się przez ból, chudłam od obciążeń, błagałam, by mnie stamtąd zabrano.

Marian zamilkł.

Do dziś nie mogę patrzeć na sale gimnastyczne. Do dziś. I nie zrobię tego własnemu dziecku. Zechce iść na piłkę nożną proszę bardzo. Ale tylko jeżeli sam będzie chciał. Na siłę nigdy.
Mama chce dobrze
Niech więc urodzi sobie jeszcze jednego syna i wychowuje go jak chce, Zosia odstawiła krzesło. A w wychowanie Grześka już jej nie pozwolę się wtrącać. I tobie też, jeżeli stoisz po jej stronie.

Marian chciał coś powiedzieć, ale Zosia już wyszła z kuchni.

Resztę wieczoru milczeli. Zosia położyła Grześka spać, potem siedziała długo w ciemności dziecięcego pokoju, słuchając spokojnego oddechu syna.

Przez kolejne dwa dni panowało napięte milczenie. Marian w końcu zażartował przy kolacji, Zosia się uśmiechnęła lody zaczęły topnieć. Do piątku rozmawiali już normalnie, choć temat teściowej oboje omijali.

W sobotni poranek Zosia nagle się obudziła. Przez chwilę leżała, mrużąc oczy na zegarek ósma rano. Wcześnie. Zbyt wcześnie jak na wolny dzień. Marian spał obok, Grzesiek pewnie jeszcze też śnił.

Co ją obudziło?

Usłyszała metaliczny dźwięk w przedpokoju. Przekręcanie zamka.

Zosia zerwała się, serce jej waliło. Złodzieje? W środku dnia? Chwyciła telefon z komody i na palcach wyszła na korytarz.

Drzwi wejściowe się otworzyły.

W progu stała Jadwiga Borowska. W ręce trzymała pęk kluczy. Na twarzy miała triumfalny uśmiech.

Dzień dobry, synowo!

Zosia stała boso na zimnych kaflach, w wyciągniętym t-shircie i spodniach od piżamy, a teściowa patrzyła na nią z góry, jakby miała pełne prawo włazić do czyjegoś mieszkania w sobotę o ósmej rano.

Skąd pani ma klucze?

Jadwiga podniosła pęk kluczy przed nosem Zosi.

Marian mi dał. Przedwczoraj przyjechał, przyniósł. Powiedział: Mamo, wybacz jej, nie chciała cię skrzywdzić. Tak się za ciebie tłumaczył.

Zosia zamrugała raz, drugi, próbując sobie to poukładać w głowie.

Co pani tu robi? O tej porze?
Po wnuka przyszłam, teściowa już zdejmowała płaszcz, wieszała na haczyku. Zbieraj się, Grzesiu! Babcia zapisała cię na piłkę nożną, dziś masz pierwszy trening!

Złość wypełniła Zosię natychmiast, paląca i szalona. Odwróciła się na pięcie i wpadła do sypialni.

Marian leżał, odwrócony do ściany. Udawał, iż śpi Zosia widziała, jak napinają się mu ramiona.

Wstawaj!
Zosiu, daj mi spokój

Zosia ściągnęła z niego kołdrę, złapała za rękę i pociągnęła do salonu. Marian się opierał, ale nie puściła.

Jadwiga rozsiadła się już na kanapie z nogą założoną na nogę, wertując gazetę z ławy.

Dałeś jej klucze, Zosia zatrzymała się na środku pokoju, dalej ściskając nadgarstek męża. Do mojego mieszkania.

Marian milczał. Kręciół się, przestępował.

To moje mieszkanie, Marian. Moje. Kupiłam je przed ślubem. Ze swoich pieniędzy. Jak mogłeś dać swojej matce klucze do mojego domu?
Ależ jesteś drobiazgowa! Jadwiga odrzuciła gazetę. Moje, nie moje Tylko o sobie myślisz! Ale Marian myślał o synu, dlatego dał mi klucze. Żebym mogła mieć kontakt z wnukiem, skoro mnie już choćby na próg nie wpuszczasz.
Proszę się zamknąć!

Jadwiga aż się zakrztusiła z oburzenia, ale Zosia patrzyła tylko na męża.

Grzesiek nie będzie chodził na żadną piłkę nożną. Dopóki sam nie poprosi.
Nie ty decydujesz! teściowa zerwała się z kanapy. Ty jesteś nikim! Przejściowym epizodem w życiu mojego syna! Myślisz, iż jesteś jedyna? Niezastąpiona? Marian cię toleruje tylko dla dziecka!

Cisza.

Zosia powoli zwróciła się do męża, który stał z opuszczoną głową. Milczał.

Marian?

Nic. Żadnego słowa w jej obronie. Milczenie.

No dobrze, Zosia kiwnęła głową, ogarnęło ją chłodne, jasne opanowanie. Przejściowy epizod. I ten epizod właśnie się kończy. Proszę, zabierzcie syna, pani Jadwigo. On nie jest już moim mężem.
Nie masz prawa! teściowa zbielała. Nie możesz go tak zostawić!
Marian, Zosia mówiła cicho, patrząc mu w oczy. Masz pół godziny. Spakuj się i odejdź. Albo wyrzucę cię tu w piżamie wszystko mi jedno.
Zosiu, poczekaj, porozmawiajmy
Już rozmawialiśmy.

Odwróciła się do teściowej i uśmiechnęła się krzywo.

Klucze może pani sobie zatrzymać. I tak dziś zmieniam zamki.

…Rozwód trwał cztery miesiące. Marian próbował wracać, dzwonił, pisał, przyjeżdżał z kwiatami. Jadwiga groziła sądem, opieką, znajomościami. Zosia wynajęła dobrego adwokata i przestała odbierać telefony.

Dwa lata minęły aż za szybko

Sala koncertowa szkoły muzycznej tętniła rozmowami. Zosia siedziała w trzecim rzędzie, ściskając w rękach program. Grzegorz Borowski, 8 lat. Beethoven, Oda do radości.

Grzesiek wyszedł na scenę poważny, skupiony, w białej koszuli i czarnych spodniach. Usiadł przy fortepianie, położył ręce na klawiszach.
Pierwsze nuty wypełniły salę i Zosia wstrzymała oddech.

Jej syn grał Beethovena. Jej ośmioletni chłopiec, który sam prosił o szkołę muzyczną, sam godzinami ćwiczył przy instrumencie, sam wybrał ten utwór na koncert.

Gdy zabrzmiał ostatni akord, cała sala wybuchła brawami. Grzesiek wstał, ukłonił się, odnalazł wzrokiem mamę i uśmiechnął się do niej szeroko, szczęśliwie.
Zosia klaskała razem z wszystkimi, łzy spływały jej po policzkach.

Wiedziała, iż postąpiła adekwatnie. Postawiła syna ponad wszystko ponad cudze zdanie, ponad małżeństwo, ponad strach przed samotnością.

Tak właśnie powinna postąpić matka.

Idź do oryginalnego materiału