Wygodne życie Dawida

polregion.pl 2 dni temu

Poznań. Kamienica przy Jeżycach. W kuchni śmierdziało wczorajszym bigosem, a Dawid siedział w rozpiętej koszuli i patrzył w telefon. Na ekranie leciał jego własny wywiad z porannego programu. Uśmiechał się tam do prowadzącej, poprawiał mankiet i mówił, iż kobieta po czterdziestce powinna znać swoje miejsce. Że taniec to nie jest praca dla kobiety, która ma dzieci. Że jego partnerka doskonale rozumie, o co mu chodzi.

Tylko iż Dominika akurat niczego nie rozumiała.

— Może mi wytłumaczysz — powiedziała, wchodząc do kuchni. — Bo ja obejrzałam to trzy razy i dalej nie wiem, za co ty adekwatnie mnie przepraszasz.

Dawid nie podniósł wzroku znad telefonu.

— To była wypowiedź o branży. Nie o tobie.

— Wypowiedź o tym, iż tancerka po trzydziestce jest za stara. Że jej miejsce jest w domu. Że partnerka powinna dziękować, iż w ogóle z nią tańczysz.

— I co? Nieprawda?

Dominika podeszła do stołu i wyłączyła mu telefon jednym ruchem palca.

— Dzwoniła twoja matka. Pytała, czy to prawda, iż chcesz mnie wyrzucić z zespołu przed mistrzostwami w Gdańsku.

— A chcę.

— To mi powiedz w twarz.

Dawid wstał. Był od niej wyższy o głowę, ale to Dominika sprawiała wrażenie, jakby to ona miała tutaj prawo stać.

— Proszę bardzo. Znajdę młodszą. Ktoś musi przyciągać sponsorów, a ty już nie przyciągasz. Nie chodzi o taniec, chodzi o to, iż nikt nie zapłaci za bilet, żeby patrzeć na babę po czterdziestce.

Dominika zaśmiała się krótko. Takim śmiechem, po którym robi się cicho w całej kamienicy.

— To ciekawe. Bo ja mam w tej chwili na stole trzy oferty. Z Krakowa, z Wrocławia i z Berlina. A ty masz rok zawieszenia, jeżeli ten wywiad ktokolwiek zgłosi do komisji etyki. I masz mnie jako partnerkę, której nie zapytałeś o zdanie.

Otworzyła szufladę i wyjęła z niej kartkę złożoną na cztery. Umowę klubową, którą podpisywali razem trzy lata temu, obiecując sobie lojalność na parkiecie i poza nim.

— Widzisz to? — położyła kartkę na stole. — Paragraf siódmy. Rozwiązanie umowy jednostronne, z winy jednej ze stron. Kara umowna liczona od przychodów partnera za ostatnie dwa lata. Sprawdziłam u adwokata, ile to dokładnie w twoim przypadku. Nie spodoba ci się liczba.

Dawid przeczytał. Potem jeszcze raz. Przesunął palcem po nagłówku, jakby sam dotyk papieru miał coś zmienić.

— Ty tego nie zrobisz.

— Zrobię.

— Z kim będziesz tańczyć?

— Z twoim byłym trenerem. Już dzwonił. Powiedział, iż paragraf siódmy to jego ulubiony.

Dawid usiadł. Nie na krześle — na parapecie, obok doniczki z uschniętym koperkiem, którego nikt nie podlewał od wiosny.

— Chwila, Dominika. Porozmawiajmy.

— Za późno na rozmowę. Ty poszedłeś do telewizji i powiedziałeś całej Polsce, iż jestem za stara. Ja nie muszę z tobą rozmawiać.

Wyjęła długopis z kubka na blacie, podpisała formularz wypowiedzenia umowy klubowej — ten sam dokument, który przed chwilą pokazała Dawidowi — i schowała kopię do torby.

Potem przyszła kolejność, jedna po drugiej, w ciągu tygodnia: zgłoszenie na policję w sprawie naruszenia dóbr osobistych, pismo do komisji etyki związku tanecznego, oświadczenie dla radia, w którym ani razu nie padło imię Dawida — tylko jedno zdanie: „Kiedy partner traktuje cię jak przeszkodę, pokaż mu, iż bez ciebie nie przejdzie choćby przez próg sali”.

Dawid dzwonił. Dwadzieścia siedem razy. Dominika nie odebrała ani razu. Za to po dwudziestu siedmiu połączeniach przyszedł SMS od jego matki. Krótki. „Zniszczyłaś mu życie”.

Dominika odpisała tylko jedno słowo: „Wyrok”.

Komisja etyki rozpatrywała sprawę cztery miesiące. Adwokat Dominiki co dwa tygodnie przysyłał jej krótkie wiadomości: „czekamy”, „jeszcze nie”, aż w końcu: „jest decyzja”.

Pół roku później Dawid siedział w tej samej kuchni, już bez bigosu. Pachniało świeżo zaparzoną kawą, bo Dominika robiła ją dla siebie. Na krześle obok leżała jej torba sportowa, a w niej nowa sukienka turniejowa. Bordowa, z rozcięciem na plecach. Taka, w której nikt nie pyta, ile masz lat. Pyta, kto cię ustawiał do piruetu.

Na stole leżał list z komisji etyki. Rok zawieszenia i zakaz startów w zawodach rangi mistrzowskiej. Obok — pierwsze wezwanie do zapłaty kary umownej. Trzysta czterdzieści tysięcy złotych, dokładnie tyle, ile wyszło z przeliczenia jego przychodów za ostatnie dwa lata, tak jak zapowiadał paragraf siódmy.

O ofertach z Krakowa i Wrocławia Dominika już nie wspominała. Berlin odezwał się jeszcze raz w marcu, ale odpisała, iż zostaje w Poznaniu, iż ma tu niedokończoną sprawę na parkiecie i nie zamierza wyjeżdżać, zanim jej nie skończy.

Dominika wzięła klucze z haczyka.

— Jak idziesz na salę, to zgaś światło.

Dawid choćby nie drgnął.

— Powiedz mi jedno. Dlaczego nie odpisałaś mojej matce nic więcej?

Dominika zatrzymała się w progu. Na parapecie, obok uschniętego koperku, leżała wizytówka jej adwokata. Wzięła ją, obróciła w palcach i położyła z powrotem, napisem do góry.

— Bo ona i tak wie. Za rok wracasz. A ja wtedy zatańczę z kimś, kto nigdy nie powiedział przy ludziach, iż powinnam siedzieć w domu. Twój trener. Mój mistrz.

Zeszła po schodach. Nie trzasnęła drzwiami. Po prostu zamknęła je tak cicho, iż Dawid usłyszał, jak zamek wchodzi w futrynę, a potem, przez chwilę, jeszcze stukot obcasów na klatce schodowej — coraz cichszy, aż w końcu żaden.

Idź do oryginalnego materiału