Po przyjeździe do Małego Holendra podzieliliśmy się na grupy – pierwsza przystąpiła do pieczenia drożdżowych bułeczek wedle starej żuławskiej receptury pod kierunkiem Pani Mai Rausch-Purzyckiej, żuławskiej przewodniczki; natomiast grupa druga słuchała opowieści i anegdot Pana Marka Opitza zwiedzając Cmentarz Jedenastu Wsi, podziwiając pracę wiatraka Mietka, uczestnicząc w praktycznych zajęciach „na wodzie” i delektując się rakami. Następnie zamieniliśmy się rolami, tak iż wszyscy doznaliśmy podobnych wrażeń, a wreszcie ponownie złączeni biesiadowaliśmy przy dwóch prostokątnych stołach połykając lokalne przysmaki, treściwe, smaczne i nawiązujące do sposobu życia w zgodzie z naturą. Polecamy każdemu żuławską kuchnię w tym sumiennym, wiernym tradycji wydaniu, kto miałby wątpliwości niech zapozna się z rekomendacjami przedstawionymi m.in. w radiowej Trójce, w magazynie Twój Styl, w Pytaniu na śniadanie TVP2 lub w regionalnej TV Żuławy.
Fascynujący jest ów cmentarz, a adekwatnie od roku 2006 lapidarium, w którym miłośnicy historii z Klubu Nowodworskiego zebrali dużą liczbę zabytków sepulklarnych ocalając je od zniszczenia lub zagubienia. Zgromadzono tu najliczniejszą w tej chwili w Europie kolekcję polnych kamieni nagrobnych, jest ich ponad 70. Była to bardzo prosta i pozornie niezbyt kosztowna forma upamiętnienia zmarłego, podnosiło się kamień, zdobiło go lapidarną inskrypcją z gmerkiem (czyli indywidualnym znakiem gospodarstwa) i umieszczało nad pochówkiem. W istocie jednak w Delcie Wisły kamienie nie występowały, trzeba je było transportować na przykład z naszej Wysoczyzny Elbląskiej, co sprawę już znacznie komplikowało. Podkreślał ten fakt Pan Marek Opitz – kamienie na nizinie były cenne niczym złoto. Wobec tego już z większym szacunkiem patrzyliśmy pod nogi podziwiając głazy w formie serca lub całkowicie naturalne z wyrytymi na powierzchni inicjałami, datami, liczbą lat czy miesięcy życia zmarłego.
Dalej poszliśmy w kierunku Mietka, miniaturowego wiatraka holenderskiego, który został zrekonstruowany w roku 2024 przez Pana Macieja Kuroczka i od tej pory ku uciesze odwiedzających Zagrodę Mały Holender śmigającego rozpostartymi skrzydłami na wietrze. Gdy wiatr dmie niezbyt tęgo na śmigła zakładane są żagle wspomagające siłę ich obrotu. Mietek się kręci i miele. Ale dawniej na Żuławach Wiślanych prócz wiatraków przemiałowych występowały także licznie wiatraki pompowe, odwadniające nasączone wodą poldery, każda z obwałowanych wsi miała ich od 3 do 6. W 1818 roku na Żuławach Malborskich doliczono się 124 wiatraków odwadniających i 35 przemiałowych. Dziś obiekty te należą niestety do przeszłości, spotkać je możemy na archiwalnych fotografiach, pocztówkach lub na kobaltowej zastawie stołowej, na której jedliśmy obiad.
Tomasz Słomczyński w swojej cytowanej już przez nas książce o żuławskich wiatrakach napisał tak: „Rzeczywiście, kiedyś stało ich tu sporo […] Ich specyfiką było to, iż nie zawsze służyły do mielenia zboża. Bardzo często odwadniały teren. Energię pochodzącą z siły wiatru wykorzystywano, dzięki zmyślnemu urządzeniu zbudowanemu z naczyń, do zbierania wody z terenu położonego niżej i wylewania jej na teren położony wyżej […] Koniec wieku XIX przyniósł schyłek popularności tych malowniczo prezentujących się w krajobrazie budowli […] Dzisiaj przetrwały jeszcze na swoim dawnym miejscu dwa z nich, ostatnie, w Drewnicy i Palczewie. Trzeci wiatrak, w Mokrym Dworze, został przeniesiony z Wyszogrodu, a czwarty – niewielki i pachnący jeszcze nowością – stoi w Cyganku-Żelichowie, przy restauracji Mały Holender […] I jakoś nie widać specjalnie, by Żuławiacy masowo kwapili się do budowy kolejnych, na przykład według starych projektów, chociażby dla uciechy turystów. Mają więc Żuławy swój symbol, którego w rzeczywistości już nie mają”.
Pani Maja Rausch-Purzycka, po upieczeniu naszych drożdżowych bułeczek, posypanych makiem lub sezamem, gorących i pachnących, objaśniała nam tajniki wnętrza żuławskiego domu podcieniowego. Poznaliśmy rozkład wnętrz i dawną oraz obecną ich funkcjonalność, widzieliśmy pozostałości wiekowych tapet (w jednym miejscu odkryto dwadzieścia ich warstw), słuchaliśmy o intensywnych kolorach, żółtym, czerwonym czy lazurowym, którymi nasycano poszczególne pokoje. Kierowano się ideą, by w środku było pogodnie i wesoło, w przeciwieństwie do szarugi panującej najczęściej w żuławskim zamglonym krajobrazie. Dotykaliśmy mebli, polichromowanych stropów, zimnych kafli dwóch pieców z ozdobnymi koronami, monideł i naczyń. Wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej.
Wizyta w Małym Holendrze była dla nas niezapomnianym przeżyciem. Ciągle jeszcze, po upływie kilku dni, przeżywamy i przetwarzamy w sercach i myślach jej treść. Wspominamy czar dawności unoszący się w każdym zakamarku domu i w zielonych zakątkach podwórka, mieszamy go z zapachem i fakturą podanych nam potraw, czujemy oddech wiatru czy raczej duszy zamkniętej w pułapce podcienia, widzimy smutny wzrok Kici przycupniętej pod belką nadproża, na której ktoś kiedyś wyrył następującą inskrypcję: „ANNO MI [gmerk] BH 1754”.
Za wspaniałe przyjęcie i ugoszczenie uczestników i kadry Warsztatów Terapii Zajęciowej w Tolkmicku serdecznie dziękujemy: Panu Markowi Opitzowi, Pani Mai oraz Pani Annie Krakowskiej, która ową wspaniałą turystyczną atrakcją kieruje na co dzień.
A każdego, kto nie był jeszcze w Małym Holendrze, zachęcamy do niezwłocznych odwiedzin i przekonania się jak tam czas zatrzymuje się, zapętla i umieszcza podróżnego w innym wymiarze, między tym co było i co dopiero nastąpi, gdzieś poza horyzontem codziennego doświadczenia. Albowiem Żuławy takie właśnie są – bezkresne, podążając za wzrokiem, który nie ma na czym się zatrzymać, przekraczamy wszelkie granice zatapiając się we mgle, w niejasności, w bezkształcie i niepewności. To jest jak podróż w chmurach… prawdziwa magia!
{gallery}2026-09-08-wtzii{/gallery}
Dariusz Barton













