Wycieczka do Domu Podcieniowego Mały Holender – część I.

powiat.elblag.pl 1 dzień temu

Płody rolne dzięki lin transportowano prosto z wozu ustawionego w podcieniu do wnętrza wystawki. Nie trzeba było wnosić niczego po schodach. Jednak […] podcienie służyły także innym celom. Dawały cień, w którym z ochotą odpoczywało się w upalne dni, pociągało z kieliszka czy kufelka w upalne wieczory, a w upalne noce oddawało się namiętnym pocałunkom. Tu ponoć toczyło się życie. Solidne zadaszenie przydawało się też podczas mglisto-deszczowej żuławskiej aury”. Tomasz Słomczyński „Delta. Przez Żuławy”. Laureat 22 edycji „Wawrzynu” - Literackiej Nagrody Warmii i Mazur (w roku 2026).

A pod podcieniem nieustanie wieje, choćby kiedy jest bezwietrznie – informował nas Pan Marek Opitz – z jednej strony mamy północ, cień, z drugiej południe, poletko jest nasłonecznione, to wymusza ruch powietrza, przepływ. Razu pewnego jeden majster prowadził nam renowację okien, dużo czasu spędzał pod podcieniem, przeziębił się i nie skończył pracy. Takie to uroki domów, które stały się symbolami Żuław i żuławskości.

Marek Opitz, człowiek legenda, prezes Klubu Nowodworskiego, regionalista, historyk, fotografik, autor książek o Delcie Wisły, animator ciekawych wydarzeń kulturalnych i edukacyjnych, działacz społeczny oraz współwłaściciel Gospody Mały Holender w Żelichowie-Cyganku, malowniczego miejsca położonego w zakolu rzeki Tugi, 10 km od nadbałtyckich plaż, tuż za Nowym Dworem Gdańskim, stolicą Jego ukochanych Żuław Wiślanych. Był to dla nas, uczestników i kadry Warsztatu Terapii Zajęciowej w Tolkmicku, prawdziwy zaszczyt, iż to właśnie ten niezwykle zasłużony dla nizinno-depresyjnej krainy człowiek oprowadzał nas po swoim turystycznym gospodarstwie i przekazywał wiedzę o rzeczach, o których nam się dotąd choćby nie śniło (jak tym filozofom od Szekspira). Koniec końców wszystko nam się pomieszało i pokiełbasiło, jednak byliśmy pod wielkim wrażeniem opowieści o domach podcieniowych, ich pełnym utrapienia utrzymaniu oraz przebogatym wyposażeniu, o innowiercach - menonitach, ich sąsiadach luteranach, kalwinistach i katolikach, o cmentarzach zakładanych na terpach, stelach, kamieniach nagrobnych, gmerkach, o podmokłych polderach i złożonym systemie służącym do ich odwodnienia, holenderskich wiatrakach, związkach wałowych, o tradycyjnej żuławskiej kuchni, jej przysmakach, serach, rakach, jałowcówce Machandel, którą należy pić z suszonymi śliwkami etc. Uff, na koniec pobytu w domu podcieniowym Mały Holender i w jego prześlicznym otoczeniu kręciło nam się w głowach na równi z wirującymi skrzydłami uruchomionego ku naszej uciesze wiatraka o imieniu Mietek. Na szczęście antidotum na osłabione od nadmiernego wysiłku rozumy okazało się wzmacniające i krzepiące ciała przepyszne jedzenie podane nam na biało-niebieskiej zastawie z motywem charakterystycznym dla żuławskiego krajobrazu: najpierw degustacja ugotowanych raków, a później obiad złożony z zupy nowodworskiej i klopsików królewskich (według tradycyjnej receptury żuławskiej) oraz babki ziemniaczanej z dodatkiem łopatki wieprzowej i boczku (sporządzonej wedle przepisu przywiezionego przez powojennych osadników z kresów wschodnich). Obiad został podany dla 47 osób, a tym samym nie naraziliśmy się na srogą karę za przepych – tak, „obrzydliwie” bogaci żuławscy chłopi, gburzy zwani też sąsiadami, byli w XVII czy XVIII wieku przywoływani do porządku przez rządzących krajem patrycjuszy z Gdańska tzw. ustawami zbytkowymi, i - na ten przykład - zakazywano im biesiadować w gronie liczniejszym niż 48 osób posadzonych przy czterech czworokątnych stołach i nakazywano jeść niezbyt wystawnie, co najwyżej trzy główne potrawy. Jedna rodzina ten zakaz zlekceważyła wyprawiając wesele na około 1000 dusz za co zapłaciła mandat (100 grzywien) o równowartości kosztów pobytu króla Władysława IV w niedalekim Steblewie w roku 1638.

Więc ci najbogatsi sąsiedzi budowali sobie domy z wysuniętymi wystawkami wspartymi na słupach lub kolumnach, liczba tych podpór świadczyła o wielkości posiadanych gruntów – im więcej, tym majątek był rozleglejszy (wedle wzoru: 1 słup = 17 ha gruntu). Dzisiejsi bogacze podróżują do Dubaju lub rozbijają się Mercedesami, a ci z dawnej epoki, przywiązani do darów ziemi i żywiny, wznosili sobie takie „arystokratyczne” domostwa, one były symbolem zamożności, widoczną oznaką majątku i prestiżu społecznego. Ozdabiali te domy na zewnątrz wykwintną snycerką i jaskrawo malowali, tapetowali we wnętrzu, podpisywali (inicjały budowniczego oraz właściciela, data budowy) oraz często nadawali im imiona (w naszym Kamionku Wielkim jest dom o imieniu „Elfrida”). Dom podcieniowy Pana Marka Opitza trochę od tego schematu odstaje – po pierwsze przejął nazwę od pobliskiej karczmy, po drugie – został na Żuławy Wiślane, do Żelichowa, przeniesiony z innej historycznej krainy, z Oberlandu, ze wsi Jelonki w gminie Rychliki. Tam należał do rodziny Fuge i został wybudowany ponad 300 lat temu. Przenosiny były procesem skomplikowanym, kosztownym, długotrwałym i nieprzewidywalnym - trwały około 10 lat, polegały na rozbiórce domu in situ i mozolnym składaniu go w sąsiedztwie gotyckiego kościoła pw. św. Mikołaja, przy czym wiązały się z dużą utratą autentycznej substancji (zakładano uratowanie 80% historycznego materiału, udało się ocalić około 40%). Powiodło się jednak wiernie odtworzenie układu wnętrz – z czarną i białą kuchnią, frontową i tylną sienią, wielką izbą i sypialnią właścicieli oraz pomniejszymi pokoikami dla rodziców czy służby; wszystkie zaadaptowano do pełnienia nowej funkcji związanej z obsługą ruchu turystycznego. Dzisiaj mamy tu zatem bar, sklepik regionalny, sale warsztatowe i restauracyjne, sanitariaty, a wszystkie te pomieszczenia przystrojone historycznymi sprzętami i bibelotami, jest ich co niemiara, w tym dwa białe piece, a na jednym z nich wizerunki Germanii, bogini zwycięstwa Nike oraz boga wojny Marsa. Jest też tylny, mniejszy podcień kuchenny, w którym z lubością przesiaduje Kicia, wyraz jej pyszczka świadczy, iż to Ona czuje się tu Panią na Żuławach (był taki serial „Pan na Żuławach”, kto pamięta ?) i właścicielką całej okolicy ocienionej koronami czerwonego buka, dębów, grabów, lip, jesionów i czeremchy.

Co zaś do nazwy – zapożyczono ją od wspomnianej karczmy stojącej od średniowiecza przy przeprawie promowej przez leniwy nurt Tugi. Ta nieistniejąca karczma posiada nieodkrytą do dziś tajemnicę: otóż przez cały rok, zaznaczamy - CAŁY, okrąglutki, lato to czy zima, podawano w niej świeże truskawki !!! Zwyczaj nie przetrwał ponieważ Pan Marek przez cały czas zachodzi w głowę, jak to było możliwe ?! Dlatego dzisiaj w Małym Holendrze serwuje się: raki gotowane, zupę rakową, surówki ze świeżych warzyw, pastę z buraka, naleśniki z twarogiem, kajmakiem lub konfiturami, sernik, deser żuławskich kolejarzy i ów produkowany w Nowym Dworze Gdańskim od 1776 roku menonicki Stobbes Machandel, i wiele innych, ale truskawek całorocznie świeżych tu nie uświadczysz.

A swoją drogą u nas w Tolkmicku była kiedyś ulica Machandelsteig, prawdopodobnie miała coś wspólnego z nowodworską jałowcówką, zaś w tolkmickiej knajpie Pana Eduarda Berlina namiętnie pijano drinka z czystej wódki z dodatkiem „kropli z malin”. Warto byłoby kiedyś prześledzić i porównać te alkoholowe wątki historyczne obu naszych miast.

Tym bardziej, iż Pan Marek Opitz w swoich opowieściach co i rusz przeskakiwał między nizinnymi, płaskimi jak blat stołu i pustymi Żuławami a pofałdowaną, pełną lasów Wysoczyzną Elbląską. Tu były żyźniejsze ziemie, dające obfitsze plony i bogactwo, tam gleby liche, gliniaste i ubożuchno ludziom się żyło, ci pili maślankę, a znowu ci wodę lub sfermentowany napój, ci jedli gotowaną wieprzowinę przedtem kilka dni moczoną w śmietanie, a tamci mięso smażone, czasami były to złapane w sieci wrony; na depresji wznoszono dorównujące dworom domy podcieniowe w klasycystycznym kostiumie, na wyżynie czasami się na takie inwestycje silono, jak w Łęczu, Hucie Żuławskiej czy Pasiekach, ale daleko im było do wzorca; tu płynęła sobie Tuga, a tam Stradanka – obie zaś wylewały i trapiły ludzi powodziami przez wieki. Wobec tej okoliczności zostaliśmy przeszkoleni w zakresie bezpieczeństwa na wodzie i ochrony przeciwpowodziowej. Warsztaty polegały na rozłożeniu niebieskiego sukna symulującego toń Stradanki (lub Tugi), z której odpowiednimi narzędziami wyławialiśmy wrzucone do rzeki śmieci, oszczędzając pływające w toni ryby. Obok ryb występowały niegdyś raki – łowiono je i jedzono, było to pożywienie tanie, zdrowe i powszechne w naszym regionie. Od tych typowych dla biedoty potraw pozostały na pamiątkę nazwy różnych wsi, na przykład Raczki Elbląskie, Rakowe Pole czy Rakowiska. Dziś raki są pod ochroną, trudno je zdobyć, w celach konsumpcyjnych należy je sprowadzać z Hiszpanii, dlatego stały się potrawą wykwitną, rzec by można przeznaczoną dla koneserów. Mogliśmy w ramach zajęć popróbować tak pięknie podanego dania – przed spożyciem warto jest wysłuchać instrukcji pod tytułem „Jak raka zjeść?”. Nam te tajniki przybliżył gospodarz Małego Holendra, innych odsyłamy do filmiku zamieszczonego na fanpage’u jego gospodarstwa.

{gallery}2026-09-08-wtz22{/gallery}

Dariusz Barton

Idź do oryginalnego materiału