Wstań wcześniej i ugotuj mamie zupę – zażądał mąż. – Niech zupę gotuje ten, kto się z niej narodził!

newsempire24.com 14 godzin temu

Wstań wcześnie i mamie zrób rosół tak rozkazał mąż. Niech ją ugotuje ten, kto ją zrodził.
Jadwiga siedziała w ulubionym fotelu z kubkiem kompotu, bezmyślnie gapiąc się w ekran telewizora. Piątek, godzina dziewiąta wieczorem. Na ekranie przemykały napisy końcowe kolejnego serialu, a ona nic nie widziała myśli wypełnił jutrzniowy poranek, w którym znów przybyła teściowa.

Przez pięć długich lat małżeństwa te soboty stały się prawdziwym koszmarem przetrwania, niczym klątwa nie do zdjęcia.

Na początku było niemal niewinnie. Stanisława Kowalska przyjeżdżała do młodej pary raz w miesiącu, by usiąść, pogadać przy herbacie, dowiedzieć się, jak mają się dzieci. Piotr wtedy mówił z autentyczną troską:

Mama samotna, już od dziesięciu lat nie ma ojca. Dajmy jej trochę uwagi, wesprzyjmy moralnie, porozmawiajmy.

Jadwiga zgadzała się ochoczo. To przecież rodzina męża, trzeba szanować starsze pokolenie i okazywać opiekę.

Z czasem, niepostrzeżenie, wszystko zaczęło się zmieniać.

Pierwsze pojawiły się drobiazgowe uwagi do porządku w domu. Po pierwszej wizycie Stanisława kazała synka w korytarz:

Piotrek, kochany, a kto u was myje podłogi?

Jadwiga, oczywiście, iż ja, mamo odpowiedział zdziwiony.

To dziwne, bo na linoleum widać smugi, a na listwach kurz.

Od tego pamiętnego dnia przed każdym przyjazdem teściowej Jadwiga zamieniała się w maniakalną sprzątaczkę. Myła podłogi dwa razy najpierw z koncentratem, potem dokładnie wycierała na sucho. Ścierka nie omijała nic: meble, półki, grzejniki i listwy. Wanna lśniła po użyciu specjalistycznych środków.

Mama od lat przyzwyczajona jest do perfekcyjnej czystości tłumaczył Piotr, obserwując żonę, która pełzła z ściereczką po kątach. U niej dom zawsze był jak muzeum.

A ja co, mam być jak brudna? pytała zmęczona Jadwiga, wyprostowując wygiętą kręgosłup.

Nie, po prostu jesteś bardziej zrelaksowana w domowych obowiązkach.

Zrelaksowana takiej definicji nie spodziewała się żadna kobieta, która dziennie odpracowuje dziesięć godzin w banku, zmagając się z nerwowymi klientami i raportami szefa.

Jednak Jadwiga znosiła to cierpliwie. Rodzina przecież to kompromisy i wzajemne ustępstwa, prawda?

Po roku Stanisława zaczęła przychodzić częściej najpierw co dwa tygodnie, potem każdą nieprzerwaną sobotę.

Samotność w pustym mieszkaniu męża uspokajał Piotr. Dobrze, iż ma miejsce, gdzie może odpocząć duszę.

Odpoczynek słowo, które w tym kontekście nabrało ironii. Bo w ich domu odpoczywała tylko teściowa, a Jadwiga harłowała jak koń na galernych wiosłach.

Do wymagań bezbłędnego sprzątania dołączyły już obowiązkowe programy rozrywkowe. Stanisława nie zadowalała się już siedzeniem przed telewizorem z herbatą i ciastkami. Żądała wyjść na miasto, zakupów w galeriach.

Piotrek, kochanie, jedziemy gdzieś, obejrzymy nową bluzkę? nuciła w każdą sobotę. Bo szafa już prawie runie.

Jasne, mamo! Jadwiga, się pakuj szybciej.

I Jadwiga, jak pod rozkaz, pakowała się w zatłoczone galerie, wózkując nieskończone wieszaki z ubraniami, cierpliwie czekając w przymierzalniach. Stanisława była kapryśną klientką przymierzała pięćsiedem rzeczy, by kupić jedną, albo odchodziła z rozczarowaniem, wzdychając.

Jakość dziś nie taka, co kiedyś lamentowała. W czasach PRL lepiej szyto, solidniej.

Może spróbujemy w innym sklepie? proponowała wyczerpana Jadwiga.

Chodźmy! Tam na pewno lepiej.

Piotr w tych wyczerpujących wyprawach nie uczestniczył. Miał ważniejsze, męskie sprawy mecz piłki w telewizji, spotkanie z kumplami w garażu, mycie samochodu, wypad na ryby.

Wy, kobiety, macie wrażliwość na takie rzeczy filozofował. A ja tylko rzucałby się w wasze porady.

Po ciężkim tygodniu w banku, pełnym kwartalnych raportów, awaryjnych zebrań z dyrekcją i kłótni z trudnym klientem, Jadwiga wróciła do domu późno, zupełnie wyczerpana. Piotr siedział na ulubionej kanapie, popijając herbatę i przeżuwając ciasteczka.

Co w pracy? zapytał, nie odrywając oczu od ekranu, na którym wyświetlała się pościg w kryminale.

Zmęczona, przyznała, opadając w fotel.

Dobra, odpoczywaj. A mama jutro rano przyjedzie.

Wiem, rzuciła krótko.

Posłuchaj, wstań jutro rano i mamie zrób rosół. Przyjedzie z wsi, zmęczona, głodna. Tylko z kurczakiem z wolnego wybiegu wiesz, iż mam już chorą żołądka. Potrzebuje prawdziwego bulionu, nie chemii ze sklepu.

Jadwiga podniosła głowę wolno:

Kurczak z wolnego wybiegu?

Tak. Na Hali Mirowskiej sprzedają dobrej jakości ptaki. Ciotka Zofia ma tam kury żywe. Najważniejsze, żeby były ciepłe, nie mrożone. Zimna kura to nie jedzenie.

Kiedy mam po nie jechać?

W połowie szóstej wstaniesz. Hala otwiera się o szóstej, a do domu wrócisz do ósmej. Mama przyjeżdża zwykle na dziewiątą.

A czemu nie jedziesz sam?

Chętnie, ale ty lepiej się w tym orientujesz. A rosół to kobieca sprawa. Ja w końcu będę mogła wyspać się do obiadu, nabrać sił.

Jadwiga milcząco weszła do łazienki, myjąc zęby, rozmyślając o sprawiedliwości losu. Mąż planował spać do obiadu w wolny dzień, a ona musiała wstawać o pół szóstej, jechać po kurczaka po całym mieście, a potem trzy godziny stać przy kuchence.

Ustawisz budzik? zawołał Piotr z salonu.

Jaki budzik? nie zrozumiała.

Ten, żeby nie przespany zostać. Mama przyjeżdża na dziewiątą, a rosół gotuje się długo.

Jadwiga wyszła z łazienki, trzymając szczoteczkę:

A ty sam sobie budzik postawisz?

Po co mi budzik? Nie muszę jutro gotować.

Dobrze odpowiedziała neutralnie, nie ustawiając budzika w telefonie.

Rano obudził ją natarczywy dzwonek w drzwiach. Siedem dziesięć. Za oknem jeszcze szaro, drobny jesienny deszcz stukał w szyby.

Kto to może być? mruknęła, szukając szlafrok.

To ja, Stanisława! rozległ się znajomy głos.

Serce Jadwigi zadrżało w piersi. Teściowa, i to znacznie wcześniej niż zwykle.

Otworzyła drzwi. Stanisława stała w progu z dwoma dużymi torbami, w lekkim płaszczu, świeża, pełna wigoru.

Dzień dobry, Jadwigo! Czy już pachnie rosół? Czy przyjechałam za wcześnie?

Jadwiga z trudem przełknęła łoką.

Nie ma jeszcze rosołu odpowiedziała chrapliwie.

Ojej! zamarła Stanisława. A Piotrek mówił, iż wstaniesz wcześniej

Piotrek śpi.

Teściowa weszła, nie słysząc, zdjąła płaszcz i powiesiła go na wieszaku.

Nic nie szkodzi, kochana! Jedziemy na targ, kupimy kurczaka. Piotrek mówił, iż ma być świeży, nie mrożony, bo w sklepie to chemia.

Jadwiga stała w szlafroku, patrząc na tę pełną energii kobietę i czuła, jak w środku gotuje się wrzątek.

Nie jadę po kurczaka.

Jak nie jedziesz? A rosół?

Niech go gotuje ten, kto go zamówił.

Ale Piotrek pracuje całą tygodnię! On potrzebuje odpoczynku!

I ja muszę pracować. I odpoczywać.

Stanisława usiadła przy kuchni, licząc na długą dyskusję:

Jadwigo, nie rozumiesz? Lekarz kazał mi mieć gorący rosół rano. Żołądek bolący!

Rozumiem, nie rozumiem, dlaczego to moja wina.

Po pięciu minutach pojawił się Piotr w pomiętanym koszulce, ospały i rozczochrany.

Mamo, już przyjechała?

Piotrek! Stanisława spojrzała na syna z nadzieją. Gdzie rosół? Jadwiga mówi, iż nie jedzie po kurczaka.

Piotr zdziwiony spojrzał na żonę:

Mówiłam wczoraj: wstań wcześnie i mamie rosół zrób.

Jadwiga powoli odwróciła się do męża, wytrzeć ręce ręcznikiem i spojrzała mu w oczy.

Niech rosół gotuje ten, kto ją zrodził.

W kuchni zapadła cisza. Stanisława zamarła. Piotr otworzył usta, zamknął je.

Co to powiedziałaś? zapytał cicho.

To, co myślałam od dawna.

Jadwigo! wściekła się teściowa. Jak możesz tak mówić!

Po prostu odpowiedziała językiem.

Ale ja twoja teściowa!

I co? Czy to czyni mnie twoją służką?

Jaka służka? wtrącił Piotr. Mama to rodzina!

Twoja rodzina. Twoja matka. To ona powinna gotować.

Nie umiem!

Naucz się. Internet pełen przepisów.

Ale ty kobietą! zawahał się mąż.

A ty co, kosmita?

Stanisława, łagodząc ton, powiedziała:

Rozumiem, iż jesteś zmęczona. Ale obowiązki rodzinne

Czyje? przerwała Jadwiga. Moje? A wasze gdzie?

Ja jestem starszą kobietą

Która świetnie jeździ na wsi, chodzi po sklepach, domaga się rozrywki. Nie taka już staruszka.

Jak śmiesz! wybuchła teściowa.

Łatwo. Pięć lat znosiłam miałam dość.

Jadwiga podeszła do kuchenki i włączyła palnik, postawiła mały garnek.

Co robisz? zapytał Piotr.

Robię sobie śniadanie. Owsiankę.

A my?

Nic nie musimy. Jesteśmy dorośli.

Jadwigo, to nie tak! protestowała Stanisława.

Co nie tak? To iż nie chcę być darmową służanką?

Ale ja jestem matką Piotrka!

Zajmijcie się matczynymi obowiązkami. Nakarmcie syna.

Nie gotuję w czyimś domu!

Piotr usiadł przy stole, patrząc na matkę.

Mamo, może pójdziemy do kawiarni?

W kawiarni drogo, zmarszczyła Stanisława. A żołądkowi nie pomoże.

Więc w domu coś przyrządzisz.

Nie zamierzam!

A ja wcale nie umiem gotować! wybuchł Piotr. Jadwigo, musisz dbać o rodzinę!

O swoją rodzinę tak, o własną. O cudze ciotki nie.

Moja mama nie jest obcą ciotką!

Dla mnie jest obca. Nie dorastałam z nią, nie przyjaźniłam się, nie wybierałam.

Stanisława zaszloła łzami:

To okrutne!

Okrutne jest pięć lat wykorzystywania człowieka jako służby odparła Jadwiga.

Gdzie idziesz?

Po swoje sprawy. Wy sami się poukładacie.

Poszła do łazienki, gorąca woda zmywała pięcioletnie zmęczenie.
W kuchni zostali dwaj dorośli, którzy musieli teraz zdecydować, czy zrobić prosty rosół, czy chociaż kaszę.

Idź do oryginalnego materiału