Wróżka Już w szóstej klasie było jasne, iż Liza Bogaczewa zostanie wspaniałą lekarką. Wtedy sąsiad…

newskey24.com 1 godzina temu

Wspomnienia z dzieciństwa wracają do mnie, ilekroć przechodzę koło dawnego placu zabaw pod starym blokiem na Pradze. Przecież to właśnie tam po raz pierwszy okazało się, iż Elżunia Borowska była urodzoną lekarką. Mieliśmy wtedy po dwanaście lat. To był letni wieczór sąsiadujący z nami chłopiec, Krzysiek, spadł z huśtawki. Wszędzie było pełno krwi rany na kolanie i rozbita głowa. Nie każdy dzieciak zniósłby ten widok, ale Elżunia nie zasłabła, wprost przeciwnie.

Janka, przynieś wodę, bandaż i wodę utlenioną! rzuciła do koleżanki z naszego klatki. Janka pobiegła do domu, nie pytając o nic.

Kiedy zjawili się zdenerwowani rodzice Krzyśka, a w szczególności jego mama, pani Danuta, rany były już porządnie oczyszczone, zdezynfekowane i zabandażowane. Pani Danuta nie mogła się nadziwić.

Będziesz lekarzem, dziecko powiedziała, dziękując jej serdecznie. I to naprawdę dobrym, bo nie jeden lekarz nie potrafi tak działać bez wahania!

Na biwakach Elżbieta była nieoceniona. Kontuzje nie zdarzały się często, ale kiedy się przytrafiły, to właśnie dzięki niej panował spokój.

Później były lata nauki najpierw studia medyczne na Warszawskim Uniwersytecie, potem staż, rezydentura, kursy, szkolenia. Przyszło życie dorosłe. Elżbieta, teraz już Kaczorowska, była cenioną lekarką, a w końcu objęła funkcję ordynatora na oddziale diagnostyki funkcjonalnej w jednym z warszawskich szpitali.

Owszem, pracowało jej się nieźle był cudowny zespół, gdyby tylko nie dyrektor medyczny doktor Włodzimierz Stępień. Starszy, zgorzkniały człowiek, który zdawał się czerpać przyjemność z krytyki otoczenia. Mówiło się o nim wampir energetyczny. Elżbieta starała się pozostawać odporna na jego zaczepki, choć często kosztowało ją to wiele wysiłku.

Nie do wytrzymania ten człowiek skarżyła się mężowi przy kolacji. Staram się być cierpliwa, ale czasem mam wrażenie, iż Stępień uwielbia mnie prowokować.

Jestem pewien, iż dasz sobie radę uśmiechnął się Witek, jej mąż. Przecież masz wrodzoną dyplomację.

Tak, mamo przytaknął Maks, ich trzynastoletni syn. Jak ci się znudzi bycie lekarką, możesz zostać ambasadorką. Więcej zarabiają.

Elżbieta roześmiała się, choć w głębi duszy czuła, iż z czasem pęknie. Każdy ma swoje granice.

Następnego dnia na zebraniu lekarskim, kiedy omawiano przypadki nowych pacjentów, Elżbieta referowała przypadek pani Wiesławy starszej kobiety, która wyglądała na straśnie zmartwioną.

Zgodnie z procedurą, po referacie pacjentka mogła już wyjść, a Elżbieta omawiała przypadek z ordynatorem i dyrektorem, ale tym razem pacjentka zadrżała w głosie:

Proszę powiedzieć szczerze, czy z tego wyjdę? Mam wnuczkę do wychowania, jestem dla niej wszystkim

Elżbieta chciała ją pocieszyć, ale doktor Stępień rzucił szorstko:

Z takim zaniedbaniem? Proszę pani, tu nie ma żadnej gwarancji! Co pani robiła wcześniej?

Wiesława zbladła i z ledwością powstrzymała łzy, ale Włodzimierz nie przestawał:

Sami się leczcie, a potem, gdy jest źle, liczycie na cud. My nie jesteśmy cudotwórcami!

Wybiegła z gabinetu zapłakana. Elżbieta wyrzucała sobie potem, iż nie przerwała tej tyrady. Ludzie starsi powinni mieć prawo do szacunku.

Gdy została później z doktorem Stępniem sam na sam, nie wytrzymała już:

Panie dyrektorze, proszę nie podnosić głosu przy pacjentach i nie podważać mojej kompetencji w ich obecności. Nikomu na to nie pozwolę, choćby to był choćby minister zdrowia!

Stępień próbował się tłumaczyć, udając, jakoby miał rację, ale Elżbieta już nie słuchała. Miała dość. Usiedli w milczeniu dłuższą chwilę; w powietrzu wisiała nieprzyjemna atmosfera.

Gdy już Elżbieta znalazła się sama w gabinecie, weszła nieoczekiwanie Stępień. Jego twarz była niepewna, w dłoni ściskał małą buteleczkę waleriany.

Elżbieto… Proszę, napij się. I wybacz. Może miałaś rację…

Panie Włodzimierzu, nie chodzi o spór. Jesteśmy lekarzami powinniśmy dawać nie tylko leczenie, ale i nadzieję.

Stępień powiódł wzrokiem po ścianie.

Oczywiście, ma pani rację.

Zaskoczyła ją ta zmiana, więc postanowiła kuć żelazo póki gorące:

Każdy pacjent zasługuje na ludzkie traktowanie. choćby jeżeli jest tylko sprzątaczką czy samym ministrem.

Stępień pokiwał głową.

Po godzinie Elżbieta odwiedziła panią Wiesławę w sali. Na jej stoliku stał bukiet tulipanów. Kobieta zarumieniła się na jej widok.

Przyszedł pań dyrektor pochwaliła się. Przyniósł kwiaty, przeprosił… Powiedział, iż zrobią wszystko, co możliwe!

I słusznie Elżbieta uśmiechnęła się do niej, ściskając jej dłoń.

W ciągu miesiąca stan Wiesławy poprawił się. W dzień jej wypisu Stępień przyniósł bombonierkę dla wnuczki pacjentki i piękny bukiet róż dla niej samej.

Dziękuję, panie doktorze uśmiechnęła się kobieta z wdzięcznością. Tyle lat nie dostałam kwiatów…

Wszyscy byli zdumieni przemianą Stępnia. Po szpitalu chodziły plotki, iż nie potrafił mówić miłych słów a tu proszę.

Między Elżbietą a Włodzimierzem zaczął nawiązywać się coś na kształt przyjaźni. Często spotykali się na kawie po zebraniu, czasem mijali w szpitalnej kawiarni.

Pani Elżbieto, nie ma szczęścia w życiu zwierzał się raz Stępień. Może dlatego taki ze mnie ponurak.

Jak to? zdziwiła się Elżbieta. Przecież jest pan kimś ważnym, szanowanym!

Tak, tyle tylko, iż szczęście gdzieś unika… Kiedyś miałem, ale przepadło.

Elżbieta widziała, iż w nim jest coś więcej niż tylko surowość.

Zmiana w zachowaniu Stępnia nie uszła uwadze personelu. Na piątkowych herbatkach dla kobiet w szpitalnej kuchni, piekły ciasta, smażyły faworki, ciasteczka i częstowały domowymi dżemami.

Coś ty z nim zrobiła? wypytywała salowa Alina podczas wspólnej herbaty ze śliwkowym dżemem. choćby się uśmiecha!

To nie magia, kochane. Wszystko zależy od nas zapewniła Elżbieta.

Tak może mówić ktoś taki jak ty nie dowierzała młoda salowa Żaneta. Ja boję się mu spojrzeć w oczy!

Poczucie własnej wartości nie zależy od stanowiska ucięła Elżbieta.

A ja myślę, iż on po prostu jest samotny zamyśliła się kucharka Weronika.

Na kolejną herbatkę wbiegła kasta, pani Katarzyna, cała rozemocjonowana.

Słyszałyście?! Stępień się żeni!

Nie mów poważnie! zaszemrały kobiety.

Tak! Podobno z którąś z pacjentek!

Elżbieta uśmiechnęła się do własnych myśli, domyślając się prawdy.

Dziewczyny, taka wiadomość zasługuje na coś lepszego niż herbata! rzuciła z werwą. Czas na wino!

Propozycja przyjęta została z radością. Wszystkie wzniosły toast za szczęście dla nowożeńca. A nuż zrobi się choć odrobinę pogodniejszy?

Nazajutrz Stępień wstąpił na kawę do Elżbiety, wdzięczność malowała się w jego oczach.

Wyglądasz dziś świetnie, Włodzimierzu.

Bo żenię się, Elżbieto.

Serio?! Kto jest tą szczęściarą?

Weronika. Pamiętasz? Ta pani, którą wtedy broniłaś. Zawsze coś do niej czułem Dzięki tobie się odważyłem.

Oj, z pana to jest lis! Ale dobrze pan wybrał.

Chciałbym cię zaprosić na ślub dodał nieco nieśmiało. To dzięki tobie jestem szczęśliwy.

Na weselu Weronika promieniała. Miała już nową fryzurę i zafarbowane na kasztanowo włosy odmłodniała o dziesięć lat. Przypominam sobie tę scenę z dumą i wzruszeniem, bo to dzięki odrobinie życzliwości losy ludzi odmienią się czasem nie do poznania.

Idź do oryginalnego materiału