Wpatrując się w pustkę: Historia Ani i Dymka, którzy w wieku 19 lat pobrali się w przypływie szalone…

polregion.pl 2 godzin temu

PATRZĄC W PUSTKĘ

Kiedy miałam dziewiętnaście lat, wyszłam za mąż za Damiana. On także miał dziewiętnaście. Nie mogliśmy bez siebie żyć ani oddychać. To była szalona miłość taka, o jakiej marzy każda dziewczyna. Rodzice uznali więc, iż trzeba natychmiast zalegalizować nasz związek, zanim wyjdzie z tego coś gorszego.

Nasze wesele było huczne i niezapomniane. Była limuzyna z pluszowym misiem na masce, rzeka kwiatów, salwy fajerwerków, wesele w dużej sali i okrzyki Gorzko, gorzko!. Jednak rodzice Damiana musieli pokryć wszystkie koszta uroczystości. Moja mama i ojciec nie mogli się dołożyć ledwie starczało im na podstawowe jedzenie i trochę wódki. To właśnie mama Damiana, Aleksandra Malinowska, pokryła wszystko. Prosiła też, żeby mówić do niej Sania, bo pełne imię i nazwisko uważała za za trudne.

Sania od początku nie była zachwycona, iż jej syn spotyka się ze mną, dziewczyną z domu, w którym ojciec z matką sięgali po alkohol niemal codziennie. Próbowała przekonywać Damiana: Pamiętaj, synu, iż z wieżby pomarańcze nie urosną. Uważaj, by wasza miłość nie była krótsza niż nos wróbla.

Wtedy wydawało mi się, iż przed nami same dobre dni, tylko miłość, szczęście i śmiech. Cały świat leżał u naszych stóp.

Po weselu rodzice Damiana podarowali nam mieszkanie. Żyjcie i cieszcie się, dzieci! powiedzieli. Na początku wszystko układało się spokojnie i dobrze los się do nas uśmiechał.

Urodziłam dwie córki Tosię i Kingę. Damian był z nich dumny i kochał je ponad wszystko. Czuł się panem domu i czerpał z tego satysfakcję. Ale nie upłynęło pięć lat, gdy zaczęłam znikać z domu na całe godziny, czasem noce. Po powrocie często czuć ode mnie było alkohol. Damian prosił mnie o wyjaśnienia. Początkowo milczałam, potem powiedziałam mu, iż nigdy tak naprawdę go nie kochałam, iż to była młodzieńcza fascynacja. Teraz znalazłam mężczyznę swoich marzeń i odchodzę do niego i nieważne, iż ten ktoś już ma żonę i trójkę dzieci.

Damian był w szoku. Jego serce przepełnił ciężki lament. Z trudem przyjął, iż ta, którą najbardziej kochał, po prostu go zdradziła.

Zamieszkałam z ukochanym na wsi, gdzie życie płynęło zupełnie inaczej. Powtarzałam, iż z ukochanym wszędzie można być szczęśliwym, a kiedy się ma dość drugiej osoby, choćby w pałacu jest ciasno. Dzieci zostawiłam nie mogłam o nie wtedy zadbać.

Sania była sprytna i nie dało się jej zaskoczyć błyskawicznie przejęła opiekę nad moimi córkami. Zawsze były dla niej oczkiem w głowie.

Damian, po kilku miesiącach szamotania się z samotnością, z braku lepszego pomysłu, przystąpił do sekty, do której namówił go przyjaciel. Tam gwałtownie ożenili go z wdową, Jolantą, która miała dwóch synów. niedługo zostali pobłogosławieni przez przywódcę grupy. Jolanta od początku wypełniała Damianowi czas swoimi problemami i nie zostawiała mu przestrzeni na kontakt z córkami. Damianie, dziewczyny mają matkę, niech ona się nimi zajmie, a ty zaprowadź Olka do szkoły, nakarm Maćka.

Damian wszystko wykonywał bez skargi, choć sercem wciąż był przy mnie. Wiedział, iż nie ma już powrotu.

Minęło siedem lat. Pewnego dnia stanęłam niespodziewanie w progu mieszkania Sani. Trzymałam za rękę czteroletnią córeczkę. Sania przyjrzała się mi z zaciekawieniem: Życie cię przejechało, Anka, z trudem cię poznaję. To twoja córka?. Odpowiedziałam: Tak, Małgosia. Czy możemy z nią u was zamieszkać?. Przestępowałam z nogi na nogę, nie wiedząc, jak mnie przyjmie.

Sania była zgryźliwa. Nie spodziewałam się takich gości. Wyrzucili cię?. Odpowiedziałam: Nie, sama odeszłam. Mąż mnie bije, a pić przestać nie umie. Zapytała, czemu nie wróciłam do rodziców. Wyznałam, iż tęskniłam za dziewczynkami.

Do mieszkania weszły Tosia i Kinga, już nastolatki. Patrzyły na mnie z dystansem i jak obcą. Czułam, jak bardzo mi tego żałują, jak bardzo skrywają złość.

Sania oczywiście nie wyrzuciła mnie z dzieckiem na bruk, ale już po miesiącu postanowiłam wrócić do tego, którego nazywałam moją udręką. Zostawiłam Małgosię u Sani. Teraz pod jej opieką zostały aż trzy wnuczki. Były dla siebie ważne i kochały swoje babcie i dziadka. W domu panowała czułość, spokój, szacunek.

Czas płynął gwałtownie Niedługo potem najpierw Sania, potem jej mąż, odeszli na zawsze. Tosia wyszła za mąż, ale jej małżeństwo było bezdzietne. Kinga została sama, nikogo nie znalazła. Małgosia, ledwo skończywszy siedemnaście lat, urodziła dziecko, nie wiadomo z kim, i uciekła na wieś do mnie.

Młodość odeszła nie żegnając się, starość przyszła bez powitania.

Długo mieszkałam sama. Mój partner odszedł jego córki zabrały go do miasta, bo był bardzo chory i w końcu został inwalidą. One zrzuciły na mnie winę: To przez ciebie nasz ojciec tak się rozchorował! Nie wtykaj nosa w cudze sprawy!.

Na wsi miałam opinię pijaczki bez wstydu. Wszyscy słyszeli plotki, bo mury na wsi mają uszy i języki. Smutna sława się za mną ciągnęła.

W końcu Damian uciekł od Jolanty i ledwo zdołał wyrwać się z sekty. Został sam samotny jak palec w mieszkaniu po swojej matce. Przebijał się od kompotu do zsiadłego mleka, spał w zimnym łóżku i trzymał w domu trzy koty, żeby nie zwariować. Tyle zostało z naszej wielkiej miłości.

A przecież byliśmy kiedyś tak blisko szczęściaCzasem myślałam, iż ostatnie słowo jeszcze do mnie należy, iż jeszcze coś mogę zmienić. Ale życie nauczyło mnie, iż największe zmiany przychodzą po cichu, wtedy, gdy nikt nie patrzy.

Któregoś jesiennego wieczoru przyjechałam do miasta, do starego mieszkania Sani. Z trudem wspinałam się po schodach z butelką taniego wina w torbie. Na wycieraczce siedział jeden z kociaków Damiana, patrzył na mnie bursztynowymi oczami. Pomyślałam: koty też mają swoje tragedie.

Gdy zapukałam, Damian otworzył. Stał po środku korytarza, w podkoszulku, jakby zatrzymał się w czasie. Oboje milczeliśmy przez długą chwilę, słuchając dzwonu tykających zegarów.

Może się napijesz herbaty? zapytał w końcu, tak spokojnie, iż zabrzmiało to niemal jak zaproszenie do starego tańca. Pokiwałam głową.

Siedzieliśmy przy stole, nad parą unoszącą się znad szklanek, patrząc w siebie tak, jakby po raz pierwszy patrzeć znaczyło rozumieć. Każde miało swoje blizny. Nie opowiadaliśmy już historii, bo wszystko, co się wydarzyło, było czytelne w oczach, w zaciśniętych ustach.

Czułam, iż przeszłość odchodzi cicho, kiedy kawałek ciepłego światła wpada przez okno starego mieszkania, ocalałego po tylu wichurach. Damian uśmiechnął się do mnie łagodnie, i przez tę jedną, krótką chwilę, w sercu miałam spokój.

Może to była właśnie nasza ostatnia miłość: cicha zgoda na własne błędy i pustkę, na przebaczenie, które przychodzi, kiedy już nie trzeba nic mówić. Na świat, który jest już tylko taki, jaki jest zwyczajny, potargany smutkiem, ale w tej zwyczajności jakoś piękny.

I tak, patrząc w pustkę, po raz pierwszy od dawna zobaczyłam swoje odbicie w oczach kogoś, kogo nie kochałam już tak jak kiedyś ale chyba po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam, czym jest miłość.

Idź do oryginalnego materiału