Nigdy bym nie podejrzewała, iż własna synowa okaże się lepszą fryzjerką niż mistrzyni z osiedlowego salonu. Tyle iż pracuje nocą, bez umówionej wizyty, i to na cudzej głowie.
Obudziłam się w niedzielny poranek z wrażeniem, iż poduszka jakoś dziwnie szeleści. Sięgnęłam do czubka głowy — i cofnęłam dłoń jak oparzona. Zamiast włosów, z którymi zasnęłam — gęstych, przyprószonych siwizną, nawiniętych na wałki przed jutrzejszym ślubem — palce natrafiły na coś krótkiego i kłującego. Jak niedawno skoszony trawnik.
Podbiegłam do lustra w przedpokoju. Patrzyła stamtąd na mnie obca kobieta z gołą czaszką, na której gdzieniegdzie sterczały postrzępione kosmyki. Wyglądałam jak strach na wróble wyciągnięty z piwnicy po zimie.
Nie musiałam zgadywać, kto to zrobił.
Weronika. Narzeczona mojego syna.
W czwartek widziałam ją z zapasowym kluczem do mieszkania. Stała pod bramą, kręciła nim między palcami i rozmawiała przez telefon. Wtedy pomyślałam, iż Kamil jej go dał, żeby coś zabrała. Teraz rozumiałam — zabrała dużo więcej.
Moje mieszkanie w centrum Krakowa. Trzy pokoje, dwa kroki od Rynku, wysokie sufity, dębowy parkiet. Kupione przez babcię, potem przez matkę, potem stało się moje. A teraz Weronika je chciała. I wymyśliła idealny sposób, żeby je dostać.
Jeśli doprowadzi mnie do szaleństwa, Kamil zostanie moim opiekunem prawnym. A opiekun rozporządza majątkiem osoby ubezwłasnowolnionej. Prosty rachunek. Brutalny. Precyzyjny.
W ręku wciąż trzymałam telefon. Wybrałam numer syna.
— Mamo, ósma rano — jęknął. — Dzisiaj mam ślub, jakbyś zapomniała.
— Kamil, przyjedź natychmiast. Weronika ogoliła mi głowę w nocy.
— Co? — Jego głos podskoczył. — Mamo, ty poważnie? Weronika leży obok mnie. Całą noc nie ruszyła się z łóżka. Co ty wygadujesz?
— To przyjedź i zobacz na własne oczy.
Przyjechali po godzinie. Kamil wszedł pierwszy, w białej koszuli, zapiętej już pod samą szyję. Weronika — krok za nim, z bukietem storczyków, ostrożnie trzymanym w obu dłoniach.
Zobaczyła mnie i aż się zachwiała. Jedna ręka poleciała do ust, storczyki się przechyliły.
— Pani Marto, to jest… Boże, jaki koszmar! — Głos miała miękki, jak pielęgniarka. — Kamil, naprawdę myśli, iż to ja ją ostrzygłam? Kochana, to jakaś mania prześladowcza. Trzeba ją zawieźć do lekarza.
Kamil na mnie nie spojrzał. Patrzył gdzieś ponad moim ramieniem, w ścianę. Potem wyjął z kieszeni zmiętą paragon za kwiaty i mnął go w palcach.
— Mamo, załóż jakąś perukę. Nie psuj nam dnia.
To był ten moment. Słowa zimniejsze niż brzytwa, której użyto. Nie zapytał, kto tu wchodził. Nie spojrzał na zapasowy klucz, którym Weronika kręciła pod blokiem. Nie zapytał, czy nic mi nie jest. Po prostu kazał mi się zakryć.
Zakryłam się.
Perukę kupiłam w sklepie z kostiumami karnawałowymi przy Karmelickiej. Sto osiemdziesiąt złotych. Kasztanowa, z połyskiem jak foliowa reklamówka. Leżała krzywo, ale nikogo to nie obchodziło.
W restauracji posadzili mnie przy czwartym stoliku — obok drzwi do kuchni. Goście patrzyli z tą napiętą ciekawością, jaka pojawia się, gdy ktoś mimowolnie stał się rozrywką wieczoru. Ciotka Basia z Zakopanego poklepała mnie po ramieniu i szepnęła:
— Nie martw się, kochanie, włosy odrosną.
Podniosłam szklankę z wodą. Ręka mi nie drżała. Żadna z nich nie rozumiała, iż włosy to ostatnie, o czym myślę.
W pewnym momencie Weronika wstała, żeby wznieść toast. Uniosła kieliszek tak, jakby dyrygowała orkiestrą, i uśmiechnęła się do wszystkich.
— Chcę wznieść toast za moją nową rodzinę — zaczęła. — Kamil to najlepszy mężczyzna, jakiego znam. A jeżeli chodzi o jego mamę… — Tu zniżyła głos, jakby dzieliła się z salą tajemnicą. — Kamil i ja poważnie rozważamy złożenie wniosku o ubezwłasnowolnienie. Dla jej dobra. Nie może mieszkać sama, to niebezpieczne. W zeszłym tygodniu sama ogoliła sobie głowę i oskarżyła mnie.
Sala wstrzymała oddech. Kilka osób odwróciło się, żeby na mnie spojrzeć. Kelnerka znieruchomiała z tacą czterech kieliszków. Kamil skinął lekko, jakby Weronika powiedziała coś rozsądnego.
Nic nie powiedziałam. Kroiłam dalej swój sernik na małe kwadraciki. W głowie kołatało mi tylko jedno słowo: ubezwłasnowolnienie.
Leżało teraz na stole, przed pstrokatym tortem z różami z kremu. Cały mój przyszły wyrok, wypowiedziany między dwoma toastami.
Wróciłam do domu o wpół do jedenastej wieczorem. Zdjęłam perukę. Siedziałam przed lustrem i przyglądałam się kobiecie naprzeciwko. Goła głowa, spuchnięte oczy, drżąca broda. Wyglądałam dokładnie tak, jak Weronika chciała, żebym wyglądała: złamana. Szalona. Gotowa na oddział zamknięty.
Ale jednego nie wiedziała.
W poniedziałek rano, gdy ona szykowała się do wyjazdu poślubnego, mnie nie było w domu. Byłam u notariusza. Położyłam na biurku trzy dokumenty i podpisałam je jeden po drugim. Bez pośpiechu. Bez drżących palców.
Zrzekłam się mieszkania.
Tak, dokładnie tak. Nie przepisałam go na Kamila. Nie zostawiłam Weronice. Przekazuję je fundacji „Dom dla wszystkich” — dwudziestego pierwszego dnia po mojej śmierci, albo wcześniej, jeżeli zażądam. Fundacja daje tymczasowe schronienie matkom uciekającym przed przemocą.
Mieszkanie w centrum Krakowa, wycenione na milion sto tysięcy złotych, przestało być moje. I nigdy nie będzie Kamila. Ani Weroniki.
Notariusz, postawny mężczyzna w okularach z grubymi oprawkami, powoli układał dokumenty. Potem spojrzał na mnie znad szkieł.
— Na pewno nie chce pani zapisać tego synowi?
— Na pewno. Mam zapasowy klucz, który zamierzam wymienić.
Uniósł brwi, ale niczego nie zapytał. Tylko podał mi długopis po raz drugi.
Wieczorem, po weselu, zadzwonił Kamil. Głos miał zmęczony, lekko rozwleczony.
— Mamo, jutro Weronika do ciebie wpadnie. W sprawie ubezwłasnowolnienia. Po prostu nam pomóż.
— Oczywiście — powiedziałam. — Pomogę wam. Jutro w południe, o dwunastej.
Rano zadzwoniłam do ślusarza. Przyszedł piętnaście przed dziewiątą i wymienił zamek w dwadzieścia minut. Zapasowy klucz, którym Weronika kręciła pod blokiem, przestał się do czegokolwiek nadawać.
O dwunastej zadzwonił dzwonek. Spojrzałam przez wizjer. Kamil i Weronika stali na klatce schodowej, obok donicy z uschniętym bratkiem, którą od lat chciałam wyrzucić.
Nie otworzyłam.
Telefon w kieszeni zaświecił się. Kamil.
— Mamo, jesteśmy tutaj. Otwórz.
— Nie mogę — powiedziałam. — To już nie jest moje.
Zamilkł. Usłyszałam, jak nabiera powietrza.
— Jak to nie twoje?
— Bo je oddałam. Fundacji dla kobiet w potrzebie. Mieszkanie nie jest już na moje nazwisko. Zapytajcie waszego adwokata, co z tego wynika.
Ucichł. Sekunda, dwie. Potem Weronika krzyknęła coś na klatce schodowej. Nie usłyszałam co. Usłyszałam tylko, jak jej obcasy zastukały po schodach w dół.
Kamil powiedział do słuchawki:
— Ty nie jesteś normalna.
— Wiem, synku — powiedziałam. — Tak mówią o szalonych. Dobrze więc, iż pozbyłam się mieszkania. Żebyś się później nie martwił, jak mnie zabraknie.
Rozłączyłam się.
W kuchni zrobiłam sobie kawę. Dwie łyżeczki, trochę mleka. Usiadłam przy oknie i spojrzałam na Wawel. Na dole, na chodniku, Weronika wymachiwała rękami. Kamil stał dwa kroki od niej i pocierał kark.
Zamieniłam perukę na dzianinową czapkę, którą schowałam w szufladzie. Leżała dobrze. Włosy odrosną. A tych dwoje będzie musiało przyzwyczaić się do myśli, iż moje trzy pokoje w centrum nigdy nie wejdą do ich rodzinnego budżetu.
Na dole, przy bramie, Weronika wciąż wskazywała w górę. Na moje okno.
Pomachałam jej ręką i upiłam łyk kawy.















