Dziennik, 23 marca
Poranek u mnie, u Teresy Wiśniewskiej, od lat wygląda podobnie. Czajnik na gazie, dwie łyżeczki liściastej herbaty do starego pękatego dzbanka, którego nie porzuciłam jeszcze z czasów, gdy dzieci były małe i wydawało się, iż wszystko dopiero się zaczyna. Zanim woda zawrzała, włączałam radio w kuchni Trójka albo Jedynka i puszczałam wiadomości, choć słuchałam ich jednym uchem. Głosów spikerów znałam lepiej niż twarze nowo poznanych ludzi.
Zegar z żółtymi wskazówkami wisiał na ścianie. Chodził bez zarzutu, ale dźwięk starego telefonu stacjonarnego pod nim rozlegał się coraz rzadziej. Dawniej dzwonił wieczorami, gdy koleżanki meldowały się, żeby omówić M jak miłość albo ciśnienie. Teraz raz chorowały, raz przeprowadziły się do dzieci do innych miast, a czasem niestety odchodziły już na zawsze. Telefon w kącie, ciężki, słuchawka przyjemnie leżała w dłoni. Przechodząc obok czasem ją głaskałam, jakby sprawdzając, czy ten sposób kontaktu jeszcze nie zniknął.
Dzieci dzwoniły już tylko komórką. A raczej: wiedziałem, iż dzwonią ze sobą, bo gdy przyjeżdżali, trzymali telefony w rękach przez pół wizyty. Syn w trakcie rozmowy potrafił nagle zamilknąć, wlepić oczy w ekran i wymamrotać Sekundka, po czym stukał palcami w szybkę. Wnuczka, chuda dziewczyna z długim warkoczem, niemal nie wypuszczała telefona z rąk; tam miała przyjaciół, lekcje, muzykę, wszystko. Wszyscy mieli wszystko tam.
A ja miałem stary telefon na klawisze. Kupili go mi, gdy pierwszy raz trafiłam do szpitala z powodu nadciśnienia.
Żeby zawsze można się do Ciebie dodzwonić tłumaczył wtedy syn.
Telefon leżał w szarym futerale na półce w przedpokoju. Często zapominałam go naładować. Czasem walał się w torbie pod chustkami i paragonami. Rzadko dzwonił, a jak dzwonił, nie zawsze zdążałam nacisnąć adekwatny klawisz i potem sama siebie ganiłam za powolność.
Ten dzień był szczególny skończyłam siedemdziesiąt pięć lat. Liczba wydawała mi się obca. W środku czułam się dziesięć, a choćby i piętnaście lat młodsza. Paszport nie kłamie jednak. Poranek przeszedł znajomym szlakiem herbata, radio, krótkie ćwiczenia na stawy, które pokazała mi lekarka w przychodni. Potem wyjęłam z lodówki sałatkę robioną dzień wcześniej i postawiłam na stół drożdżowe ciasto. Dzieci zapowiedziały przyjazd na czternastą.
Wciąż dziwiłam się, iż o urodzinach nie rozmawia się już przez telefon, tylko na jakimś czacie. Syn kiedyś oświadczył:
My z Kasią wszystko ustalamy w rodzinnym czacie. Pokażę Ci kiedyś.
Ale nie pokazał. Dla mnie czat brzmiał jak coś z innego świata, gdzie ludzie żyją w małych okienkach i rozmawiają samymi literkami.
Zgodnie z zapowiedzią, pojawili się punktualnie. Najpierw wpadł wnuk Kacper z plecakiem i słuchawkami na uszach, zaraz za nim przemknęła wnuczka Zosia, potem dopiero syn z synową, objuczeni torbami. W domu od razu zrobiło się głośno, ciasno, pachniało ciastkami z cukierni i świeżymi perfumami synowej, a w powietrzu wisiał jakiś energiczny zapach, którego nie umiałem sklasyfikować.
Mamo, wszystkiego najlepszego syn objął mnie szybko, mocno, jakby się śpieszył.
Prezenty wylądowały na stole, kwiaty w wazonie. Zosia od razu poprosiła o hasło do WiFi. Syn wyłowił kartkę z danymi z kieszeni i zaczął dyktować ciąg cyfr i liter, od którego w mojej głowie zakręciło się jeszcze bardziej.
Babciu, dlaczego Cię nie ma w czacie rodzinnym? zapytał zaraz Kacper, rozbierając się w przedpokoju. Tam się wszystko dzieje.
Jaki czat machnęłam ręką, podsuwając mu ciasto. Wystarczy mi mój telefon.
Mamo włączyła się synowa w sumie dlatego też rzuciła porozumiewawcze spojrzenie synowi. Mamy dla Ciebie prezent.
Syn wyciągnął z torby eleganckie pudełko. Białe, gładkie, z połyskującym wzorkiem. Od razu poczułem niepokój. Wyczułam, co się święci.
telefon powiedział syn tonem, jakby ogłaszał diagnozę. Porządny, nie najdroższy. Ma kamerę, internet, wszystko jak trzeba.
Po co mi taki? zapytałam, starając się, by głos nie drżał.
No jak po co. Będziemy mogli rozmawiać na wideo synowa mówiła już szybko, stanowczo. W czacie rodzinnym wrzucamy zdjęcia, wiadomości. No i teraz wszystko się załatwia przez internet: lekarz, rachunki, dowiesz się wszystkiego. Narzekałaś na kolejki w przychodni.
Jakoś sobie radzę zaczęłam, ale syn odetchnął z rezygnacją.
Mamo, nam będzie spokojniej. Jakby co napiszesz zaraz, my odpowiemy. Nie będziesz szukać starego telefonu i kombinować z zielonym słuchawką.
Uśmiechnął się pojednawczo, ale poczułem ukłucie jakbym była już na nic. Znajdź tę zieloną słuchawkę Jak dziecko.
No dobrze, skoro nalegacie.
Otwierali razem pudełko tak jak kiedyś otwierali prezenty dzieci. Teraz to dzieci były dorosłe, a ja byłam niczym uczennica na egzaminie. Ze środka wydobyli cienki, czarny prostokąt. Był zimny i śliski, bez jednej klawiszy na ekranie.
Tu wszystko na dotyk tłumaczył Kacper. Przykładasz palec, patrz.
Przeciągnął po szybce, pojawiły się kolorowe ikonki. Drgnęłam. Bałam się, iż urządzenie zaraz zażąda hasła, logowania albo czegoś jeszcze
Nie bój się Zosia powiedziała cicho, łagodnie. My wszystko ustawimy. Tylko sama nic nie wciskaj. Poczekaj, aż pokażemy.
Zrobiło mi się przykro. Nie wciskaj sama. Jak dziecku, które może rozbić coś cennego.
Po obiedzie wszyscy przenieśli się do pokoju. Syn usiadł obok mnie na kanapie i położył smartphone na moich kolanach.
Spójrz zaczął. Tu się włącza, trzyma sekundy. Potem pojawia się ekran blokady. Przeciągasz palcem i już.
Mówił szybko, w głowie miałam mętlik. Przycisk, blokada, pulpit jak obcy język.
Poczekaj przerwałam mu. Po jednym, bo zapomnę.
Nic nie zapomnisz, gwałtownie się nauczysz.
Kiwnęłam głową, choć wiedziałam, iż nie tak prędko. Potrzebowałam czasu. Świat przeniósł się do tych prostokątnych ekranów i ja miałam się jakoś tam wcisnąć.
Wieczorem już wpisał numery dzieci, wnuków, sąsiadki Wiesławy Nowak z naprzeciwka, lekarza rodzinnego. Syn zainstalował komunikator, dodał mnie do rodzinnego czatu, powiększył litery.
Patrz pokazywał. Tu piszemy. Ja coś napiszę O, jest: Cześć, mamo, jesteś z nami! U synowej zaraz pojawiło się: Super, ciociu! Zosia pomachała mi telefonem i zasypała czat ikonkami.
A jak ja mam napisać? spytałem nieśmiało.
Tu klikasz, tu pojawia się klawiatura, piszesz. Albo mówisz przycisk mikrofonu.
Spróbowałem. Palce się trzęsły. Zamiast dziękuję wyszło dzięhkuję. Syn się roześmiał, synowa też. Zosia posłała kolejne emotki.
Spokojnie, wszyscy się mylą na początku uspokajał syn.
Kiwnęłam, ale w środku czułem żal jakbym oblała prosty test.
Kiedy wyjechali, zrobiło się cicho. Na stole został niedojedzony placek, kwiaty i puste pudełko po telefonie. Sam telefon leżał obok, ekranem w dół. Ostrożnie obróciłam sprzęt i nacisnęłam bok jak syn pokazywał. Rozświetliła się fotografia zeszłoroczne święta z rodziną. Stałam z boku w niebieskiej sukience, z lekko uniesioną brwią, jakbym już wtedy zastanawiała się, czy naprawdę jestem częścią tego grona.
Przeciągnęłam palcem. Ikony telefon, wiadomości, aparat… Nie wciskaj niczego więcej, mówił syn. Ale co jest więcej?
Odłożyłam sprzęt i zabrałam się za zmywanie. Niech telefon poleży, niech się przyzwyczai do mieszkania.
Nazajutrz obudziłam się wcześnie. Najpierw zerknęłam na telefon. Leżał jak obcy, ale lęk już nieco zelżał. Przecież to tylko rzecz, rzeczy można opanować kiedyś bałam się choćby mikrofali. I przecież dałam radę.
Zaparzyłam herbatę, usiadłam i przyciągnęłam telefon do siebie. Włączyłam. Znowu ta fotografia na blokadzie. Przeciągnęłam palcem, znalazłam ikonkę zielonej słuchawki jedyne znajome i nacisnęłam.
Pojawiły się kontakty: syn, synowa, Zosia, Kacper, Wiesława Nowak. Wybrałam syna, zadzwoniłam. Telefon zadudnił, na ekranie kolorowe paski. Przyłożyłam do ucha jak dawniej.
Halo? Mamo? Wszystko w porządku?
Tak, sprawdzam tylko, czy działa.
Widzisz? O to chodzi. Ale lepiej dzwoń przez komunikator, taniej.
Ale jak?
Pokażę potem, jestem w pracy.
Odłączyłam. Byłam zdyszana, jak po szybszym marszu, ale czułem dumę. Zadzwoniłam sama. Bez niczyjej pomocy.
Po dwóch godzinach przyszła pierwsza wiadomość na czacie rodzinnym. Krótkie piknięcie, ekran rozświetlił się: Zosia: Babciu, jak się masz? Nad tym okienko do wpisania odpowiedzi.
Patrzyłam na nie długo. Powoli wklikałam kolejne litery. W pudło. Skasowałam. Ze trzy razy, zanim udało się wpisać Wszystko dobrze. Piję herbatę. W dobrze zgubiłam ż, ale puściłam literówkę. Wysłałam.
Po sekundzie pojawiła się natychmiast odpowiedź Zosi: Wow! Sama napisałaś? I małe serduszko.
Poczułem, iż się uśmiecham sam wysłałem wiadomość. Na czacie, gdzie zwykle tylko inni coś pisali.
Popołudniu wpadła sąsiadka Wiesława Nowak, przyniosła słoik powideł.
Słyszałam, iż młodzi dali ci ten ten nowoczesny telefon rzuciła, ściągając buty na progu.
telefon poprawiłam z nutką dumy. przez cały czas brzmiało za nowocześnie jak na mnie, ale powiedziałem z przyjemnością.
I jak, nie gryzie? roześmiała się.
Na razie tylko piszczy westchnąłem. Nie wiem, gdzie co.
Mój wnuk też mnie namawia. Mówi, iż bez tego się nie da. Ale mówię: mnie już nie trzeba, mogą się sami bawić w internecie.
Słowo nie trzeba zabolało. Ja też tak kiedyś myślałem. Ale teraz na stole leży coś, co mówi: jeszcze nie musi być za późno, jeszcze można choć spróbować.
Parę dni później zadzwonił syn, iż zarejestrował mnie do lekarza przez internet. Byłem zaskoczony.
Przez co?
Przez ePUAP tłumaczył. Tam wszystko. Masz login i hasło na karteczce w szufladzie.
Rzeczywiście była, starannie złożona. Wziąłem ją jak receptę, której nie potrafię wykorzystać.
Następnego dnia zebrałem się w sobie. Włączyłem telefon, znalazłam ikonkę Przeglądarka, wpisałem adres, raz i drugi się pomyliłem. W końcu strona się załadowała. Białe i niebieskie paski, wyskakujące okienka.
Wpisz login. Hasło przeczytałem głośno.
Login jakoś poszedł, ale hasło: litery z cyframi, palce się ślizgały, ekran znikać chciał za każdym razem. W końcu kliknąłem coś nie tak i wszystko się skasowało. Mruknąłem pod nosem. Zniecierpliwiłem się, sam na siebie.
Odłożyłem telefon, sięgnąłem po słuchawkę stacjonarną, zadzwoniłem do syna.
Nic mi nie wychodzi. Wasze hasła to jakieś zamordyzm.
Nie denerwuj się, tato. Przyjadę z Kacprem, on ci spokojnie pokaże. On ogarnia szybciej niż ja.
Zgodziłem się. Ale po rozłączeniu miałem ciężar na sercu. Znowu byłem bezradny.
Wieczorem przyszedł Kacper. Rozebrał się, usiadł koło mnie.
Pokaż, co nie idzie, babciu.
Otworzyłem stronę na telefonie.
Wszystko skomplikowane. Boję się coś kliknąć.
Nic się nie stanie, najgorsze co wylogujesz się i tyle.
Mówił szybko, spokojnie. Pokazał, gdzie która ikonka, gdzie terminarz lekarza.
Tu masz wizytę, jakbyś anulowała przypadkiem, trzeba by wpisać nową, ale trudno, dasz radę.
Kiwnąłem. Dla niego pestka. Dla mnie wyzwanie.
Kiedy poszedł, siedziałem z telefonem w ręku, który sprawdzał mnie codziennie login, hasło, błąd połączenia. Świat, gdzie wystarczyło zadzwonić i przyjść, teraz wymagał klikania i logicznego myślenia.
Po tygodniu wydarzyła się historia z rejestracją u lekarza. Obudziłem się z ciężką głową, ciśnienie szalało. Przypomniałem sobie, iż mam wizytę pojutrze i postanowiłem sprawdzić godzinę w internecie, jak uczył mnie Kacper. Zalogowałem się a tam: brak mojej wizyty. Przewijałem góradół, pusto.
Może poprzedniego dnia przez przypadek coś nacisnąłem, chciałem tylko zobaczyć, jak się ewentualnie odwołuje… Teraz zapanowała panika.
Chciałem zadzwonić do syna ale ciągle powtarzał, iż ma trudny tydzień. Miałem przed oczami, jak wzdycha, mówiąc kolegom znowu mama nie ogarnia telefonów. Było mi wstyd.
Wziąłem kilka głębokich wdechów, przypomniałem sobie, co mnie uczyli. Ponownie wszedłem na stronę, tym razem już bardzo powoli. Okazało się, iż mój termin jest wolny. Kliknąłem na rejestrację, znalazłem najbliższą wolną: za trzy dni rano. Potwierdziłem. Po chwili komunikat: Zarejestrowano. Moje nazwisko, godzina i dzień. Przeczytałem trzy razy.
Chciałem się upewnić, więc otworzyłem komunikator, znalazłem czat do przychodni (syn kiedyś dodał). Wcisnąłem mikrofon.
Dzień dobry, tu Teresa Wiśniewska. Mam wysokie ciśnienie, zapisałam się przez internet na wizytę w czwartek, rano. Czy wszystko jest ok?
Wysłałem. Po minucie przyszła odpowiedź: OK, JESTEŚ NA LIŚCIE. JAK COŚ, ZADZWOŃ.
Ulga. Zapisałem się samodzielnie. Bez księcia na białym koniu.
Wieczorem napisałem w czacie rodzinnym: Zapisałam się sama do lekarza przez internet. Znowu literówka, ale olałem. Najpierw odpowiedziała Zosia: Babcia, jesteś najlepsza! Potem synowa: Super, mamo! Jestem z Ciebie dumna! Syn: Mówiłem, iż się uda.
Patrzyłem na te wiadomości i wyraźnie czułem, iż pojawiło się coś nowego. Łączność. Delikatna nitka.
Po wizycie stwierdziłem, iż chcę nauczyć się czegoś więcej. Zosia mówiła kiedyś, iż wymieniają się z koleżankami zdjęciami śniadań, kotów i głupot, śmiałem się wtedy, choć w głębi duszy trochę im zazdrościłem. Oni mieli fragment wspólnego dnia. Ja tylko radio i podwórko.
Pewnego pogodne dnia, kiedy na parapecie świeciły słońcem szklane słoiczki z rozsadą, wziąłem telefon i włączyłem aparat. Kamera pokazała moją kuchnię. Ustawiłem telefon bliżej słoiczków. Nacisnąłem kółko na dole. Cichutkie kliknięcie.
Zdjęcie wyszło lekko nieostre, ale można było poznać: zielone listki, promień światła na stole. Przyszło mi do głowy, iż te kiełki są jak ja z tym telefonem też próbują się wybić do światła.
Wrzuciłem fotkę do czatu rodzinnego. Napisałem: Moje pomidory rosną. Wysłałem.
Komentarze pojawiły się od razu. Zosia pokazała swój pokój zawalony książkami. Synowa sałatkę z podpisem: Uczę się od babci. Syn selfie z biura: Mama ma pomidory, ja mam faktury. Kto lepiej?
Śmiałem się głos na pustej kuchni brzmiał wesoło. Czułem, jakby wokół mnie kręciło się naraz kilka osób, każdy tam, gdzie jest, ale jednak ze mną.
Oczywiście nie zawsze było idealnie. Raz wysłałem przez pomyłkę nagranie swojego monologu o pogodzie do rodzinnego czatu (chciałem poćwiczyć nagrywanie głosu). Wnuki się śmiały, syn pisał: Mama, jakbyś prowadziła swój program. Sam się roześmiałem trudno, lepsze to niż milczenie.
Myliłem czasem czaty i wpisywałem pytania do wszystkich, nie do jednej osoby. W odpowiedzi instrukcja od Kacpra, nie wiem od Zosi i rysunek od synowej: Jesteś naszą bohaterką internetu.
Dalej często gubiłem się w ikonach. Bałem się aktualizacji, prosił o zainstaluj nową wersję systemu brzmi groźnie! Czułem się, jakby znów świat miał się zmienić tuż po tym, jak już coś opanowałem.
Ale z dnia na dzień lęku było mniej. Zacząłem sprawdzać rozkład autobusów, pogodę nie tylko w radiu. Kiedyś choćby znalazłem przepis na ciasto prawie jak od mamy. Było trochę szukania, ale gdy zobaczyłem znajome składniki, łzy zakręciły mi się w oczach.
Nie pisałem tego na rodzinny czat. Po prostu upiekłem ciasto i pokazałem zdjęcie. Dodałem: Przypomniałem sobie przepis babci. Dostałem serduszka, prośby o przepis. Wysłałem sfotografowaną kartkę z odręcznym pismem.
Nagle zauważyłem, iż coraz rzadziej patrzę na telefon stacjonarny. przez cały czas wisiał na ścianie, ale nie był już jedynym kablem z resztą świata. Teraz miałem inną nitkę cienką, ale silną, w tym małym czarnym prostokącie.
Wieczorem, gdy za oknem paliły się powoli światła w bloku naprzeciwko, siedziałem z telefonem i czytałem rodzinny czat: zdjęcia z pracy, selfie Zosi z koleżankami, żarty Kacpra, wiadomości o obiedzie. Pomiędzy nimi moje już mniej nieśmiałe teksty: fotka pomidorów, przepis głosowy, pytanie o lekarstwa.
W pewnym momencie pojąłem, iż nie jestem już tylko obserwatorem zza szyby. Może nie potrafiłem połowy rzeczy, które wnuki robiły w internecie. Może nie umiem tych śmiesznych mordek wstawiać. Ale czytali moje wpisy. Odpowiadali na moje pytania. Lajkowali moje fotki jak to mówiła Zosia.
Smartfon piknął nowa wiadomość: Babciu, mam jutro sprawdzian z matmy. Mogę do Ciebie zadzwonić i się wygadać?
Uśmiechnąłem się. Odpisałem powoli: Zadzwoń. Zawsze słucham. I wcisnąłem Wyślij.
Położyłem telefon koło kubka herbaty. W pokoju panowała cisza, tylko teraz inna niż kiedyś. Już nie pusta. Po drugiej stronie ścian, ulic, miast czekały na mnie wiadomości i telefony. Nie byłem częścią młodzieżowego świata, jak mówił Kacper, ale miałem swój kącik w tej cyfrowej rzeczywistości.
Dokończyłem herbatę, zgasiłem światło w kuchni i przez chwilę spojrzałem jeszcze na telefon. Leżał spokojnie. Wiedziałem, iż zawsze mogę do niego sięgnąć i odezwać się do nich.
I to mi teraz wystarczało.
Moja lekcja? Odwaga to nie robienie wielkich rzeczy czasem to nauczenie się obsługi nowego telefonu, żeby nie stracić kontaktu ze swoim światem.







