Dziewięćdziesiąt siedem świeczek by się nie zmieściło, więc kupiłem jedną. Wetknąłem ją w kawałek sernika z osiedlowego cukierniczego przy Skrzatów i usiadłem sam przy stole w kuchni, gdzie od dwunastu lat nikt oprócz mnie nie siadał na drugim krześle.
Nazywam się Zenon Wardak, mam warsztat samochodowy na obrzeżach Bydgoszczy, trzydzieści osiem lat pracy przy silnikach za sobą. Ojciec zmarł miesiąc temu, w wieku dziewięćdziesięciu siedmiu lat, zanim skończył dziewięćdziesiąt osiem. Ostatnią rozmowę, jaką z nim odbyłem, miałem dokładnie rok wcześniej, tego samego dnia co jego urodziny. To ja wtedy odebrałem telefon. I chcę opowiedzieć, jak to wyglądało z mojej strony, bo z jego strony pewnie ktoś już to opowiedział — sąsiadka, ktokolwiek — a nikt nie zapytał mnie, dlaczego przez dwanaście lat nie odebrałem słuchawki wcześniej.
Zacznę od tego, co ojciec zrobił, kiedy miałem dwadzieścia dziewięć lat. Prowadziliśmy warsztat razem, ja i on, na tej samej ulicy co teraz, tylko wtedy szyld nosił jedno nazwisko: jego. Umarła mama, a pół roku później ojciec przepisał cały warsztat — grunt, halę, dwa podnośniki, wszystko — na swoją drugą żonę, Alinę, poznaną trzy miesiące wcześniej na weselu kuzyna. Zrobił to u notariusza przy Gdańskiej, bez słowa uprzedzenia. Dowiedziałem się od księgowej, kiedy przyszła zmiana pieczątki firmowej. Przepracowałem tam dziesięć lat za pensję pracownika, żeby pewnego dnia usłyszeć, iż formalnie jestem nikim.
Nie chodziło o pieniądze, choć to też. Chodziło o to, iż matka jeszcze ciepła w grobie, a on już podpisywał akt notarialny na kobietę, której nie znaliśmy trzech miesięcy wcześniej. Wyszedłem z tamtego warsztatu z torbą narzędzi i nie wróciłem. Otworzyłem swój, dwie ulice dalej, na kredyt z banku przy Focha, który spłacałem jedenaście lat. Ojciec z Aliną żyli razem szesnaście lat, aż ona zmarła na raka trzustki. Warsztat wtedy sprzedał — nie miał już komu go zostawić, bo ja miałem swój — i mieszkał sam w kawalerce na Wyżynach.
Przez te wszystkie lata dzwoniłem czasem, on czasem dzwonił do mnie. Rozmowy trwały minutę, półtorej. „Jak zdrowie". „W porządku". „No to cześć". Nie było krzyku, nie było kłótni na zapas — było zimno, które trzyma się dłużej niż wściekłość. Moja żona, Beata, powtarzała mi co roku przed jego urodzinami: zadzwoń, zapytaj, jak się czuje. Ja odpowiadałem, iż dzwonię, i to była prawda, tylko iż dzwoniłem z takim dystansem, jakbym sprawdzał stan konta, a nie stan ojca.
Rok temu, dwudziestego trzeciego marca, telefon zadzwonił o dwudziestej pierwszej czterdzieści. Siedziałem przed telewizorem, Beata już spała. Na ekranie wyświetliło się „Tata". Odebrałem, bo w tym momencie coś mnie tknęło — może pora, może to, iż nigdy nie dzwonił tak późno.
— Tato?
— Zenek. — Głos miał cichszy niż zwykle, jakby mówił z drugiego pokoju, choć wiedziałem, iż jest sam. — Nic się nie stało. Chciałem tylko powiedzieć, iż mam dziś urodziny.
— Wiem, tato. Sto lat.
— Upiekłem sobie ciasto. Małe. Ze świeczką.
Zamilkł. Ja też. W tle słyszałem, jak brzęczy łyżeczka o talerzyk — odkładał ją, podnosił, znowu odkładał, jakby nie wiedział, co z rękami zrobić podczas tej rozmowy, którą sam wywołał, a której się bał tak samo jak ja.
— Wysłałem ci zdjęcie na komórkę — powiedział. — Może obejrzysz, jak będziesz miał czas.
Rozłączyliśmy się po niecałych trzech minutach. Zdjęcie przyszło minutę później: kawałek ciasta na talerzyku w kwiatki, jedna świeczka, płomień lekko przekrzywiony, jakby ktoś przeszedł obok i poruszył powietrze. W tle rozpoznałem tapetę z kawalerki na Wyżynach, tę samą, którą widziałem dwa razy w życiu, kiedy odwoziłem mu dokumenty do podpisania po sprzedaży warsztatu.
Odłożyłem telefon na stolik i nie zrobiłem nic. Nie napisałem „wszystkiego najlepszego", nie zadzwoniłem następnego dnia, nie pojechałem na Wyżyny, choć to była kwestia dwudziestu minut drogi tym samym volkswagenem, który akurat naprawiałem w warsztacie tamtego tygodnia. Powiedziałem sobie, iż zadzwonię w weekend. Weekend minął. Minął miesiąc.
Beata znalazła to zdjęcie w moim telefonie trzy tygodnie później, kiedy szukała numeru do serwisanta pralki, i spytała, kto to. Powiedziałem, iż ojciec, iż to z jego urodzin. Spojrzała na mnie tak, iż zapamiętałem to spojrzenie bardziej niż jakąkolwiek kłótnię, jaką kiedykolwiek mieliśmy.
— I nic mu nie odpisałeś.
— Miałem zamiar zadzwonić.
— Zenek, on siedział sam w tej kawalerce i zrobił sobie zdjęcie z ciastem, żeby wysłać je jedynej osobie, jaka mu została. Miał dziewięćdziesiąt sześć lat.
Nie odpowiedziałem, bo nie miałem czym. Wiedziałem, iż ma rację, i wiedziałem też, iż każdego dnia, który mijał bez telefonu z mojej strony, robiło się trudniej podnieść słuchawkę — bo trzeba by wtedy wytłumaczyć, dlaczego nie zadzwoniłem wcześniej, a ja nie miałem dobrego tłumaczenia poza tym, iż dwanaście lat złości nie znika, bo ktoś przyśle zdjęcie ciasta.
Przez kolejny rok dzwoniłem częściej niż wcześniej — raz w miesiącu, czasem dwa razy. Rozmowy dalej były krótkie, ale ojciec zaczął w nich coś dodawać: iż sąsiadka z parteru przynosi mu czasem zupę, iż lekarz kazał mu chodzić codziennie po piętnaście minut, iż kupił sobie nowy czajnik, bo stary przestał się wyłączać. Drobiazgi. Nigdy nie wrócił do tematu notariusza przy Gdańskiej, ja też nie pytałem. Może obaj wiedzieliśmy, iż nie starczy nam już czasu w rozliczenia, tylko na to, co się da uratować z tego, co zostało.
Dwudziestego drugiego marca tego roku, dzień przed jego dziewięćdziesiątymi ósmymi urodzinami, zadzwoniła sąsiadka, pani Halina. Powiedziała, iż ojciec nie otworzył jej drzwi rano, iż zwykle wystawiał śmieci o ósmej, a dziś ich nie było. Pojechałem od razu, z warsztatu, w kombinezonie roboczym, bez przebierania się. Klucz zapasowy trzymałem w schowku samochodu od lat, na wszelki wypadek, którego się nie spodziewałem, iż kiedyś nastąpi naprawdę.
Znalazłem go w fotelu przy oknie, z telefonem w dłoni. Ekran był zablokowany, ale zdążyłem zobaczyć, zanim zgasł: miał otwartą galerię zdjęć, a na wierzchu leżała ta sama fotografia ciasta ze świeczką sprzed roku, ta, którą mi wysłał. Musiał ją oglądać tej nocy.
Na stoliku obok leżała koperta z moim imieniem, zaklejona, a w niej kartka napisana jego charakterem pisma, już mniej pewnym niż kiedyś: „Zenek, wiem, co zrobiłem z Aliną i z warsztatem, i wiem, iż to zniszczyło coś, czego nie da się skleić do końca. Nie proszę, żebyś zapomniał. Proszę tylko, żebyś wiedział, iż ostatni rok, z tymi telefonami, był najlepszy, jaki miałem od czasu, kiedy umarła twoja matka. Zostawiam ci kawalerkę na Wyżynach i to, co jest na koncie w PKO — nie dlatego, iż ci się należy bardziej niż komuś innemu, tylko dlatego, iż nie mam nikogo innego, komu mógłbym to zostawić uczciwie".
Pogrzeb odbył się na cmentarzu przy Wiślanej, w deszczu, bez wielkiej liczby ludzi — pani Halina, ja, Beata, ksiądz. Nikt z rodziny Aliny się nie zjawił, zresztą nikogo nie zawiadamiałem, bo nie było kogo.
Miesiąc później poszedłem do notariusza, tego samego, u którego ojciec kiedyś podpisał akt na Alinę, bo kancelaria wciąż działała, tylko z nowym szyldem po przejęciu przez młodszego wspólnika. Podpisałem przyjęcie spadku, zamknąłem starą kawalerkę na Wyżynach na klucz, który teraz nosił się na moim breloku obok kluczyków do volkswagena, i zleciłem zarządcy wspólnoty wystawienie mieszkania na sprzedaż — nie chciałem go zatrzymywać jako pamiątki, chciałem, żeby zamieszkał w nim ktoś, kto naprawdę tam będzie mieszkał, a nie odwiedzał raz na dwanaście lat.
Pieniądze z konta, sto dwanaście tysięcy złotych, przelałem w połowie na fundację onkologiczną w Bydgoszczy — tę samą, która zajmowała się chorymi na raka trzustki, bo tak umarła Alina, i pomyślałem, iż ojciec by tego nie zabronił. Drugą połowę odłożyłem na studia wnuczki, córki mojego syna, który ma dopiero cztery lata i nie wie jeszcze, iż miał pradziadka.
W warsztacie przy Skrzatów powiesiłem tamto zdjęcie ciasta ze świeczką na ścianie obok kalendarza z narzędziami, tam, gdzie widzę je codziennie, kiedy podnoszę głowę znad silnika. Nie po to, żeby się zadręczać. Po to, żeby pamiętać, iż telefon, który zignorowałem przez trzy tygodnie, mógł zadzwonić tylko raz.












