Warsztat po Tomaszu, trzy litry dziennie i szafka w garażu

twojacena.pl 1 tydzień temu

Nazywam się Robert Zawadzki, mam trzydzieści osiem lat i prowadzę warsztat blacharski na Pradze-Południe w Warszawie. Piszę to, bo od trzech lat nie wziąłem do ust ani kropli, a wcześniej piłem tak, iż dziś sam się sobie dziwię, jak to w ogóle przeżyłem.

Zaczęło się zwyczajnie – piwo po robocie, bo ręce bolały od młotka, bo klient nawrzeszczał, bo żona akurat wyjechała do matki do Radomia na weekend. Potem to już nie był powód, tylko rytuał. Wódka stała mi w szafce z narzędziami, za skrzynką z kluczami nasadowymi, o której nikt poza mną nie wiedział. Druga butelka czekała w bagażniku starego passata, którym woziłem części. Trzecia – w garażu sąsiada, bo ten mi kiedyś oddał klucz „na wszelki wypadek", a ja z tego zrobiłem sobie prywatny magazyn.

Pijałem dwa, czasem trzy litry czystej dziennie. Nie od razu, rozłożone na cały dzień, ale i tak – kiedy dziś to piszę, sam nie wierzę, iż wątroba to wytrzymała.

Z zewnątrz pewnie wyglądałem na gbura, który olewa rodzinę i nie odbiera telefonu. Od środka to było coś innego – strach, iż warsztat splajtuje, bo ojciec, po którym go przejąłem, zostawił długi, o jakich nie wiedziałem, dopóki nie przyszło pierwsze pismo z komornika. Wstyd, iż nie potrafię tego unieść. I ta cicha ulga, kiedy alkohol na chwilę wyłączał mi w głowie kwotę zaległości – sto dwadzieścia tysięcy złotych, pamiętam ją do dziś co do złotówki.

Żona, Kasia, długo udawała, iż nie widzi. Ja też udawałem, iż ukrywam to dobrze. Syn miał wtedy dziewięć lat i kiedyś, w środku dnia, zapytał mnie wprost, czemu tak dziwnie chodzę. Powiedziałem, iż bolą mnie plecy od dźwigania błotników. Skłamałem mu prosto w oczy, a on to kupił, bo miał dziewięć lat i wierzył ojcu.

Dno przyszło w Wielkanoc trzy lata temu. Byliśmy u teściów w Radomiu, na obiedzie ze świąteczną szynką i żurkiem, a ja poszedłem niby do samochodu po prezent dla syna i wypiłem pół butelki, którą trzymałem pod fotelem. Wróciłem do stołu i przewróciłem karafkę z kompotem na obrus teściowej – ten haftowany, robiony jeszcze przez jej matkę. Syn się rozpłakał, nie z powodu obrusu, tylko dlatego, iż zobaczył, jak się zataczam. Kasia wtedy nic nie powiedziała. Wstała, zabrała go do drugiego pokoju i zamknęła drzwi. To milczenie bolało bardziej niż każda awantura.

Następnego dnia, jeszcze na kacu, zadzwoniłem do przychodni w Warszawie i spytałem, gdzie mogę się zgłosić. Trafiłem na Prędnicką, do ośrodka leczenia uzależnień – miejsce, o którym wcześniej słyszałem tylko w żartach kolegów z warsztatu. Terapia zamknięta trwała u mnie jedenaście tygodni. Pamiętam salę grupową, plastikowe krzesła ustawione w krąg i terapeutkę, która za trzeci raz kazała mi wymienić na głos, ile pieniędzy przepiłem w ciągu roku. Powiedziałem: dwadzieścia sześć tysięcy złotych. Sam się zdziwiłem, licząc to na kartce.

Wyszedłem stamtąd inny, ale warsztat i dług przez cały czas na mnie czekały. Komornik już wtedy zajął konto firmowe, a brat mojego ojca, stryjek Zenon, który przez lata pożyczał staremu pieniądze i teraz uważał, iż po jego śmierci warsztat powinien przejść na niego, zaczął przychodzić i tłumaczyć mi, iż „i tak sobie nie poradzę, lepiej żebym mu to odsprzedał za grosze, zanim wszystko przepadnie".

Przez pierwsze miesiące trzeźwości nie miałem siły się z nim kłócić. Ale terapeutka nauczyła mnie jednej rzeczy – zanim coś podpiszesz, przeczytaj to na trzeźwo i pokaż komuś, kto nie ma w tym interesu. Poszedłem więc do notariusza przy ulicy Grochowskiej, tego samego, u którego ojciec kiedyś zakładał spółkę, i poprosiłem, żeby sprawdził dokumenty, które przyniósł stryjek. Okazało się, iż to nie żadna ugoda, tylko pełne przeniesienie własności nieruchomości za sto tysięcy złotych – warsztat wart był co najmniej pięć razy tyle.

Nie podniosłem głosu. Powiedziałem tylko stryjkowi, iż tego nie podpiszę, i iż spłacę dług sam, w ratach, przez bank, a nie przez niego. Zamiast tego poszedłem do doradcy restrukturyzacyjnego, rozłożyłem sto dwadzieścia tysięcy na trzy lata, sprzedałem passata i stary lakiernik, którego i tak nie używaliśmy, i tak spłaciłem połowę długu w rok.

Stryjek Zenon przestał przychodzić, kiedy zobaczył, iż mam prawnika i iż dokumenty są u notariusza, a nie w szufladzie kuchennego stołu. Ostatni raz zadzwonił po telefon do syna, żeby ten „przemówił ojcu do rozsądku" – syn, który ma teraz dwanaście lat, odłożył słuchawkę i powiedział mi tylko, iż stryjek dziwnie mówił.

Dziś warsztat stoi, dług spłacony w całości, a ja nie tknąłem alkoholu od tysiąca stu dni – liczę je, bo terapeutka kazała liczyć, i to działa. Kasia wraca do domu bez sprawdzania, czy pachnę czymś więcej niż smarem. W szafce z narzędziami zamiast butelki stoi teraz termos z kawą, który syn kupił mi na urodziny, bo powiedział, iż „tata teraz pije tylko to".

Idź do oryginalnego materiału