Renata Kowalczyk skończyła pięćdziesiąt cztery lata w kwietniu, a w maju pochowała męża. Zbigniew prowadził warsztat samochodowy przy ulicy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy od dwudziestu ośmiu lat — najpierw sam, potem z synem z pierwszego małżeństwa, Bogdanem, którego przyjął do firmy, gdy chłopak miał dwadzieścia trzy lata i skończył szkołę zawodową na mechanika.
Renata z tym warsztatem nie miała nic wspólnego. Prowadziła księgowość w spółdzielni mieszkaniowej, przynosiła mężowi obiady w słoiku, czasem odbierała telefon, kiedy klient dzwonił po godzinach. Bogdana traktowała jak własnego syna, choć jego matka zmarła, kiedy miał siedem lat, i on pamiętał ją tylko z dwóch zdjęć w portfelu ojca.
Po pogrzebie, na dziewiątym dniu, Bogdan przyszedł do mieszkania przy Fordońskiej z teczką dokumentów. Usiedli przy stole w kuchni, Renata postawiła czajnik, ale herbaty nikt nie zdążył zaparzyć.
— Muszę ci coś pokazać — powiedział, kładąc papiery na ceracie w kwiatki.
Okazało się, iż dwa lata wcześniej, kiedy Zbigniew leżał w szpitalu z pierwszym zawałem, przepisał na syna pięćdziesiąt jeden procent udziałów w warsztacie. "Żeby firma nie stała, gdyby coś się stało" — tak to wtedy tłumaczył, a Renata podpisała zgodę małżeńską, bo ufała, iż to formalność na wszelki wypadek, papier w szufladzie, o którym się zapomni.
Nie zapomniała się tylko jedna rzecz — teraz Bogdan miał większość, a ona zostawała z czterdziestoma dziewięcioma procentami i wspomnieniem, iż kiedyś w tym warsztacie parzyła kawę mechanikom w mroźne poranki.
— Renia, ja to prowadzę od pięciu lat praktycznie sam. Tata już od roku prawie nie wychodził na hale — powiedział Bogdan, nie patrząc jej w oczy, tylko w kubek. — Ale spokojnie, nic się nie zmienia. Będziesz dostawać swoją część zysku.
Zmieniło się wszystko już w poniedziałek. Renata pojechała do warsztatu, żeby zabrać stary kalendarz ścienny z fotografiami wnuków klientów — Zbigniew zbierał je latami, przypinał nad biurkiem. Klucz od bocznych drzwi, ten sam, którym otwierała warsztat od piętnastu lat, nie pasował do zamka.
W środku była nowa recepcjonistka, dziewczyna może dwudziestopięcioletnia, która powiedziała, iż pan Bogdan kazał nikogo obcego nie wpuszczać bez umówienia.
— Ja nie jestem obca, ja tu jestem współwłaścicielką — odpowiedziała Renata, a dziewczyna tylko wzruszyła ramionami i zadzwoniła po szefa.
Bogdan przyjechał po dwudziestu minutach, w tym swoim srebrnym passacie, którym jeździł od trzech lat na kredyt wzięty jeszcze za życia ojca. Rozmawiali na parkingu, między rzędem klientów czekających na przeglądy, bo do środka jej nie wpuścił.
— To dla twojego dobra, żebyś się nie mieszała w bieżące sprawy — tłumaczył. — Traktuj to jak emeryturę. Co miesiąc dostaniesz przelew.
Przelewy przychodziły. Trzy razy — po osiemset złotych, podczas gdy warsztat, jak wiedziała z papierów, jakie kiedyś widziała u męża, miał miesięczny obrót w granicach sześćdziesięciu, siedemdziesięciu tysięcy złotych. Potem przelewy się urwały. Bogdan nie odbierał telefonu, a kiedy w końcu odpisał SMS-em, napisał, iż "firma ma teraz trudniejszy okres, trzeba było spłacić leasing na nowy podnośnik".
Renata siedziała wieczorami w kuchni, tej samej, w której podpisywała kiedyś tamtą zgodę, i patrzyła na fotografię ślubną sprzed dwudziestu sześciu lat, która stała na kredensie obok wazonu z suszonymi różami. Sąsiadka z dołu, pani Halina, przynosiła jej czasem szarlotkę i mówiła, iż trzeba iść do prawnika, bo "chłopak sobie za dużo pozwala".
We wrześniu Renata poszła do notariusza przy placu Wolności, tego samego, u którego podpisywali kiedyś akt małżeński na rozdzielność majątkową — bo Zbigniew, mądry człowiek, chciał chronić firmę od samego początku, choć nie przewidział, iż ochroni ją przed synem, a nie przed żoną.
Notariusz, pan Jarosław Wiśniewski, wysoki mężczyzna po sześćdziesiątce z okularami na łańcuszku, przejrzał dokumenty i powiedział wprost:
— Pani Renato, ma pani czterdzieści dziewięć procent udziałów. To nie jest mało. Może pani żądać wglądu w dokumentację finansową, może pani żądać wypłaty dywidendy proporcjonalnej do zysku, a jeżeli syn to blokuje, ma pani prawo złożyć pozew o rozliczenie spółki albo o jej podział.
Zajęło to cztery miesiące. Renata wynajęła adwokatkę, panią mecenas Agnieszkę Sobolewską z kancelarii przy Długiej, która najpierw wysłała do Bogdana wezwanie do udostępnienia ksiąg rachunkowych, a kiedy ten zignorował dwa pisma, złożyła pozew w Sądzie Rejonowym w Bydgoszczy o rozliczenie spółki cywilnej i wypłatę zaległej dywidendy.
Rozprawa odbyła się w lutym, w małej sali na drugim piętrze, pachnącej świeżo malowanymi ścianami i kawą z automatu na korytarzu. Bogdan przyszedł w garniturze, który był na niego trochę za duży w ramionach — pewnie kupiony na wesele kuzyna, pomyślała Renata, patrząc na niego z ławki dla stron.
— Ojciec by tego nie chciał — powiedział na korytarzu podczas przerwy, kiedy oboje czekali na dalszy ciąg. — Żebyśmy się sądzili jak obcy ludzie.
— Ojciec nie chciałby też, żebym po trzydziestu latach małżeństwa została z niczym, Bogdan. On mnie nie oszukał. To ty mnie oszukałeś, kiedy zamek zmieniłeś w poniedziałek.
Sędzia po analizie dokumentacji finansowej, którą biegły księgowy zdążył prześwietlić przez te cztery miesiące, wydał postanowienie: warsztat miał zostać sprzedany lub jedna strona musiała spłacić drugą według wartości rynkowej udziałów, wyliczonej przez rzeczoznawcę na sześćset dwadzieścia tysięcy złotych za całość. Bogdana nie było stać na spłatę czterdziestu dziewięciu procent od ręki — bank odmówił mu kredytu, bo warsztat już miał obciążenie leasingowe na podnośnik i sprężarkę.
Warsztat wystawiono na sprzedaż w kwietniu. Kupił go pan Marek Zieliński, właściciel sieci trzech stacji kontroli pojazdów w Toruniu, który od razu zaproponował Bogdanowi umowę o pracę jako kierownik serwisu — bo znał się na robocie i klienci go lubili, to było widać z ksiąg. Bogdan tę propozycję przyjął, bo nie miał wyjścia, a Renata odebrała swoją część ze sprzedaży — sto siedemdziesiąt sześć tysięcy złotych po odliczeniu prowizji i kosztów sądowych — i przelała ją na osobne konto w innym banku niż to, na którym trzymała wspólne oszczędności z Bogdanem, kiedy jeszcze wierzyła, iż są rodziną.
Kalendarz ze zdjęciami wnuków klientów zabrała jeszcze przed rozprawą, w grudniu, kiedy nowy właściciel pozwolił jej wejść po godzinach i spakować rzeczy osobiste męża z biura. Wisi teraz w jej kuchni przy Fordońskiej, obok okna, z którego widać plac zabaw, gdzie w każdy czwartek po południu stara suczka sąsiadów, kundelek imieniem Bella, szczeka na gołębie, dopóki ktoś nie wyniesie jej resztek chleba.
Bogdan zadzwonił raz, w maju, w rocznicę śmierci ojca. Renata odebrała, wysłuchała, jak przeprasza — cicho, bez patosu, bez wielkich słów. Powiedziała tylko, iż kwiaty na grób już zaniosła rano, zanim poszła do pracy, i iż jeżeli chce, może przyjść w niedzielę na obiad, ale o warsztacie rozmawiać już nie będą, bo ta sprawa jest zamknięta, tak jak konto, które kiedyś mieli wspólne.














