Nazywam się Tomasz Kubik, mam czterdzieści dwa lata i od jedenastu lat prowadzę warsztat lakierniczy przy ulicy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy. To ja jestem tym drugim w tej historii — tym, o którym teściowa opowiada sąsiadkom, iż jestem cwaniakiem. Chcę powiedzieć, jak to wyglądało z mojej strony, bo z jej strony wychodzi zupełnie inna bajka.
Warsztat dostałem od ojca Marty, Zenona, w dwa tysiące piętnastym roku. Zenon miał wtedy sześćdziesiąt osiem lat i już nie dawał rady sam stać przy lakierni — ręce mu drżały od przewlekłego zapalenia stawów, a nowy sprzęt do lakierowania proszkowego kosztował dwadzieścia dziewięć tysięcy złotych, których on nie miał. Ja te pieniądze wyłożyłem z własnej kieszeni, bo akurat sprzedałem mieszkanie po babci w Inowrocławiu. Zenon powiedział wtedy: „Tomek, warsztat po mnie i tak nikt inny nie poprowadzi, niech będzie twój na papierze, żeby nie było kłopotów ze spadkiem". Poszliśmy do notariusza na ulicy Długiej, spisaliśmy umowę darowizny. Halina, jego żona, była przy tym i podpisała się jako świadek. Nikt jej wtedy do niczego nie zmuszał.
Zenon zmarł trzy lata później, w marcu, na zawał. I od tamtej pory Halina zaczęła inaczej pamiętać tamten dzień u notariusza. Zaczęła mówić Marcie, iż ją oszukałem, iż wykorzystałem chorobę ojca, iż to miał być warsztat „dla całej rodziny", a nie dla mnie. Za każdym razem, kiedy przychodziliśmy do niej na obiad do bloku przy Fordońskiej, w powietrzu wisiał ten sam temat, choćby jeżeli nikt go głośno nie wypowiadał. Zapach rosołu, telewizor włączony na program o remontach, a ja siedzący przy stole i czekający, aż ktoś wreszcie to powie na głos.
Rok temu Halina zaczęła przyprowadzać do warsztatu swojego siostrzeńca, Kamila, syna swojej siostry z Torunia. Chłopak miał dwadzieścia sześć lat, świeżo po kursie lakiernictwa, bez doświadczenia, ale za to z ustawioną przez ciotkę wizją, iż „kiedyś to wszystko będzie jego, bo tak było umówione". Zacząłem znajdywać jego rzeczy w moim biurze — teczkę z jakimiś wydrukami, kubek z jego imieniem. Halina mówiła to wprost pracownikom: iż ja tu tylko na chwilę, a warsztat i tak wróci „do rodziny", czyli do Kamila.
To nie była plotka, którą ktoś mi doniósł. Usłyszałem to sam, stojąc za regałem z lakierami, kiedy Halina rozmawiała z moim brygadzistą Robertem. Powiedziała mu, iż mam „papier, ale nie mam prawa moralnego", i iż ona jako matka chrzestna Kamila zrobi wszystko, żeby to naprawić. Robert zauważył mnie, kiedy wyszedłem zza regału, i nie wiedział, gdzie podziać ręce z pistoletem lakierniczym.
Marta przez rok próbowała to gasić. Mówiła matce, iż warsztat jest mój, legalnie, notarialnie, iż Kamil nie ma tu nic do szukania. Halina odpowiadała, iż papier papierem, a sprawiedliwość sprawiedliwością. W końcu, dwa miesiące temu, Halina przyszła do warsztatu bez zapowiedzi, w środę po południu, i powiedziała mi prosto w oczy, przy trzech pracownikach, iż jestem „człowiekiem bez honoru", który wykorzystał umierającego teścia. Kamil stał obok niej, w nowej kurtce roboczej, którą Halina mu kupiła — jakby już tu pracował.
Wieczorem tego samego dnia Marta zadzwoniła do matki. Powiedziała jej spokojnie, iż skoro Halina uważa warsztat za „wspólną, rodzinną sprawę", to niech sobie przypomni, kto przez trzy lata płacił jej rachunki za mieszkanie przy Fordońskiej — bo to ja, z konta warsztatu, przelewałem jej co miesiąc siedemset złotych na czynsz i leki, odkąd renta po Zenonie okazała się za mała. Halina milczała długo w słuchawce.
Nazajutrz pojechałem do notariusza sam, z pełną dokumentacją. Nie po to, żeby coś zmieniać w umowie darowizny — ta była nienaruszalna od trzech lat. Poszedłem, żeby zamknąć konto firmowe, z którego szły przelewy do Haliny, i otworzyć osobny rachunek oszczędnościowy. Wziąłem też od księgowej wydruk wszystkich przelewów za trzydzieści sześć miesięcy — dwadzieścia pięć tysięcy dwieście złotych w sumie. Ten wydruk włożyłem do teczki razem z kopią aktu notarialnego warsztatu.
W sobotę pojechaliśmy z Martą do Haliny. Położyłem teczkę na stole, obok wazonu z suszonymi różami, które stały tam odkąd pamiętam. Otworzyłem ją i pokazałem jej dwa dokumenty: akt notarialny z dwa tysiące piętnastego roku, z jej podpisem jako świadka, i wydruk przelewów. Powiedziałem, iż warsztat zostaje mój, bez dyskusji, bo tak zdecydował Zenon i tak to potwierdziła ona sama własnym podpisem. Dodałem, iż od tego miesiąca przelewy będą szły dalej, ale już nie automatycznie — będę je robił sam, manualnie, kiedy uznam, iż na to zasłużyła.
Halina popatrzyła na wydruk, potem na Kamila, który przyszedł z nią i stał pod oknem. Nie powiedziała nic o warsztacie. Zapytała tylko, cicho, czy to znaczy, iż nie dostanie pieniędzy w tym miesiącu. Odpowiedziałem, iż dostanie — bo akurat w tym miesiącu jej pomogę.
Kamil wyszedł z mieszkania pierwszy, bez słowa, zanim doszliśmy do drzwi. Nie pracuje już w moim warsztacie od tamtej soboty.
W niedzielę, jak co tydzień, jedziemy z Martą na obiad do Haliny. Stawia na stole trzy talerze rosołu, nie cztery. Kamila nie ma — nie pyta o niego, nie wspomina warsztatu. Siadam na swoim krześle, tym samym, na którym siedziałem przez jedenaście lat obiadów, i widzę na kredensie wazon z suszonymi różami, przesunięty odrobinę bliżej okna, jakby ktoś ostatnio robił porządki na stole.












