Zofia wracała z zakupami z osiedlowego sklepu, rozmawiając po drodze z sąsiadką, Marią. Gdy zobaczyła przed bramą swojego domu eleganckie auto, odruchowo wyprostowała się jak struna:
O, wygląda na to, iż mój przyszły zięć już z samego rana się u nas pojawił.
Maria także rzuciła okiem na samochód, w jej spojrzeniu mignął sceptyczny błysk:
Ty go już teraz nazywasz zięciem? No, no Przecież Zuzannie się choćby nie oświadczył. Poza tym, może to jakiś kombinator? Albo jeszcze co gorszego
Zofia z dezaprobatą machnęła ręką, mocno zaciskając usta:
Nie gadaj głupot. Dobrze go znam, a do Zuzi podchodzi bardzo poważnie. Zresztą muszę lecieć, nie mam czasu gościa trzeba herbatą ugościć, a i cukierki przyniosłam specjalnie na tę okazję.
Chwyciła za ciężkie siatki i niemal biegiem ruszyła do domu. Maria patrzyła za nią z ironicznym uśmieszkiem.
To dlatego nazbierała tej najdroższej szynki, słodyczy i sera Do przyjęcia gościa się szykuje. Ale się nie może doczekać, żeby tę swoją nieogarniętą Zuzę wydać z domu.
***
W mieszkaniu Zofię od razu ogarnął dobry humor. Tuż za progiem zobaczyła scenę: jej córka Zuzanna siedziała na stołku, a obok niej gość.
Przyszły zięć pochylał się blisko, patrząc dziewczynie głęboko w oczy. Kiedy Zofia zatrzasnęła drzwi, on natychmiast się wyprostował i odsunął. Widać było, iż się podobali sobie!
Zachowywał się bardzo uprzejmie, jak zawsze. Przyniósł Zuzannie kwiaty, bombonierkę i perfumy w eleganckim pudełku.
Teściowej przyszłej niemal się kłaniał. Zofia nie mogła od niego oderwać wzroku.
Oj, córeczko, taki przystojny! Trochę siwizny na skroniach, ale to tylko dodaje mężczyźnie uroku. W ogóle wygląda jak arystokrata! potem opowiadała córce z zachwytem.
Zuzanna z dumą pokiwała głową:
Bo on jest taki właśnie, mamo.
A po co przyjechał? Wreszcie z prezentami i kwiatami? dopytywała Zofia, rozemocjonowana.
Wtedy twarz Zuzi posmutniała:
Nie, mamo. Nie oświadczył mi się. Po prostu chciał namówić mnie na randkę do teatru, do Warszawy.
Z orszaku Zofii natychmiast zniknął uśmiech.
A więc na randkę Oho! Wiemy my, jacy są ci warszawscy fircyki. Naposzczą się tam z miejskimi pannami, potem szukają naiwnych po wsiach.
Randkę proponuje Ojejusiu, córuś, chyba trafiłaś na Kasjanę. Drugi miesiąc już tu kursuje, a o ślubie ani słowa!
Mamo
Co mamo? Masz już trzydzieści lat! On pod czterdziestkę! Czas najwyższy, byście się pobrali. Czego on jeszcze szuka? Czekaj tu z nim wiecznie? Jeszcze głowę ci zaburzy!
Mamo, daj spokój, sama się dogadam.
A ty mnie słuchaj, nie dyskutuj! warknęła Zofia i szybkim krokiem podeszła do córki, która coś właśnie chrupała. Zabrała jej kawałek szynki.
Odłóż to, pomyśl o figurze! A szynka droga, jutro ten twój znów się zjawi na herbatę, a nie będzie czym poczęstować, niech lepiej zostanie!
Zuzanna spojrzała na mamę swoimi błękitnymi oczami i spokojnie zapytała:
Dlaczego znów się złościsz, mamo? Co znowu jest nie tak?
Zofia schowała szynkę do lodówki, brzęknęła zastawą, sprzątając ze stołu. Zabrała talerz z serem, wyciągnęła bombonierkę spod nosa córki. Spojrzała na Zuzę z żalem i syknęła:
Boję się! On kursuje tu na oczach całej wsi, a na końcu zostawi cię i nie zawoła na ślub! Jesteś już po dwudziestce, starej panny cię wołają!
A jak inni kawalerowie się dowiedzą, iż ten twój arystokrata cię odwiedza, przepadnie ci droga do zamążpójścia!
Nie martw się, mamo uśmiechnęła się dziewczyna. Nie da mi uciec, zobaczysz.
***
Minął tydzień. Zofia pakowała walizkę Zuzi, wycierając łzy. Myślała, iż jej córka taka cnotliwa, tak siebie szanuje. Okazało się co innego.
Wychodziła na jaw ciążą! Gdy spytała córkę, jak do tego doszło, Zuzanna z zawadiackim uśmieszkiem odpowiedziała:
Mama, on czasem mnie autem do lasu podwoził, na jagody. I tam czekał, aż nazbieram. Rozumiesz, mamo Tak mu się spodobałam. Mówił, iż jestem wyjątkowo ładna.
O matko W lesie?! No powiedz wprost! Zofia nie mogła wyjść z podziwu. Gdzie moment przegapiłam w twoim wychowaniu?
Córka jadła szynkę, popijała ulubionym serem matki i się śmiała:
Nieważne, mamo Najważniejsze, iż bierze mnie za żonę!
Ale na wesele wszystkich krewnych zaprosimy, tak?! obstawała Zofia. Oj, ciężko będzie mi cię wypuszczać do obcych, córuś, jesteś moją jedyną…
Będę cię często odwiedzać, mamusiu
Zaraz zbiegli się sąsiedzi, wołali przez drzwi:
Zofia, twoja córka za mąż się wydaje, a ty cisza!
Wyjeżdża biegała wzburzona po domu Zofia.
Ojej, a my bez prezentu! Trzeba było dać znać!
Żadnych prezentów nie trzeba, córka po prostu wyjeżdża do miasta z narzeczonym…
Ależ radość!
***
Córcia wyjechała, jedynaczka Zofii, jej ukochany zabrał ją do miasta.
Zuzanna dzwoniła potem do mamy, opowiadała o pięknym domu narzeczonego.
A Zofia wciąż czekała na zaproszenie na wesele pierwszy miesiąc, drugi, pół roku… I nagle któregoś dnia przybiegła Maria i powiedziała, iż widziała Zuzę z wózkiem w Krakowie. Zofia o mało nie zemdlała.
Z wózkiem?! Jak to?!
Szybko narzuciła kurtkę, pobiegła na autobus, wszystko inne miała w głowie pomieszane.
Okazało się, iż ma wnuczkę, a Zuzanna choćby jej o tym nie powiedziała! Taką istotną sprawę przed matką ukryła!
Od razu zadzwoniła do córki z krakowskiego dworca. W mieście zawsze przecież komórki działają, na wsi zasięg różnie bywa.
Zuzanna nie odebrała od razu, kilka razy odrzucała połączenia. To Zofię jeszcze bardziej rozeźliło.
Gdzie ty jesteś?! wydarła się do telefonu aż zwracała uwagę wszystkich wokół. Stoję na dworcu, przyjedź po mnie! I powiedz mi, czemu urodziłaś, a choćby nic nie mówiłaś?!
Córka w końcu przyjechała, sama, taksówką, z oczami spuszczonymi.
Mamo, wybacz… Nie miałam czasu tłumaczyć. Urodziłam córeczkę, nazwałam ją Werenika. Bardzo do ciebie podobna…
Mieszkamy w domu Pawa (narzeczony nazywa się Paweł). Ma naprawdę piękny dom!
No i?
Zofia chłodnym wzrokiem mierzyła córkę:
Powiedz szczerze, córko, wstydzisz się mnie?
Zuzanna się przestraszyła:
Nie, skądże, mamo! choćby o tym nie pomyślałam! Tylko jak ci powiedzieć… Paweł mieszka z matką.
Ten piękny dom i samochód, którymi wozi, należą do niej. A Paweł żyje pod jej dyktando Nie pozwala mu się ze mną ożenić!
***
Zofia przekroczyła próg domu z mocnym postanowieniem zaprowadzenia tu porządku.
Co to za matka Pawła, co nie pozwala synowi ożenić się z kobietą z dzieckiem?!
Nie zwracając uwagi ani na Pawła, ani choćby na wnuczkę, którą córka dawała jej na ręce, Zofia od progu ruszyła szukać mamusi, która jak się okazało brzdąkała na pianinie na górze w salonie.
Odkaszlnęła głośno, oczekując uwagi, ale jej nie uzyskała, więc zamknęła pokrywę pianina.
Szykowna, dystyngowana kobieta spojrzała na nią chłodno.
Co tu się dzieje? zapytała ze zniecierpliwieniem. Kim pani jest?
Jestem matką Zuzy! odrzekła Zofia. Pani nie wstyd grać na pianinie, gdy w domu śpi małe dziecko?!
Mówi pani o Werenice? Spała już wystarczająco długo syknęła pianisteczka. A poza tym zależy, z której strony patrzeć, kto tu komu przeszkadza w spaniu!
Dziecko pani przeszkadza?! oburzyła się Zofia. Wystarczy się wyprowadzić do swojego mieszkania i po problemie!
Czemu ja mam się wyprowadzać ze swojego własnego domu, kobieto?
Bo przeszkadza pani młodej rodzinie.
Ja przeszkadzam? brwi kobiety powędrowały do góry. Nikt ich tu na siłę nie trzyma. Drzwi stoją otworem.
Czyli co, wnuczka pani nie obchodzi?! nie mogła się nachodzić Zofia.
Kobieta odpowiedziała lodowato:
A jak się pani nazywa? Zofia? Miło mi. Więc proszę mi powiedzieć, dlaczego ja mam się przejmować pani córką i wnuczką, skoro mają panią oraz Pawła?
Już i tak oddałam twojej córce najcenniejsze syna! Moją pomoc i kierowcę, moją prawą rękę A to pani mało? Chcesz mnie wyrzucić z własnego domu?
Jeszcze raz takie numery, to zadzwonię, gdzie trzeba, i wyproszą panią stąd jak wichrzycielkę. A jak się uprę, to wrócicie wszyscy na wieś: córka, wnuczka i choćby zięć!
Na szczęście, do pokoju wbiegł przestraszony Paweł i gwałtownie szepnął do Zofii:
Na pewno zmęczona po podróży, mamo. Zuzia już ci nalała herbaty…
***
Herbata rzeczywiście potrafi uspokoić… Zofia zerkała spod oka na starą wiedźmę, która uśmiechała się zawadiacko, popijając filiżankę.
Ja cię jeszcze przeżyję pomyślała złośliwie Zofia.
Wydawało się, iż Paweł przeczuwał buntowniczą energię teściowej i patrzył z lekkim niepokojem. Pod stołem opierał kolano o Zuzę, jakby jej chciał powiedzieć: Twoja matka to żywy dynamit. Musisz jej wszystko wyjaśnić.
Zuzanna wiedziała, iż rozmowy z mamą są nieuniknione. Mama szła jak taran, nie patrząc na nic.
Mamo! powiedziała stanowczo, zamykając za sobą drzwi do gabinetu Pawła, gdy tamta znów grała na górze. Musimy porozmawiać.
O czym tu rozmawiać? złościła się Zofia. Widzę, iż rozmowami nic nie osiągnęłaś! A ta twoja niedoszła teściowa wywija z wami, jak chce!
To nie teściowa, mamo… Ona jest żoną Pawła! Jego pierwszą i jedyną żoną!
Zofię zatkało, nie mogła spokojnie patrzeć na córkę.
Co mówisz? Jak to się stało?
Zuzanna popatrzyła na mamę ze smutkiem:
Sama widzisz, iż Paweł jest bogaty, mamo… To przez to, iż jest żonaty…
Wziął z nią ślub dwadzieścia lat temu, gdy ona była blisko pięćdziesiątki Nie ma dzieci, chciała być bezdzietna
Zofia mrugała oczami, zupełnie skołowana, patrząc na ten gabinet z bogatą biblioteką, drogimi meblami, aksamitnymi zasłonami.
To wszystko należy do niej ciągnęła Zuzanna. Gdy przyszłam tu mieszkać, kilka rozumiałam.
Kiedy zaczęłam z nią walczyć, sądziłam, jak ty, iż to matka Pawła. Wtedy Paweł powiedział mi prawdę.
O rety, co za typ! zaperzyła się Zofia. Po co ci on?
Przecież oczywiste, mamo! Paweł chce mieć dzieci A ona nie dawała na to zgody. Latami się z tym godził, ale w końcu lata lecą… I pozwoliła mu mieć kochankę.
Znaczy mnie. Paweł od dawna nie żyje z nią jak mąż z żoną, sąsiedzi na dwóch piętrach domu…
Daj spokój, słyszałam już dość! Zofia wstała. Pakuj rzeczy i wracamy, do domu, na wieś!
Ale Zuzanna uniosła brodę:
Zwariowałaś, mamo? Nigdzie się stąd nie ruszam. Jest mi tu dobrze. Zostanę z Pawłem! Kiedyś zostanie wdowcem i mnie poślubi.
A do tego czasu będzie cię dręczyć!
Niech dręczy, mamo. To moje życie, ja je wybrałam.
To zostań tu, na łasce i niełasce, jak ścierka do podłogi. Ja wracam. Mnie tutaj więcej nie będzie wykrzyczała Zofia.
***
Dnie Zofii dłużyły się teraz w nieskończoność i nie miała w niczym radości. Żyła tylko plotkami od sąsiadek.
Tu słyszała, iż córka sąsiadki już wyszła za mąż, tam iż już urodziła chłopca. Sama chodziła do Marii pobawić się z jej wnuczkiem, wspominając swoją Zuzę i malutką Werenikę.
W końcu nie wytrzymała, zamknęła dom na klucz i wróciła do miasta.
Skradała się za ogrodzeniem willi, gdzie mieszkała jej córka i obserwowała. Zobaczyła, jak wnuczka, już starsza, biega po ogrodzie z dwoma pudelkami, wołając: Babciu, babciu!. A tak nazywała żonę Pawła.
No pięknie zezłościła się Zofia. Ogień zazdrości ją zżerał. Ona wcale nie jest jej babcią! To ja nią jestem!
Wyszła z cienia i zaczęła dobijać się do bramy.
***
Babci Zofii nikt z domu nie wyrzucił. choćby gospodyni powiedziała z rozbrajającym spokojem: Dom duży, miejsca wystarczy.
Między sobą obie kobiety już się nie kłóciły, czasami tylko docinały sobie żartem podczas pielenia wspólnych grządek lub bawiąc się w chowanego z Wereniką:
Przyjechałaś, co? Bałaś się, iż twoją córkę tu dręczę? Dobrze zrobiłaś, twoja córka to mięczak, trzeba jej bronić.
Jak będę chciała, to ją stąd wywalę w każdej chwili. A może nie. Bo twoja córka nie jest do ciebie podobna, pewnie do ojca. Ty masz kręgosłup, choć taki sobie.
Jeszcze zaraz popamiętasz, iż jesteś panią domu! Co za taki sobie? manifestowała Zofia.
Bo przyjechałaś tu ty, nie córka do ciebie. To znaczy, iż jesteś słabsza!
Oj, silniejsza niż ty! Wiesz, dlaczego tu przyjechałam? Bo widzę, iż twój żywot już się kończy, zaraz zachorujesz.
Trzeba będzie cię doglądać jak lafiryndę! Mnie nie przeszkadza, choćby po rodzinie. Najważniejsze, żeby Zuzannie to nie przypadło.
Cha, cha! Uśmieszyłaś mnie. Ja się dobrze trzymam, odżywiam zdrowo, chodzę do lekarzy. W życiu nie rodziłam, żadnych stresów Co to ja będę pierwsza na cmentarz? śmiała się.
Patrząc na to wszystko, zapisałem sobie tę historię w sercu. Zrozumiałem, iż czasami przywiązanie i zazdrość rani jeszcze bardziej niż samotność, a prawdziwe wsparcie polega nie na kontrolowaniu losu bliskich, ale na akceptacji ich wyborów, choćby były inne niż nasze nadzieje. Tylko wtedy w rodzinie może być spokojniej, choćby trzeba było podzielić się miłością choćby z najtrudniejszym konkurentem.








