Miałam czterdzieści dwa lata i po raz pierwszy od ślubu założyłam ten zielony kostium, który leżał w szafie od czasu, gdy urodziłam Zosię. Wyjechaliśmy z Piotrem nad Solinę, do pensjonatu, który sam wybrał — mówił, iż to będzie nasz drugi miesiąc miodowy. Osiemnaście lat małżeństwa, dwoje dzieci, kredyt na dom w Rzeszowie spłacony w zeszłym roku. Miałam prawo pomyśleć, iż coś nam się jeszcze należy.
Pierwszego dnia poprosiłam go, żeby zrobił mi zdjęcie na tarasie, z widokiem na wodę. Odparł, iż nie ma ochoty. Bez podniesienia głosu, bez awantury — po prostu odłożył telefon i poszedł zamówić piwo. Uśmiechnęłam się, bo tak się robi, kiedy nie wie się, co innego zrobić z twarzą.
Zaczęłam zauważać, iż pisze coś wieczorami, chowając ekran, kiedy przechodziłam obok stolika. Chichotał pod nosem. Za drugim razem spytałam wprost, z kim rozmawia. „Z kolegą z pracy, spadaj" — powiedział i odwrócił się bokiem do mnie, tak jak się odwraca człowiek plecami do wystawy sklepowej, kiedy nie chce, żeby ktoś zobaczył, na co patrzy.
Czwartego wieczoru poszedł pod prysznic, zostawiając telefon na łóżku, ekranem do góry, migający od powiadomień. Nie planowałam tego. Ale wzięłam go do ręki, bo coś we mnie już wiedziało, zanim jeszcze przeczytałam.
WhatsApp, rozmowa z Radkiem, jego kumplem z liceum. Przewinęłam trzy wiadomości w górę. „Wyobraź sobie, chce, żebym jej zrobił zdjęcie, a przecież sama nie mieści się w kadrze. Nie do poznania od czasu porodu." Radek odpisał emotikoną ze łzami śmiechu. Piotr dodał jeszcze: „Serio, kurczę, żal patrzeć."
Usiadłam na brzegu łóżka. Za oknem szumiały sosny, gdzieś niżej ktoś odpalał grilla, czuć było dym i kiełbasę. W telewizorze w recepcji leciały wieczorne wiadomości, słyszałam je przez ścianę, choć nie rozumiałam ani słowa — jakby ktoś inny prowadził moje życie w tle. Odłożyłam telefon dokładnie tam, gdzie leżał, ekranem do góry.
Kiedy wyszedł spod prysznicu, zapytał, czy zejdziemy na kolację. Powiedziałam, iż boli mnie głowa i iż zejdę sama później. Nie skłamałam do końca — głowa naprawdę mnie bolała, tyle iż nie od migreny.
Zeszłam na plażę przy zaporze, kiedy słońce już siadało nisko nad wodą, a powietrze pachniało wodorostami i czyimś tanim dezodorantem. Miałam na sobie tę sukienkę w kolorze wina, którą kupiłam trzy lata temu i ani razu nie założyłam, bo bałam się, iż będzie na mnie za obcisła. Nie była. Albo była, ale przestało mnie to obchodzić.
Zrobiłam sobie zdjęcie sama, z ręką wyciągniętą, potem drugie, potem jeszcze pięć. Na jednym się śmieję, bo nie wyszło i próbowałam jeszcze raz. Na innym widać moje biodra, rozstępy po Zosi i po Kubie, brzuch, który już nigdy nie będzie płaski jak w liceum. Przez lata myślałam, iż trzeba być idealną, żeby zasłużyć na miłość. Tego wieczoru pomyślałam co innego: iż lepiej być samą niż czuć się gorszą we własnym małżeństwie.
Następnego ranka, przy śniadaniu, Piotr spytał, dlaczego jestem taka milcząca. Odpowiedziałam, iż wszystko gra, i to on wtedy pierwszy raz spojrzał na mnie tak, jakby coś przeczuwał, choć nie miał pojęcia co.
Wróciliśmy do Rzeszowa w niedzielę. W poniedziałek zadzwoniłam do kancelarii adwokackiej pani Wiśniewskiej przy ulicy 3 Maja, tej samej, u której moja siostra załatwiała rozdzielność majątkową dwa lata wcześniej. Umówiłam się na czwartek, godzina jedenasta, wzięłam wolne w pracy bez tłumaczenia się kierowniczce.
We wtorek wieczorem, kiedy Piotr oglądał mecz Stali Rzeszów, powiedziałam mu spokojnie, iż widziałam wiadomość do Radka. Nie krzyczałam. Powtórzyłam mu dosłownie, co napisał, słowo w słowo, z pamięci. Zbladł, zaczął tłumaczyć, iż to był tylko żart, iż nic nie znaczy, iż wypił dwa piwa. Powiedziałam, iż nie chodzi o żart, tylko o to, iż przez osiemnaście lat czekałam, aż ktoś powie mi, iż jestem wystarczająca, a ten ktoś okazał się kimś, kto śmieje się ze mną za moimi plecami z kolegą od piwa.
W czwartek podpisałam u pani Wiśniewskiej wniosek o separację i pełnomocnictwo do wystąpienia o podział majątku. Dom zostawiłam dzieciom w dożywotnim użytkowaniu dla mnie — tak doradziła adwokatka, bo to ja spłacałam większą część rat, kiedy Piotr przez rok był bez pracy. Jego udział w firmie transportowej, którą prowadził z bratem, miał zostać wyceniony osobno; nie chciałam ani grosza więcej, niż mi się należało, ale też ani grosza mniej.
Piotr przyjechał pod kancelarię, kiedy wychodziłam, z telefonem w ręce, próbując pokazać mi jakieś wiadomości od Radka, w których tamten niby przepraszał. Stałam na chodniku z żółtą kopertą w dłoni, tą z dokumentami, i powiedziałam mu jedno: iż to już nieważne, co napisał Radek, bo problemem nigdy nie był Radek.
Dziś mieszkam z dziećmi w naszym domu, a Piotr wynajmuje kawalerkę na Baranówce. Na balkonie stoi doniczka z geranium, które kupiłam sama, bez pytania nikogo o zdanie. Na telefonie mam to zdjęcie znad Soliny, ustawione jako tapeta — tę, na której się śmieję, bo nie wyszło za pierwszym razem. Mieszczę się w kadrze. Zawsze się mieściłam.















