Ty po prostu nie umiesz znaleźć wspólnego języka z nim – Nie będę tego robił! I nie rozkazuj mi tutaj! Jesteś dla mnie nikim! Daniel rzucił talerzem do zlewu, rozchlapując wodę po całym blacie. Anna na chwilę wstrzymała oddech. Piętnastoletni chłopak patrzył na nią z taką złością, jakby to ona zniszczyła mu życie. – Po prostu poprosiłam cię o pomoc przy naczyniach – Anna starała się mówić spokojnie. – To zwykła prośba. – Moja mama nigdy mnie nie zmuszała do zmywania! Nie jestem dziewczyną! I kim ty w ogóle jesteś, żeby mi tu wydawać polecenia? Daniel odwrócił się i wyszedł z kuchni. Po chwili z jego pokoju rozległa się głośna muzyka. Anna oparła się o lodówkę i zamknęła oczy. Rok temu wszystko wydawało się zupełnie inne… Maksym pojawił się w jej życiu przypadkiem. Był inżynierem w sąsiednim dziale dużej firmy budowlanej i często widywali się na zebraniach. Najpierw była kawa w czasie przerwy, potem kolacje, długie rozmowy przez telefon aż do północy. – Mam syna – wyznał Maksym na trzeciej randce, bawiąc się serwetką. – Daniel ma piętnaście lat. Rozwiodłem się z jego matką dwa lata temu, jest mu ciężko. – Rozumiem – Anna położyła dłoń na jego ręce. – Dzieci zawsze ciężko przechodzą rozwód rodziców. To normalne. – Naprawdę jesteś gotowa przyjąć nas obu? Wtedy Anna szczerze wierzyła, iż jest gotowa. Miała 32 lata, za sobą nieudane pierwsze małżeństwo bez dzieci i marzyła o prawdziwej rodzinie. Maksym wydawał się właśnie tym mężczyzną, z którym można zbudować coś trwałego. Po pół roku oświadczył się – nieporadnie, nieśmiało, wsuwając pierścionek w pudełko z jej ulubionymi pączkami. Anna zaśmiała się i bez wahania powiedziała „tak”. Ślub był skromny: rodzice z obu stron, kilku bliskich przyjaciół, niedroga restauracja. Daniel cały wieczór siedział z telefonem i ani razu nie spojrzał na nowożeńców. – Przyzwyczai się – szepnął Maksym, widząc, iż Anna czuje się zagubiona. – Daj mu czas. Anna wprowadziła się do przestronnego trzypokojowego mieszkania Maksyma dzień po ślubie. Mieszkanie było ładne – jasne, z dużą kuchnią i balkonem wychodzącym na podwórko. Jednak od pierwszej chwili Anna poczuła się jak gość w cudzym domu… Daniel patrzył na nią jak na mebel – obojętny, nie zauważając jej obecności. Gdy Anna wchodziła do pokoju, demonstracyjnie zakładał słuchawki. Gdy coś pytała, odpowiadał jednosylabowo, choćby nie patrząc w jej stronę. Przez pierwsze dwa tygodnie Anna tłumaczyła to sobie adaptacją. Chłopak musi się przyzwyczaić. Trudno mu zaakceptować nową żonę ojca. Wszystko się ułoży. Nie ułożyło się. – Daniel, proszę, nie jedz w pokoju. Potem będą karaluchy. – Tata mi pozwalał. – Daniel, odrobiłeś lekcje? – To nie twoja sprawa. – Daniel, posprzątaj po sobie, proszę. – Sama sobie posprzątaj. Ty i tak nie masz co robić. Anna próbowała rozmawiać z Maksymem. Delikatnie, dobierając słowa, by nie wypaść na złą macochę z bajek. – Myślę, iż powinniśmy ustalić jakieś podstawowe zasady – powiedziała któregoś wieczoru, gdy Daniel poszedł do siebie. – Nie jeść w pokoju, sprzątać po sobie, robić lekcje do określonej godziny… – Aniu, jemu i tak jest ciężko. – Maksym przetarł czoło. – Rozwód, nowa osoba w domu… Proszę, nie naciskaj za bardzo. – Ja nie naciskam. Chcę tylko, żeby był porządek. – On pozostało dzieckiem. – Ma piętnaście lat. W tym wieku można już umieć umyć po sobie kubek. Maksym tylko westchnął i włączył telewizor, dając do zrozumienia, iż rozmowa jest skończona. Z każdym dniem było coraz gorzej. Kiedy Anna poprosiła Daniela, by pomógł wynieść śmieci, spojrzał na nią z pogardą. – Nie jesteś moją matką. Nigdy nią nie będziesz. Nie masz prawa mi rozkazywać. – Nie rozkazuję. Proszę o pomoc w domu, w którym wszyscy mieszkamy. – To nie twój dom. To dom mojego ojca. I mój. Anna znów próbowała rozmawiać z mężem. Słuchał, kiwał głową, obiecywał, iż pogada z synem. Ale rozmowy nic nie dawały – albo ich wcale nie było, Anna już nie wiedziała. Daniel zaczął wracać po północy. Bez słowa, bez telefonu. Anna nie spała, nasłuchując każdego szmeru na klatce, a Maksym spał obok spokojnie. – Może chociaż powiedz mu, żeby pisał, gdzie jest i kiedy wróci – poprosiła rano Anna. – Różnie bywa. – Jest już dorosły, Aniu. Nie można go kontrolować. – Ma piętnaście lat! – Ja w jego wieku też wracałem późno. – Ale możesz z nim porozmawiać? Wytłumaczyć, iż się martwimy? Maksym wzruszył ramionami i wyszedł do pracy… Każda próba ustalenia granic kończyła się awanturą. Daniel krzyczał, trzaskał drzwiami, oskarżał Annę o rozbijanie ich rodziny. Za każdym razem Maksym stawał po stronie syna. – Jemu ciężko po rozwodzie – powtarzał jak mantrę. – Musisz to zrozumieć. – A mi nie jest ciężko? – Anna nie wytrzymała. – Mieszkam w domu, gdzie mnie otwarcie się nie szanuje, a mąż udaje, iż wszystko jest w porządku! – Przesadzasz. – Przesadzam?! Twój syn powiedział mi prosto w twarz, iż jestem nikim. Dosłownie. – On jest nastolatkiem. Oni wszyscy tacy są. Anna zadzwoniła do mamy, która zawsze potrafiła znaleźć odpowiednie słowa. – Córeczko… – głos mamy brzmiał zaniepokojony. – Jesteś nieszczęśliwa. Słyszę to w każdym twoim słowie. – Mamo, nie wiem, co robić. Maksym odmawia uznania problemu. – Bo dla niego nie ma problemu. Jemu jest dobrze. Tylko ty cierpisz. Pani Stanisława zamilkła, po czym dodała cicho: – Zasługujesz na coś lepszego, Aniu. Pomyśl o tym. Daniel, wyczuwając całkowitą bezkarność, zupełnie się rozpuścił. Nocami do trzeciej głośno grała muzyka. Brudne naczynia pojawiały się wszędzie – na stoliku, parapecie w sypialni, choćby w łazience. Skarpetki walały się na korytarzu, podręczniki na stole w kuchni. Anna sprzątała, bo nie mogła wytrzymać brudu. Sprzątała i płakała z bezsilności. W pewnym momencie Daniel choćby przestał ją witać. Istniała dla niego tylko wtedy, kiedy mógł dogryźć lub być niegrzeczny. – Ty nie potrafisz podejść do dziecka – powiedział kiedyś Maksym. – Może problem jest w tobie? – Podejść? – Anna gorzko się uśmiechnęła. – Próbuję od pół roku. A on przy tobie mówi do mnie „ta”. – Przesadzasz. Ostatnia próba nawiązania kontaktu kosztowała Annę cały dzień. Znalazła w internecie przepis na ulubione danie Daniela – kurczak w miodzie z ziemniakami po wiejsku. Kupiła najlepsze produkty, cztery godziny spędziła przy kuchni. – Daniel, kolacja! – zawołała, nakrywając stół. Nastolatek wyszedł, spojrzał na talerz i skrzywił się. – Nie będę tego jadł. – Dlaczego? – Bo to ty to ugotowałaś. Odwrócił się i wyszedł. Po chwili trzasnęły drzwi – poszedł do kolegów. Maksym wrócił z pracy, zobaczył wystygłą kolację i zasmuconą żonę. – Co się stało? Anna opowiedziała mu o wszystkim. Maksym westchnął. – No, Aniu… Nie obrażaj się na dziecko. On nie robi tego specjalnie. – Nie specjalnie?! – Anna już nie mogła się powstrzymać. – On codziennie mnie poniża! Specjalnie! – Za ostro reagujesz. Tydzień później Daniel przyprowadził do domu paczkę kolegów – pięciu chłopaków z klasy. W kuchni znalazły się resztki jedzenia porozrzucane wszędzie. – Natychmiast się rozejdźcie! – Anna weszła do salonu, gdzie rozsiadł się rozbawiony tłumek. – Jest już jedenasta! Daniel choćby nie spojrzał w jej stronę. – To mój dom. Robię, co chcę. – To nasz wspólny dom. Tu obowiązują zasady. – Jakie zasady? – parsknął jeden z kolegów. – Daniel, kto to w ogóle jest? – Nikt. Nie zwracaj uwagi. Anna wróciła do sypialni i wykręciła numer do Maksyma. Przyjechał po godzinie, kiedy wszyscy już wyszli. Spojrzał na bałagan, na zmęczoną żonę. – Aniu, czemu robisz z tego aferę? Chłopaki tylko wpadli na chwilę. – Na chwilę?! – Przesadzasz. I mam wrażenie, iż próbujesz mnie nastawić przeciwko synowi. Anna patrzyła na męża i go nie poznawała. – Maksym, musimy poważnie porozmawiać – powiedziała następnego dnia. – O nas. O naszej przyszłości. Mąż spiął się, ale usiadł naprzeciwko. – Nie dam już rady – Anna mówiła wolno, ważąc każde słowo. – Przez pół roku znoszę brak szacunku. Od Daniela – chamstwo. Od ciebie – zupełną obojętność na moje uczucia. – Aniu, ja… – Pozwól mi skończyć. Próbowałam. Naprawdę próbowałam być częścią tej rodziny. Ale rodziny tu nie ma. Jest tylko ty, twój syn – i ja, obca kobieta, którą tolerujecie, bo gotuje i sprząta. – Nie jesteś sprawiedliwa. – Nie? Kiedy twój syn ostatnio powiedział mi coś miłego? Kiedy ty ostatni raz stanąłeś po mojej stronie? Maksym milczał. – Kocham cię – szepnął w końcu. – Ale Daniel to mój syn. On jest dla mnie najważniejszy. – Ważniejszy ode mnie? – Ważniejszy niż jakikolwiek związek. Anna skinęła głową. W środku czuła pustkę i chłód. – Dziękuję za szczerość. Cierpliwość skończyła się dwa dni później. Anna znalazła swoją ulubioną bluzkę – prezent od mamy na urodziny – pociętą na kawałki. Leżała na jej poduszce. Nie miała wątpliwości, kto to zrobił. – Daniel! – Anna wyszła do niego z resztkami materiału w rękach. – Co to ma być?! Nastolatek wzruszył ramionami nie odrywając się od telefonu. – Nie wiem, o co ci chodzi. – To moje rzeczy! – I co z tego? – Maksym! – Anna zadzwoniła do męża. – Przyjedź natychmiast. Maksym przyjechał, spojrzał na bluzkę, na syna, na żonę. – Daniel, zrobiłeś to? – Nie. – Widzisz? – rozłożył ręce Maksym. – Powiedział, iż nie. – A kto? Kot? Nie mamy kota! – Może sama przypadkiem… – Maksym! Anna spojrzała na męża i zrozumiała, iż rozmowa nie ma sensu. On nigdy się nie zmieni. Nigdy nie stanie po jej stronie. Liczy się tylko syn. Ona… jest tylko wygodną opcją w tym domu. – Danielowi ciężko bez matki – po raz setny powtórzył Maksym. – Musisz to zrozumieć. – Rozumiem – Anna odpowiedziała bardzo spokojnie. – Wszystko rozumiem. Wieczorem zaczęła pakować rzeczy. – Co robisz? – Maksym stanął w drzwiach sypialni. – Pakuję się. Odchodzę. – Aniu, poczekaj! Porozmawiajmy! – Rozmawiamy od pół roku. Nic się nie zmienia – Anna powoli wkładała ubrania do walizki. – Też mam prawo do szczęścia, Maksym. – Zmienię się! Porozmawiam z Danielem! – Za późno. Spojrzała na męża – przystojnego, dorosłego faceta, który nigdy nie nauczył się być mężem. Tylko ojcem. Takim, który rozpieszcza syna swoją ślepą miłością. – Podam pozew o rozwód w przyszłym tygodniu – powiedziała Anna, zamykając walizkę. – Aniu! – Żegnaj, Maksym. Wyszła z mieszkania bez oglądania się. Na korytarzu mignęła twarz Daniela – po raz pierwszy zobaczyła w jego oczach coś więcej niż pogardę. Zagubienie? Strach? Ani już nie obchodziło. Wynajęte mieszkanie było maleńkie, ale przytulne – kawalerka na spokojnym osiedlu, z oknami na cichy dziedziniec. Anna rozpakowała rzeczy, zaparzyła herbatę i usiadła na parapecie. Pierwszy raz od pół roku poczuła spokój. …Rozwód został sfinalizowany po dwóch miesiącach. Maksym kilka razy próbował dzwonić, prosił o drugą szansę. Anna odpowiadała uprzejmie, ale stanowczo: nie. Nie złamała się. Nie zgorzkniała. Po prostu zrozumiała, iż szczęście to nie wyłącznie cierpliwość i niekończące się poświęcenie. Szczęście to szacunek i poczucie bycia docenianą. I kiedyś na pewno je znajdzie. Tylko nie z tym mężczyzną.

twojacena.pl 6 godzin temu

Po latach, kiedy wspominam tamte czasy, widzę je jak przez mgłę Czasami wciąż wracają obrazy, słowa, gesty i czuję tamtą bezradność tak samo mocno, jak wtedy.

Nie będę tego robił! I nie rozkazuj mi! Nie jesteś mi nikim!

Talerz na głośny trzask wpadł do zlewu, rozbryzgując wodę na całą kuchenną szafkę. Stojąc przy lodówce, na chwilę przestałam oddychać. Szymon patrzył na mnie z taką złością, jakbym zawiniła za wszystko złe, co wydarzyło się w jego życiu.

Prosiłam cię tylko, żebyś pomógł z naczyniami odpowiedziałam najspokojniej, jak potrafiłam. To nic nadzwyczajnego.
Moja mama nigdy by mnie do tego nie zmusiła! Nie jestem dziewczynką! Poza tym ty niby kim jesteś, żeby mi tu rozkazywać?

Odwrócił się i wyszedł z hukiem, po czym ze swojego pokoju puścił głośno muzykę. Usiadłam ciężko, oczy zamknęłam, a ciszę kuchni przeszył tylko dźwięk radiowych bitów.

Rok temu wszystko wyglądało inaczej…

Tomasz pojawił się w moim życiu przypadkiem. Pracował jako inżynier w sąsiednim dziale w dużej firmie budowlanej. Spotykaliśmy się przy okazji narad. Najpierw szybka kawa na przerwie, potem kolacje po pracy, długie rozmowy przez telefon do późna w nocy.

Mam syna powiedział Tomasz podczas naszej trzeciej randki, nerwowo zawijając w palcach papierową serwetkę. Ma na imię Szymon. Piętnaście lat. Z żoną się rozstaliśmy dwa lata temu. Jemu bardzo trudno to przychodzi.
Rozumiem położyłam rękę na jego dłoni. Dla nastolatków rozwód rodziców to prawdziwa burza. Życzyć sobie tylko, żeby kiedyś wybaczyli dorosłym.
Jesteś pewna, iż chcesz być częścią mojego życia, razem z synem?

Wierzyłam wtedy, iż jestem gotowa. Miałam trzydzieści dwa lata, za sobą nieudane małżeństwo, brak dzieci. Marzyłam o spokoju i prawdziwej rodzinie. Tomasz wydawał się być mężczyzną, z którym można było stworzyć dom.

Oświadczył się pół roku później, niezdarnie, podkładając pierścionek w pudełku z moimi ulubionymi pączkami. Roześmiałam się i zgodziłam bez wahania.

Ślub malutki: najbliżsi rodzice, para przyjaciół, lokal w centrum Warszawy. Szymon przesiedział całą uroczystość zapatrzony w telefon, nie podnosząc głowy choćby na sekundę.

Przyzwyczai się szepnął Tomasz, widząc moje zaniepokojenie. Daj mu trochę czasu.

Po ślubie zamieszkałam w jego przestronnym trzypokojowym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Ładne, jasne, duża kuchnia z balkonem wychodzącym na zielony dziedziniec. Ale od pierwszej chwili czułam się tam obco… jak gość.

Szymon traktował mnie jak powietrze obojętnie, nieobecnie, z pogardliwą rezerwą, która z każdym dniem bolała coraz mocniej. Gdy wchodziłam do pokoju, zakładał słuchawki. Odpowiadał monosylabami, nie patrząc w oczy. Przez pierwsze tygodnie próbowałam wierzyć, iż to tylko adaptacja. Że dla chłopca to zbyt duża zmiana. Że z czasem zbudujemy choćby cień porozumienia.
Nie zbudowaliśmy.

Szymon, proszę, nie jedz w pokoju. Potem będziemy mieli karaluchy.
Tato pozwalał.
Lekcje odrobiłeś?
Nie twoja sprawa.
Szymon, pozbieraj po sobie talerze.
Sama pozbieraj, jak ci tak zależy.

Rozmawiałam z Tomkiem, szukając kompromisu, próbując nie brzmieć jak stereotypowa macocha z bajek.

Myślę, iż powinniśmy ustalić jakieś zasady współżycia zaczęłam pewnego wieczora, gdy syn zamknął się w swoim pokoju. Nie jemy w pokoju, sprzątamy po sobie, lekcje przed kolacją…
Zosiu, on i tak już ma ciężko westchnął Tomasz. Rozwód, nowa osoba w domu… Nie obciążajmy go jeszcze bardziej.
Nie chcę go obciążać, tylko móc normalnie tu żyć i utrzymać porządek.
On wciąż jest dzieckiem.
Ma piętnaście lat. Na studiach dzieci też będą zwalniały się ze sprzątania?

Tomasz tylko machnął ręką i włączył telewizor. Koniec rozmowy.

Każdy kolejny dzień pogarszał sytuację. Kiedy poprosiłam Szymona, by wyrzucił śmieci, spojrzał na mnie z pogardą.

Nie jesteś moją matką. I nigdy nią nie będziesz. Nie masz prawa rozkazywać.
Nie rozkazuję. Proszę tylko o pomoc w domu, w którym wszyscy mieszkamy.
To nie twój dom. To dom mojego ojca. I mój.

Znowu próbowałam rozmawiać z Tomkiem. Zawsze kiwał głową, niby obiecywał rozmowę z synem, ale nic się nie zmieniało. Albo wcale nie rozmawiał.

Szymon zaczął wracać późno w nocy. Bez uprzedzenia, bez telefonu. Czuwałam przy drzwiach, wsłuchując się w każdy odgłos na klatce. Tomasz spał spokojnie, choćby się nie budził.

Zadzwoń do niego, poproś, żeby chociaż napisał, gdzie jest i kiedy wróci. Przecież to odpowiedzialność.
On już nie jest dzieckiem, Zosiu. Nie możemy go trzymać pod kloszem.
Ma piętnaście lat!
Ja też w tym wieku wracałem późno.
Ale czy nie możesz z nim zwyczajnie porozmawiać? Powiedzieć, iż się martwimy?

Nie wzruszył się. Wyszedł do pracy.

Każda próba wprowadzenia zasad kończyła się awanturą. Szymon krzyczał, trzaskał drzwiami, oskarżał mnie o rozbijanie rodziny. I za każdym razem Tomasz stawał po jego stronie.

Jemu się bardzo trudno odnaleźć po rozwodzie powtarzał w kółko. Musisz to zrozumieć.
A mnie niby łatwo? nie wytrzymałam któregoś dnia. Żyję w domu, gdzie jestem nikim, a mój mąż udaje, iż wszystko jest w porządku!
Wyolbrzymiasz.
Wyolbrzymiam?! Twój syn powiedział mi prosto w oczy, iż jestem nikim.
Tak dosłownie.

On jest nastolatkiem. Wszyscy w tym wieku tacy są.

Zadzwoniłam do mamy. Od razu wyczuła, iż coś jest nie tak.

Córeczko jej głos był zmartwiony. Słyszę, iż nie jesteś szczęśliwa. Nie pozwól, żeby cię to złamało.
Mamo, nie wiem, co robić. Tomasz choćby nie chce uznać, iż jest problem.
Bo dla niego problemu nie ma. Jemu jest dobrze, a cierpisz tylko ty.

Mama chwilę milczała, potem dodała cicho:

Zosiu, zasługujesz na coś lepszego. Przemyśl to.

Szymon poczuł, iż jest bezkarny. Muzyka na cały regulator potrafiła grać do trzeciej w nocy. Brudne talerze znajdowałam na parapecie, w łazience, na stoliku w salonie. Skarpetki i podręczniki porozrzucane po całym mieszkaniu.

Sprzątałam, bo nie mogłam wytrzymać w brudzie. Sprzątałam i płakałam z bezsilności.
Od pewnego momentu przestał się do mnie odzywać. Istniałam dla niego tylko po to, żeby ze mnie kpić albo mi dokuczyć.

Zosiu, nie umiesz się dogadać z dzieckiem rzucił Tomasz pewnego wieczoru. Może problem leży w tobie?
Dogadać się? Próbuję pół roku! Przy tobie mówi do mnie ta.
Przesadzasz.

Ostatnia próba nawiązania kontaktu kosztowała mnie cały dzień. Znalazłam przepis na ulubione danie Szymona kurczaka w miodzie z ziemniakami po wiejsku, jak u babci. Kupiłam najlepsze produkty, stałam przy garnkach cztery godziny.

Szymon, kolacja! zawołałam, kiedy wszystko było gotowe.

Wyszedł z pokoju, spojrzał na talerz i skrzywił się.

Nie będę tego jadł.
Dlaczego?
Bo to zrobiłaś ty.

Odwrócił się i wyszedł, trzaskając drzwiami. Po chwili usłyszałam, iż wychodzi do kolegów.

Tomasz wrócił z pracy, zobaczył nieruszony obiad i mnie całkiem załamaną.

Co się stało?

Opowiedziałam. Westchnął. Zosiu, nie obrażaj się na dziecko. On nie robi tego specjalnie.
Nie robi? On codziennie podważa moją godność!
Przesadzasz, zbyt emocjonalnie na wszystko reagujesz.

Tydzień później Szymon sprowadził do domu piątkę kolegów z klasy. W kuchni panował bałagan, odgrzebane z lodówki jedzenie walało się po całym mieszkaniu.

Proszę natychmiast się rozejść! weszłam do salonu, gdzie wygodnie rozłożyła się cała paczka. Jest już wpół do dwunastej!

Szymon choćby się nie obejrzał.
To mój dom. Mogę robić, co mi się podoba.
To nasz wspólny dom. Tu obowiązują zasady.
Jakie zasady? zaśmiał się jeden z kolegów. Szymek, a kto to w ogóle jest?
Aaa, nikt ważny. Nie przejmuj się.

Wróciłam do sypialni i zadzwoniłam do Tomasza. Przyjechał godzinę później, gdy goście już się rozeszli. Rozejrzał się po bałaganie, potem na mnie wykończoną i zapłakaną.

Zosiu, znowu dramatyzujesz? Chłopaki wpadli na chwilę.
Na chwilę?!
Nie przesadzaj. Poza tym mam wrażenie, iż próbujesz nastawić mnie przeciwko synowi.

Spojrzałam na męża, jakbym zobaczyła obcego człowieka.

Tomasz, musimy poważnie porozmawiać zaczęłam następnego dnia. O nas. O przyszłości.

Wyraźnie spięty, usiadł naprzeciwko.

Dłużej tak nie wytrzymam mówiłam wolno, dobierając słowa. Pół roku znoszę brak szacunku. Od Szymona chamstwo. Od ciebie całkowitą obojętność.
Zosiu, ja…
Pozwól, iż skończę. Starałam się naprawdę. Chciałam należeć do tej rodziny. Ale tu nie ma rodziny. Jest twój syn, ty i ja jako ktoś obcy, kto będzie gotował i sprzątał.
Jesteś niesprawiedliwa.
Niesprawiedliwa? Kiedy ostatni raz twój syn powiedział mi cokolwiek miłego? Kiedy ostatni raz ty stanąłeś po mojej stronie?

Tomasz milczał.

Kocham cię wyszeptał wreszcie. Ale Szymon jest dla mnie najważniejszy.
Ważniejszy ode mnie?
Ważniejszy niż jakiekolwiek inne relacje.

Pokiwałam głową. W środku byłam już zimna i pusta.

Dziękuję za szczerość.

Wszystko dopełniło się dwa dni później. Znalazłam w sypialni swoją ulubioną bluzkę prezent od mamy na urodziny pociętą na strzępy i rzuconą na poduszkę. Nie miałam wątpliwości, kto to zrobił.

Szymon! weszłam do niego z kawałkami materiału w rękach. Co to ma być?!

Wzruszył ramionami, wlepiony w telefon.
Nie wiem, o co ci chodzi.
To moja rzecz!
No i?
Tomasz! zadzwoniłam do męża. Przyjedź natychmiast.

Tomasz wrócił, obejrzał bluzkę, syna, mnie.
Szymek, to ty zrobiłeś?
Nie.
Widzisz? Mówi, iż nie. Może to pies… Chociaż nie mamy psa.
Albo przypadkiem…
Tomasz!

Patrzyłam na niego i wiedziałam, iż dalsza rozmowa jest bez sensu. Nigdy się nie zmieni. Nigdy nie stanie po mojej stronie. Dla niego na świecie liczyć się będzie już tylko syn. Ja byłam tylko praktyczną pomocą domową.

Musisz zrozumieć, iż on tęskni za matką powtórzył Tomasz po raz setny.
Rozumiem odparłam spokojnie. Wszystko rozumiem.

Wieczorem sięgnęłam po walizki.
Co robisz? zapytał z progu sypialni.
Pakuję się. Odchodzę.
Zosiu, daj spokój, porozmawiajmy!
Rozmawiamy pół roku. Nic się nie zmieniło składałam rzeczy metodycznie. Też mam prawo do szczęścia, Tomaszu.
Zmienimy się! Pogadam z Szymonem!
Za późno.

Spojrzałam na męża dorosłego mężczyznę, który nigdy nie nauczył się być małżonkiem. Jedynie ojcem. Ojcem, który ślepo rozpuszczał swojego syna.

W przyszłym tygodniu złożę pozew o rozwód powiedziałam, zamykając walizkę.
Zosiu!
Żegnaj, Tomasz.

Wyszłam z mieszkania bez odwracania się. W korytarzu mignęła twarz Szymona po raz pierwszy widziałam w jego oczach coś poza pogardą. Zagubienie? Strach? Już nie obchodziło mnie to.

Wynajmowane mieszkanie było małe, ale przytulne kawalerka na Ursynowie, z widokiem na cichy podwórzec. Rozłożyłam rzeczy, zaparzyłam herbatę i usiadłam na parapecie. Pierwszy raz od pół roku poczułam spokój.

…Po dwóch miesiącach rozwód był już prawomocny. Tomasz jeszcze próbował dzwonić, prosić o drugą szansę. Odpowiadałam uprzejmie, ale stanowczo: nie.
Nie złamałam się. Nie zgorzkniałam. Po prostu zrozumiałam, iż szczęście to nie ciągłe poświęcenie i rezygnacja z siebie. Szczęście to szacunek i poczucie wartości. I wiem, iż kiedyś na pewno je znajdę.

Ale nie z tym mężczyzną.

Idź do oryginalnego materiału