Tunel przy Wałbrzychu, dziura w skale i miasto, którego nie ma na mapach

newsempire24.com 1 tydzień temu

Nazywam się Bartosz Olczak i jestem sztygarem zmianowym w kopalni, o której teraz się nie mówi, więc powiem tylko, iż leży pod Wałbrzychem, w Sudetach, gdzie ziemia pamięta więcej, niż ludzie chcieliby wiedzieć. To, co się stało w listopadzie 1987 roku, do dziś siedzi mi w gardle jak kawałek węgla, którego nie da się wykrztusić.

Byłem wtedy na dole razem z moją brygadą — ośmiu ludzi, kombinezony czarne od pyłu, lampy na czołach rzucające żółte kręgi na ścianę. Prowadziliśmy chodnik na głębokości tysiąca dwustu metrów, trzeci dzień tej samej roboty: wiertło, materiał wybuchowy, odgruzowanie, znowu wiertło. Nic specjalnego. Taki chleb powszedni pod ziemią.

Problem zaczął się po dwudziestej, kiedy wiertło — zamiast grzęznąć w twardej skale, jak przez trzy dni — nagle poszło jak w masło i wpadło w pustkę. Kazałem przerwać roboty od razu. Kolejny wybuch w takim miejscu mógł zawalić cały odcinek, a ja nie miałem ochoty wracać na powierzchnię bez trzech ludzi.

Zbieraliśmy już narzędzia, kiedy jeden z chłopaków, Rafał Dudek, podszedł do otworu i przyłożył dłoń. Powiedział tylko: "ciepło tu i wiatr". Nie przejąłem się od razu — pod ziemią bywają kieszenie powietrzne, to się zdarza. Ale po chwili ja też to poczułem: zapach mokrej trawy. Trawy, Chryste, tysiąc dwieście metrów pod powierzchnią, gdzie od lat nie pachniało niczym innym niż smarem i pyłem węglowym.

Nie zgłosiłem tego nikomu tej nocy. Pomyślałem — zgłoszę rano, może to zwykła szczelina do jakiejś starej wyrobiska z czasów, kiedy ten teren jeszcze był niemiecki, przed wojną. Spałem tej nocy może trzy godziny.

Rano wróciliśmy z drugą zmianą i zaczęliśmy poszerzać otwór. Robiliśmy to ostrożnie, kilof za kilofem, bo nikt nie chciał, żeby się na nas zawaliło. Najmłodszy w brygadzie, dziewiętnastoletni Kamil Sosna, pierwszy wsadził głowę do środka. Odskoczył tak szybko, iż uderzył hełmem w stemple.

— Co tam, Kamil? — zapytałem.

— Światło — powiedział tylko. I nic więcej z niego nie można było wycisnąć.

Podszedłem sam. Nachyliłem się do otworu, może wielkości talerza, i przez kilka sekund po prostu patrzyłem, nie wiedząc, co robić z tym, co widzę. Kazałem komuś gnać po geologa, natychmiast, nie czekając na telefon z góry.

Otwór poszerzyliśmy jeszcze trochę, może do rozmiaru drzwi od szafy. I po kolei każdy z nas podchodził, zaglądał i odstępował w milczeniu, bo słów po prostu nie było.

Za tą skałą, nad którą leżało ponad kilometr kamienia, było miasto. Zwyczajne, oświetlone, z ulicami i budynkami, których żaden z nas nigdy wcześniej nie widział. Nie jaskinia, nie pustka naturalna — coś zbudowanego, uporządkowanego, z własnym światłem, choć nie było tam żadnej elektryczności, którą dałoby się wytłumaczyć.

Geolog, pani Danuta Wyszomirska, przyjechała po dwóch godzinach prosto z Zakładów Geologicznych w Wałbrzychu. Weszła, przyłożyła rękę do skały przy otworze, powiedziała, iż temperatura odbiega od normy o kilka stopni, i zażądała, żeby nikt niczego nie dotykał, aż przyjedzie ktoś z instytutu.

Ja wtedy, prawdę mówiąc, nie myślałem o nauce. Myślałem o moich ludziach, o tym, iż za dwie godziny mam zjazd kolejnej zmiany, i iż jeżeli ten chodnik się zawali, to stracę ośmiu facetów, nie licząc siebie. Kazałem postawić drewniane podpory wokół otworu, jakby to była normalna szczelina, i czekałem.

Przyjechali ludzie z Warszawy — trzech mężczyzn w garniturach, którzy przedstawili się jako komisja specjalna, bez dokładniejszych nazwisk. Dostałem polecenie: nikomu nic. Żadnej gazecie, żadnej rodzinie, żadnemu sąsiadowi. Podpisałem papier, iż biorę odpowiedzialność za milczenie brygady.

Przez następne trzy dni chodnik był zamknięty, a nas przesłuchiwano po kilka godzin, jednego po drugim, w baraku administracyjnym przy szybie. Pytali, co widziałem, czy ktoś z nas coś stamtąd wziął, czy dotykałem otworu bez rękawic.

Czwartego dnia komisja po prostu zniknęła. Otwór zamurowali betonem w ciągu jednej nocy, chodnik skierowali w inną stronę, a nam wypłacono premię, która w tamtych czasach odpowiadała mojej trzyletniej pensji — trzysta dwadzieścia tysięcy złotych starych, jeszcze przed denominacją. Rafał kupił sobie za to Fiata 126p, mówił, iż chce o niczym nie myśleć, tylko jeździć.

Kamil, ten najmłodszy, nie wytrzymał ciszy. Po pół roku upił się na weselu kuzyna i powiedział wszystko sąsiadowi przy stole. Dwa dni później stracił pracę w kopalni "za naruszenie dyscypliny", choć nikt nigdy nie napisał w aktach, o co konkretnie poszło.

Ja milczałem trzydzieści dziewięć lat. Nie dlatego, iż się bałem — komisja z osiemdziesiątego siódmego to już historia, ludzie w garniturach dawno pewnie nie żyją. Milczałem, bo nie miałem dowodu, który mógłby ktokolwiek zobaczyć, a opowiadanie o mieście pod ziemią bez niczego w ręku to prosta droga do tego, żeby wnuki patrzyły na dziadka jak na człowieka, który zaczyna zapominać, co prawda, a co sen.

Dwa miesiące temu umarła moja żona, Grażyna. Sprzątając po niej strych w naszym domu w Boguszowie-Gorcach, znalazłem pudło po butach, w którym przez te wszystkie lata trzymałem jedną rzecz: kawałek kamienia wielkości pudełka zapałek, który Rafał po kryjomu wyniósł z chodnika tamtej nocy i dał mi, mówiąc, iż jemu nie chce się tego trzymać w domu. Kamień nie jest zwyczajny — ma w sobie wtopioną nitkę jakby metalu, który nie rdzewiał przez prawie czterdzieści lat leżenia w wilgotnym pudle.

Zadzwoniłem do córki, która pracuje jako laborantka w szpitalu w Legnicy, i poprosiłem, żeby zrobiła mi prywatne badanie składu w pracowni, bez wpisywania tego do żadnego rejestru. Powiedziała, iż to prosta sprawa, zajmie tydzień.

W piątek, trzynastego listopada, przyjechałem do niej do Legnicy z kamieniem w reklamówce z marketu, jakby to były zwykłe zakupy. Siedzieliśmy w jej małej kuchni, pachnącej rosołem, który zdążyła ugotować na później, i ona pokazała mi na laptopie wynik spektrometrii. Powiedziała, iż stop zawiera składniki, których nie potrafi jednoznacznie przypisać do żadnej znanej jej próbki, i iż powinienem oddać ten kamień do instytutu, a nie trzymać go w pudle po butach.

Odpowiedziałem jej jedno: iż trzydzieści dziewięć lat trzymałem to w milczeniu dla kogoś innego, a teraz zrobię to dla siebie. Wyjąłem telefon, znalazłem numer do redakcji lokalnej gazety w Wałbrzychu, z którą rozmawiałem już wcześniej przez znajomego, i wysłałem jedno zdjęcie kamienia razem z krótkim opisem tego, co widziałem w 1987 roku. Córka patrzyła na mnie, nie mówiąc nic, tylko wyłączyła gaz pod rosołem, bo zaczął wykipiać.

Kamień zostawiłem u niej w szufladzie, nie w pudle po butach — to jedyna rzecz, którą zmieniłem od razu, bez wahania. Reszty nie da się już cofnąć, i chyba po pierwszy raz od tamtej listopadowej nocy nie chcę niczego cofać.

Idź do oryginalnego materiału