Przez trzydzieści lat to ja gotowałam wigilijną kolację dla trzynastu osób, aż w sierpniu oznajmiłam, iż w tym roku stół nakryje ktoś inny — i wtedy usłyszałam, co naprawdę myśli o mnie moja rodzina.
Nazywam się Barbara, mam sześćdziesiąt sześć lat i mieszkam w Gdyni, w bloku przy Świętojańskiej, dwa piętra nad piekarnią, z której od rana ciągnie zapach drożdżówek. Wigilię u siebie organizuję od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku. Zaczynało się skromnie, we czwórkę. Potem dochodzili zięciowie, synowe, wnuki — i w końcu przy moim stole, rozłożonym na cały salon plus kuchnię, siadało trzynaście osób.
Przez większość tych lat sprawiało mi to ogromną radość. Listę zakupów układałam już w połowie listopada. Karpia zamawiałam u tego samego sprzedawcy na targu przy Wolności, bo tylko on umiał go porządnie odłuskać. Barszcz z uszkami gotowałam dzień wcześniej, żeby zdążył się przegryźć. Mąż, Zenon, pomagał — nosił skrzynki, składał dodatkowe krzesła — ale całą logistykę i tak trzymałam sama, w pamięci, bez żadnych notatek. Wiedziałam, iż synowa Ewelina nie je grzybów, iż najmłodszy wnuk zje wyłącznie kluski z makiem bez rodzynek, a szwagier Ryszard zawsze przyjeżdża spóźniony, bo najpierw musi odstawić teściową do drugiej córki na Chylonię.
Dwudziestego czwartego wstawałam o szóstej, mimo iż część rzeczy była już zrobiona dzień wcześniej. Do południa stałam w kuchni tyle godzin, iż traciłam rachubę, a przecież trzeba było jeszcze nakryć stół, poszukać dodatkowych krzeseł u sąsiadki i sprawdzić, czy starczy lodu do wódki. Nigdy się specjalnie nie skarżyłam. Kiedy ktoś proponował pomoc, machałam ręką, iż dam radę sama. Podobało mi się, iż wszystko idzie gładko, i — mówiąc szczerze — podobało mi się też, kiedy przy stole ktoś mówił, iż nigdzie indziej nie robią takich pierogów z kapustą i grzybami jak u mamy.
W zeszłym roku przyjechałam na Wigilię wykończona. Kilka dni wcześniej zaproponowałam, żeby makowiec kupić gotowy w cukierni na Świętojańskiej, bo pieczenie zabierało mi cały wieczór. Moja córka Agnieszka powiedziała: „Mamo, ale to jest nasza tradycja". Syn dorzucił, iż dzieciaki uwielbiają ten makowiec własnej roboty. Zaproponowałam też, żeby zamiast karpia zrobić coś prostszego — usłyszałam to samo. „Przecież zawsze jemy karpia". Za każdą rzeczą stało jedno zdanie: „zawsze tak robimy". Sam wieczór wypadł dobrze. Wszyscy zjedli, wypili lampkę wina, zrobili zdjęcia i wyszli zadowoleni. Zenon i ja sprzątaliśmy do drugiej w nocy. Kiedy w końcu usiadłam przy kuchennym stole, w zlewie stały jeszcze kieliszki, a na blacie resztki sałatki jarzynowej do przełożenia do pojemników. Pamiętam, iż pomyślałam wtedy, iż każdy z gości przeżył tę Wigilię zupełnie inaczej niż ja.
W sierpniu, przy niedzielnym obiedzie u Agnieszki, powiedziałam, iż w tym roku nie zamierzam organizować Wigilii u siebie. Agnieszka myślała, iż żartuję. Syn zapytał, czy wyjeżdżamy gdzieś na święta. Odpowiedziałam, iż nie, iż po prostu chcę, żebyśmy wymyślili to inaczej. Możemy zjeść u kogoś z nich, zamówić catering albo podzielić się obowiązkami.
Reakcja mnie zaskoczyła. Zaczęli tłumaczyć, iż ich mieszkania są za małe, iż dzieciom wygodniej u babci, iż po trzydziestu latach zmiana byłaby żal. Agnieszka powiedziała nawet, iż „Wigilia u mamy" to jedno z jej najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa. Zapytałam wtedy o coś prostego: „A jakie są moje wspomnienia z tych Wigilii?"
Zapadła niezręczna pauza. Nikt nie odpowiedział od razu, ktoś zaczął obracać widelec przy talerzu. Nie chciałam robić z siebie ofiary. Bawiłam się na wielu z tych kolacji naprawdę dobrze. Ale pamiętałam też wieczory, w których wstawałam od stołu kilkanaście razy, zdjęcia, na których mnie nie ma, bo akurat dokładałam coś na talerze w kuchni, i poranki dwudziestego piątego grudnia, kiedy bolały mnie nogi od stania. Zenon mnie poparł. Przyznał przy dzieciach, iż sam przez lata nie widział, ile to wszystko kosztuje pracy, bo zawsze zakładał, iż ja po prostu umiem to zorganizować.
Po kilku rozmowach doszliśmy do porozumienia. W tym roku Wigilia będzie u nas, ale inaczej. Syn przywiezie przystawki i śledzie, Agnieszka z mężem zrobi danie główne, my udostępniamy mieszkanie i stół, a ciasto weźmie na siebie synowa Ewelina. Bez dwunastu potraw robionych od zera i bez trzymania się każdego zwyczaju tylko dlatego, iż istnieje od dwudziestu paru lat.
Najzabawniejsze jest to, iż Agnieszka postanowiła sama upiec makowiec. Zadzwoniła kilka dni temu, żeby zapytać, ile to naprawdę zajmuje czasu. Kiedy jej wytłumaczyłam — mak trzeba przygotować dzień wcześniej, ciasto wyrabiać manualnie, bo mikser go rozrywa — zamilkła na chwilę, a potem powiedziała: „Mamo, nie wiem, jak ty to wszystko ogarniałaś, do tego jeszcze reszta".
Tego wieczoru, dwudziestego czwartego, kiedy Agnieszka wyjęła z piekarnika swój pierwszy własny makowiec, trochę przypalony z jednej strony, postawiła go na środku stołu obok mojego talerza. Nie powiedziała nic więcej. Wzięłam widelec i odkroiłam sobie kawałek.











