Tradycyjny rodzinny przepis przekazywany z pokolenia na pokolenie

twojacena.pl 4 godzin temu

**Rodzinny przepis**

Naprawdę chcesz wyjść za mężczyznę, którego poznałaś w internecie? Ludwika Stanisławowa patrzyła na przyszłą synową z takim sceptycyzmem, jakby ta próbowała wręczyć jej sfałszowany banknot. Jej ciężki, oceniający wzrok prześlizgnął się po skromnej fryzurze Aliny i jej prosto skrojonej sukience. Przecież choćby się dobrze nie znacie!

Alina poczuła, jak po plecach przebiegają jej mrówki. Siedzieli w kuchni bloku z wielkiej płyty, w którym dorastał Marek. Kuchnia była mała, ale przytulna i lśniąca czystością. Pachniało wanilią i starym parkietem.

Mamo, daj już spokój wtrącił się syn, obejmując Alinę za ramiona. Nie poznaliśmy się w internecie, tylko w klubie książki. Najpierw pisaliśmy, potem rozmawialiśmy. Pół roku! A Alina jest wspaniała!

Poznali się tak: Alina prowadziła niewielkiego bloga o zapomnianych książkach. Marek, programista z cichą pasją do klasyki, natknął się na jej wpis o *Zbrodni i karze*. Dyskusja przeniosła się na prywatne wiadomości, potem na długie rozmowy. Okazało się, iż śmieją się z tych samych żartów, cenią te same rzeczy ciszę, szczerość, zapach zakurzonych stron. Pierwsze spotkanie pod pomnikiem Mickiewicza nie było randką, tylko kontynuacją rozmowy. Z Aliną Marek czuł się, jakby był w domu. Ona zaś dostrzegła w nim nieśmiałego człowieka z głębią w sercu.

Wspaniała prychnęła Ludwika, celowo głośno brzękając łyżką o porcelanową filiżankę. A to, iż z innego miasta, bez pracy tutaj, i w ogóle kto ją tam zna, co ma w głowie Syna wychowałam, wykształciłam, a tu przychodzi jakaś

Alina zacisnęła zęby, ale milczała.

Zrozumiała już jedno: teściowa widzi w niej nie człowieka, tylko zagrożenie obcą dziewczynę, która chce zabrać syna spod matczynej opieki. Ludwika Stanisławowa żyła według sztywnych zasad, bez pobłażania dla słabości. Po śmierci męża pięć lat temu jeszcze mocniej otoczyła syna opieką.

Próby zaprzyjaźnienia się z teściową spełzały na niczym.

Gdy Alina upiekła szarlotkę z cynamonem i anyżkiem jak u babci, Ludwika, odłupując malutki kawałek, mruknęła:

Za słodkie. U nas się tak nie robi.

Kiedy Alina zaproponowała pomoc przy sprzątaniu, usłyszała suche:

Nie trzeba. Ja wiem, gdzie co leży. Potem bym szukała pół roku.

Gdy zostali sami w pokoju Marka, wśród modeli statków i książek o fizyce, on tylko rozłożył ręce:

Nie bierz tego do siebie. Mama jest po prostu taka. Rodzinna, ale kolczasta jak jeż.

Staram się odparła cicho Alina, patrząc przez okno na identyczne balkony. Tylko mieszkać w stanie zimnej wojny to ciężko, a wyprowadzić się od niej nie prędko możemy.

Ale Alina się nie poddała. Wierzyła, iż do każdej twierdzy jest jakieś tajne przejście.

Pewnej soboty Ludwika, ścierając kurz z półek, wyjęła stary album i zaczęła go przeglądać. Alina poprosiła o pozwolenie i usiadła obok. Zauważyła, jak teściowa zatrzymała wzrok na pożółkłym zdjęciu, na którym stała młoda i uśmiechnięta obok przystojnego mężczyzny.

Kto to? ostrożnie spytała Alina.

Ludwika drgnęła, jakby złapana na czymś zakazanym.

Mój brat, Andrzej westchnęła, a w jej głosie po raz pierwszy zabrzmiała nie złośliwość, ale smutek. Pokłóciliśmy się z dwadzieścia lat temu.

O co? zaryzykowała Alina, bojąc się spłoszyć tę chwilę szczerości.

Głupoty. Działkę po rodzicach dzieliliśmy. Oboje uparci jak osły. Powiedział mi coś przykrego, ja jemu i tyle. Mieszkamy w tym samym mieście, a jakby na innych planetach.

Alina milczała, ale w głowie już rodził się plan. Marek kiedyś wspomniał, iż matka stała się jeszcze bardziej zamknięta po tej kłótni.

Tydzień później, spotkawszy w klatce gadatliwą sąsiadkę, ciocię Helenę, Alina przypadkiem zagadnęła o rodzinę męża.

Ach, Ludka i jej brat! zawołała sąsiadka. Nierozłączni byli! Andrzej mieszka teraz w nowym osiedlu. W zeszłym roku ciężko chorował, operację serca miał. Dzieci w Warszawie, sam jak palec.

Wieczorem, gdy Marek czytał, a Ludwika dziergała skarpety, Alina zaczęła ostrożnie:

Ludwiko Stanisławo, wiedziała pani, iż brat miał zeszłego roku operację serca?

Druty w rękach teściowej zastygły. Zbladła:

Co?! Skąd wiesz?

Mówiła mi ciocia Helena. Mówi, iż sam teraz, pomoc by się przydała, a komu?

Ludwika nic nie odpowiedziała. Wyszła do swojego pokoju. Alina słyszała, jak chodzi za ścianą. Cały wieczór upłynął w ciężkim milczeniu.

Nazajutrz teściowa, zwykle wylegująca się do późna, była już na nogach.

Do koleżanki idę burknęła, zakładając najlepsze palto.

Wróciła wieczorem. Oczy miała zaczerwienione, ale bez zwykłej chłodu. Na twarzy nowy wyraz, miękki i niepewny. Zobaczywszy Alinę w kuchni, zatrzymała się w drzwiach:

Dziękuję rzuciła cicho i wyszła, nie mogąc mówić więcej.

Jak się później okazało, pojechała autobusem pod dom brata. Stała pół godziny, nie mogąc zadzwonić. W końcu się przemogła. Brat otworzył drzwi, przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu dwoje siwych uparciuchów aż w końcu rzucili się sobie w ramiona. Płakali, śmiali się, wspominali dzieciństwo, dziwiąc się, jak głupio wyglądała ich dawna kłótnia po latach.

Miałaś rację powiedziała Ludwika parę dni później przy herbacie. Czasem trzeba zrobić ten pierwszy krok. Dwadzieścia lat milczenia przez kawałek ziemi Głupota.

Odtąd stała się dla Aliny łagodniejsza. Nie jak dla intruza, ale jak dla swojej. Pewnego dnia, przesypując kaszę, spytała cicho:

Alu, a ta szarlotka twoja, z anyżkiem. Nauczysz? Marek chwalił.

Alina, tłumiąc drżenie rąk, sięgnęła po mąkę. I tak sta

Idź do oryginalnego materiału