Danuta odstawiła na stół talerz z herbatnikami i słoikiem dżemu porzeczkowego, który został po teściowej. Za oknem kuchni w Chełmie trząsł się na wietrze ostatni liść starej jabłoni. Czajnik jeszcze parował. Nic więcej na stole nie było.
Alina siedziała naprzeciwko i mrugała, jakby czekała, iż za chwilę ktoś wniesie półmisek z pieczenią, sałatkę jarzynową albo chociaż pokrojone pomidory. Obok niej Zbyszek, jej „mąż", z którym mieszkała już ponad rok, ale którego nie zdążyła poślubić, nerwowo obracał w palcach spinki od mankietów.
— Gdzie jedzenie? — zapytała w końcu Alina.
— Stoi na stole — Danuta przesunęła bliżej słoik z dżemem. — Częstujcie się. Wszystkiego najlepszego, Zbyszek.
Zbyszek uśmiechnął się niepewnie, wziął jednego herbatnika, odłożył z powrotem. Wyglądał, jakby ktoś kazał mu zgadywać, czy to żart.
— Umawialiśmy się, iż będzie pieczeń — powiedziała Alina, a jej głos z każdym słowem robił się ostrzejszy.
— Nie umawialiśmy się na nic — odpowiedziała Danuta i upiła łyk herbaty. — Powiedziałaś, iż wpadniecie, to się zgodziłam. Ale gotowania na dziesięć osób nikt ze mną nie ustalał. Sami się zaprosiliście.
Za ścianą zaterkotał stary zegar. W pokoju zrobiło się tak cicho, iż było słychać, jak pod blokiem sąsiad z trzeciego piętra odpala skodę fabię — najpierw kaszlnęła, potem zgasła, potem znowu kaszlnęła.
Kiedyś Danuta litowała się nad Aliną naprawdę, nie z grzeczności. Alina to młodsza siostra jej męża, Romana. Dwa lata temu rozwiodła się z facetem, który zostawił ją z kredytem za kawalerkę na obrzeżach Świdnika i z przekonaniem, iż po trzydziestce kobieta nadaje się już tylko do oglądania seriali.
Wtedy cała rodzina nad nią skakała. Roman słał siostrze pieniądze „na pierwsze tygodnie", a te pierwsze tygodnie jakoś przemieniły się w czternaście miesięcy. Teściowa dzwoniła co wieczór z pytaniem, czy zjadła kolację. Danuta sama zapraszała Alinę na każdą okazję — imieniny, Wigilię, niedzielę, zwykły czwartek. „Nie siedź sama w domu" — powtarzała.
I Alina przestała siedzieć. Zaczęła przychodzić.
Najpierw przychodziła cicha, zawstydzona, z pudełkiem czekoladek, za które przepraszała, iż „takie skromne". Pół roku później przychodziła już bez pudełka. Za to dokładnie o trzeciej, bo wiedziała, iż w niedzielę Danuta podaje rosół o trzeciej. Brała dokładkę, potem pakowała resztki do pudełka, potem prosiła Romana, żeby pożyczył jej „dwie stówy do piątego", choć nikt już nie pamiętał, kiedy Alina ostatnio w ogóle pracowała dłużej niż miesiąc.
Szybko się do tego przyzwyczaiła. Tak wygodnie było być tą, nad którą wszyscy się trzęsą. Nikt nie sprawdzał, iż w tym samym czasie wzięła w ratach torebkę z jednego z butików w Lublinie, gdzie ceny zaczynają się od ośmiuset złotych. Danuta to widziała, bo raz coś takiego u niej mignęło w przedpokoju, ale ugryzła się w język. Nie chciała być tą, co liczy cudze pieniądze.
Potem pojawił się Zbyszek.
Zbyszek potrafił tylko dwie rzeczy: opowiadać o tym, jak „rozpoczyna działalność", i jeść cudze. Działalność zmieniała się co miesiąc — raz myjnia, raz food truck z zapiekankami, raz sklep internetowy z koszulkami. Pieniędzy z tego nie widział nikt. Ale Zbyszek do każdego talerza podchodził z entuzjazmem nowożeńca. Chwalił kuchnię, głośno się śmiał, docinał sam sobie, żeby wszyscy myśleli, iż to taki równy chłop, z którym szkoda się kłócić o drobiazg.
Kłopot w tym, iż dla Danuty to nie był drobiazg. Co innego przyjąć kogoś od święta, a co innego co tydzień karmić dwoje dorosłych ludzi, którzy wchodzą do domu jak do restauracji, w której nie istnieje rachunek.
Roman udawał, iż tego nie widzi. „Ona jest sama" — mówił za każdym razem, gdy Danuta próbowała poruszyć temat. — „Po rozwodzie człowiek długo się zbiera."
— Ona już się pozbierała — Danuta któregoś wieczoru odłożyła ścierkę i usiadła naprzeciwko męża. — Tylko jej jest wygodnie, iż nikt od niej niczego nie wymaga. A ja już nie chcę płacić za jej wygodę.
— Przesadzasz — Roman machnął ręką i włączył telewizor.
Danuta nie ciągnęła tematu. Miała żal, ale żal u niej nigdy nie wybuchał od razu. On się w niej zbierał warstwami, jak kamień w bucie.
Ostatnią kroplą był telefon tydzień przed urodzinami Zbyszka.
— Danka, cześć! — głos Aliny brzmiał, jakby już rozkładała krzesła w ogrodzie Danuty. — Wymyśliliśmy, iż urodziny Zbyszka zrobimy u was na działce. Ty weźmiesz mięso, ja poproszę Romana, żeby kupił wino, a Zbyszek zajmie się grillem, bo on robi najlepszą karkówkę w całym mieście!
Danuta stała przy sznurku z praniem i zaciskała mokrą klamerkę w palcach, aż zbielały jej knykcie. W pierwszej chwili chciała zapytać, czy Alina żartuje.
— No i co? Pasuje? — Alina już się śmiała. — Tylko kup karkówkę, nie schab, bo Zbyszek mówi, iż schab za chudy.
— Muszę to przemyśleć — powiedziała Danuta.
— Ale tam nie ma co myśleć! Będzie super, cała rodzina się zjedzie!
Alina rozłączyła się pierwsza. A Danuta została na podwórku, z klamerką w zębach i z mokrym prześcieradłem, które trzepotało na wietrze jak biała flaga. Dopiero wtedy zrozumiała, iż od dwóch lat nikt w tej rodzinie nie pytał jej, czego ona chce. Wszyscy pytali tylko, co przyniesie, ile przygotuje, kogo ugości.
Nie pokłóciła się. Nie zadzwoniła, nie wyjaśniała. Po prostu nie kupiła mięsa.
I tak wszyscy siedzieli teraz przy tym kuchennym stole, na którym stały herbatniki, dżem po teściowej i cztery niedopasowane filiżanki, bo jedna z kompletu stłukła się trzy miesiące temu i Danuta nie kupiła nowej.
— Zrobiłaś to celowo — Alina odsunęła talerzyk, tak iż jeden herbatnik spadł na podłogę i potoczył się pod kredens.
— Nie zrobiłam nic celowo — Danuta pozbierała okruszki dłonią na brzeg talerza. — Po prostu nie udaję już, iż mi nie przeszkadza. Przez dwa lata każdy z was myślał, iż mogę wziąć wszystko na siebie. A ja pokazałam, iż nie muszę.
— To było chamskie — rzuciła Alina.
— Nie. Chamskie to było wchodzić do mojego domu i mówić, iż „my przynosimy humor". Humor nie starczy na karkówkę.
Roman siedział między nimi i wyglądał jak człowiek, który właśnie zderzył się z drzwiami, których nie zauważył. Patrzył to na siostrę, to na żonę, jakby liczył, iż któraś pierwsza powie „to był żart" i ze stołu wyjadą półmiski.
— Ja naprawdę nie wiedziałam, iż ty tak to odbierasz — Alina złożyła dłonie płasko na obrusie. — Myślałam, iż ty to lubisz.
— Lubiłam. Dawno. — Danuta nalała sobie jeszcze herbaty. — A teraz chcę, żebyśmy się umawiali po ludzku. Ja kupuję połowę, wy kupujecie połowę. I nie ja sprzątam po wszystkich.
— Okej — Zbyszek nagle wstał i sięgnął po kurtkę. — To my już pójdziemy, bo, kurczę, nie chcę psuć atmosfery.
— Nie popsułeś ty, tylko my wszyscy — Danuta popatrzyła mu prosto w twarz. — Ale nie musicie uciekać. Zostało dość herbatników.
Wyszli wtedy i tak. Alina z siną twarzą, Zbyszek z nadzieją, iż nikt nie zauważy, iż rozgląda się za tym, czego nie dostał. Na schodku przed blokiem zabrał ze sobą dwie ulotki z pizzerii, jakby to miało mu zrekompensować zimny wieczór.
Po tym spotkaniu przez trzy miesiące Alina nie dzwoniła. Na święta wymówiła się przeziębieniem. Na imieninach teściowej nie było jej ani Zbyszka. Kiedy Danuta przychodziła po zakupy do tego sklepu spożywczego na dole, widywała czasem Alinę przez szybę, ale żadna z nich nie wchodziła do środka, dopóki ta druga nie wyjdzie.
Dopiero w lutym załamał się lód. Danuta nalewała wodę do czajnika, gdy telefon zabrzęczał. Na ekranie — Alina.
— Cześć — Alina mówiła cicho, jakby dzwoniła z biblioteki. — Mogę wpaść jutro? Przyniosę sernik. Kupny, ale uczciwie mówię, iż kupny.
— Wpadnij — powiedziała Danuta. — Będę po pracy po szesnastej.
Alina przyszła punktualnie. W ręku miała sernik z Biedronki i bukiet żonkili, takich po sześć złotych za sztukę, ale do podania. Usiadła przy tym samym stole, na którym pół roku wcześniej stały herbatniki.
— Wiesz co — zaczęła i zaczęła skubać etykietę z butelki wody, którą jej Danuta postawiła — trochę mi zajęło zrozumienie. Myślałam, iż mi robisz sceny. A potem kiedyś szłam ulicą i zobaczyłam, jak jakaś stara sąsiadka wynosi do śmietnika resztki obiadu. I pomyślałam, iż ty też tak robisz z resztkami po nas.
— Nie po was — Danuta położyła dłonie płasko na blacie. — Po tym, jak ja się czułam przy was.
— Wiem. I dlatego tu jestem.
Nie rzuciły się sobie w ramiona. Nie było wielkiego płaczu. Danuta ukroiła sernik, podała na talerzu, który został jej po babci, z odrapanym złotym brzegiem. Siedziały i jadły, rozmawiając o zwykłych rzeczach — o drożejącym maśle, o tym, iż na Siennej wymienili chodnik. I dopiero pod koniec wizyty Alina powiedziała, iż od marca zaczyna pracę na pełny etat w hurtowni drobnego sprzętu.
— A Zbyszek? — zapytała Danuta.
— Znalazł wreszcie coś w transporcie. Jeździ z kumplem po Polsce chłodnią. Rok temu by nie wziął, bo przecież „szukał siebie". — Alina parsknęła śmiechem. — A teraz mówi, iż mu się podoba w trasie. Ma przynajmniej czas posłuchać podcastów.
Następnego lata urządzili urodziny Zbyszka po ludzku. Na działce, ale tym razem z ustaleniami: Danuta kupiła karkówkę i chleb, Roman wziął z hurtowni tanie wino, a Alina i Zbyszek zjawili się z dwiema reklamówkami sałatek i ciastem z owocami, które upiekła siostra Danuty. I to Zbyszek stał przy grillu, grzebiąc w węglu z powagą chirurga.
— Podsyp, bo zgaśnie — powiedziała mu Danuta i podała mu kasztankę wina. — A nie. Poczekaj, za dużo.
Zbyszek uśmiechnął się szeroko, pierwszy raz, odkąd go znała, bez śladu tej dawnej pewności siebie faceta, który wie, iż i tak ktoś inny zapłaci.
Węgiel strzelił iskrami, dym uniósł się prosto w bezchmurne niebo, a Roman gdzieś za plecami śmiał się z czegoś, co powiedziała siostra Danuty przy stole z sałatkami. Danuta usiadła na leżaku obok grilla, z kasztanką wina w dłoni, i nie ruszyła się stamtąd, dopóki karkówka się nie przypaliła — trochę, tak jak lubił Zbyszek.












