To nie moja rola cuidacza

newskey24.com 1 miesiąc temu

— Ja nie jestem opiekunką…

— Kasia, mam dla ciebie nie najlepsze wieści… — Adrian odłożył łyżkę na talerz, spuścił wzrok. — Z mamą jest coraz gorzej. W końcu ma już osiemdziesiąt lat. Nie radzi sobie sama. Potrzebuje stałej opieki.

— Bałam się tego… — westchnęła Katarzyna, wycierając ręce w ścierkę. — A rozmawiałeś z Arturem? Chyba trzeba będzie znaleźć opiekunkę. Sami nie udźwigniemy tego wszystkiego.

— Rozmawiałem. I uznaliśmy: opiekunka to za drogo. Poza tym, obawiamy się obcej osoby w domu. Lepiej, żeby zajmował się nią ktoś z rodziny.

— „Uznaliście”? — Kasia zaniemówiła. — Rozmawialiście już o tym z bratem?

— Tak. I doszliśmy do wniosku: ty jesteś najlepszym wyborem. Mama cię zna, będzie ci ufać. A z obcą osobą byłoby trudno. No i przecież jesteś w domu, możesz zwolnić się z pracy i się nią zająć.

W piersi Katarzyny coś się zerwało. Pracowała jako księgowa, do emerytury brakowało jej ledwie trzech lat. Rzucić pracę? Stracić staż i świadczenie?

— Adi, muszę to przemyśleć. Nie jestem ze stali. Moje zdrowie też nie jest najlepsze. A wy z Arturem choćby nie zapytaliście mnie o zdanie. Po prostu postawiliście mnie przed faktem.

— Kasiu, no przecież wiesz, iż mama dała nam to mieszkanie. Zrobiła dla nas wszystko, teraz nasza kolej, żeby się odwdzięczyć. Ja i Artur będziemy pomagać, nie zostaniesz sama.

Wiedziała jednak, iż „pomogą” tylko wtedy, gdy im to będzie wygodne. W praktyce wszystko spadnie na nią. Nie sprzeciwiła się jednak. Wzięła w pracy miesiąc urlopu – „opieka nad członkiem rodziny”. I postawiła ultimatum:

— Tylko miesiąc. Potem decydujemy, co dalej. Nie zgadzam się na wieczność.

— Umówione. A na razie zabierzemy mamę do nas – będzie wygodniej. Nie będziemy się przecież ciągle przemieszczać.

Następnego ranka na progu ich kawalerki w podwarszawskim Pruszkowie stanęła Danuta Marek, Adrianowa matka. Przygarbiona, ledwo poruszająca się. Przynieśli wózek inwalidzki, położyli koc, ustawili leki, wnieśli miski, poduszki, koce. W powietrzu rozlał się zapach chloru i starości.

Adrian od razu zaczął wydawać rozkazy:

— Podłóż jej poduszkę pod plecy. Zupa ostygła, podgrzej. I pilnuj, żeby brała wszystkie tabletki – teraz to twój obowiązek!

Katarzyna milczała, robiła, co kazano. Ale nie miała już czterdziestu lat. Bolący kręgosłup, skaczące ciśnienie, łamiące się stawy. A teściowa, jakby na złość, zaczęła płatać figle: raz rozlewała kompot, raz chowała lekarstwa, raz narzekała na hałas.

Po kilku dniach zjawił się Artur z żoną – Hanną. Nie zdejmując płaszczy, obejrzeli mieszkanie jak muzeum. Komentowali: „Tu mama się udusi”, „Tu wieje”. Katarzyna stała w kącie jak cień.

— Mamo, jak się tutaj czujesz? Kasia cię nie dręczy? — zapytał Artur.

— Synku, kto by się chciał starej babie kłaniać? — rozżaliła się Danuta. — Patrzy na mnie jak na kłopot. Ani gołąbków, ani uwagi. Wszystko robi przez zęby…

Katarzyna nie wytrzymała.

— Gołąbki będą jutro. Dzisiaj kotlety i zupa. Po co naraz tyle jedzenia?

— Kasiu — wtrąciła się Hanna — jak można nie gotować codziennie? To starsza osoba! Powinnaś ją karmić jak dziecko. Czy to dla ciebie zbyt trudne?

— Haniu, gotuję, piorę, sprzątam, myję… Spróbowałabyś, to byś zrozumiała. Jak przyjdzie wasza kolej, róbcie, jak uważacie.

— Ale ja pracuję! Nie mogę. I… nie potrafię! — od razu spanikowała Hanna, jej wyższość zniknęła.

Wyszli tak, jak przyszli – bez słowa pomocy.

Adrian, mimo obietnic, też coraz bardziej się wymigiwał:

— Kasieńko, no przecież jesteś kobietą. Dasz radę. Ja jestem w pracy, zmęczony. Zresztą, to tradycja – synowe opiekują się teściowymi. I nikt nie narzekał.

Katarzyna milczała. Liczyła dni do powrotu do pracy.

Po trzech tygodniach Adrian wrócił z „nowinami”:

— Z Arturem wszystko ustaliliśmy. Mama spisze na ciebie testament. A ty zwolnisz się i zajmiesz się nią na stałe. To będzie sprawiedliwe.

— Co?! — Katarzyna zbladła. — Naprawdę myślisz, iż zamienię swoje życie na jej metry kwadratowe? Nie potrzebuję mieszkania kosztem zdrowia! Nie chcę lat opieki w zamian za spadek!

— Pomyśl o synu! Moglibyśmy sprzedać mieszkanie, podzielić, i Bartkowi też coś by się należało.

— Za dziesięć lat. Albo piętnaście. A ja? Mam po prostu przestać istnieć?

Adrian milczał. Wyglądał na urażonego.

— Mieszkanie mnie nie obchodzi, Adi. Chcę żyć. Wrócić do pracy, pić kawę rano, czytać książki, nie biegać z miskami. Masz brata – niech choć raz weźmie odpowiedzialność. Albo weźmiecie opiekunkę!

— Pieniądze! Zawsze chodzi o pieniądze! A twoja pensja to grosze! Lepiej wyjdziesz na tym w domu!

— Nie! Moja decyzja jest ostateczna! — Katarzyna spojrzała mu prosto w oczy. — Róbcie, co chcecie. Ale ja już nie będę opiekować się Danutą.

Tydzień później Katarzyna spakowała rzeczy. Cicho, bez awantur. Wynajęła pokój w kamienicy. Syn – Bartek – wsparł ją: obiecał pomagać finansowo, dzwonić, odwiedzać.

Adrian gwałtownie zrozumiał, iż matka jednak potrzebuje opieki. Opiekunka znalazła się szybko. Wykwalifikowana, z referencjami.

A Katarzyna pierwszy raz od lat poczuła się wolna. Nie winna. Nie obowiązana. Po prostu kobietą. Która w końcu wybrała siebie.

Idź do oryginalnego materiału