**Dzisiejszy wpis w pamiętniku**
– Po co się wtrącasz w nie swoje sprawy? – wrzeszczała Kinga, wymachując rękami. – To moja córka, a nie twoja!
– Chciałam tylko pomóc – cicho odpowiedziała Elżbieta, stojąc przy kuchence z patelnią w dłoni. – Zosia jest chora, ma wysoką gorączkę…
– Pomóc! – przedrzeźniała Kinga. – Chcesz udowodnić, jaka to z ciebie wzorowa macocha, tak? Żeby tatuś się rozczulił?
– Kinga, przestań – próbował interweniować Marek, ale córka choćby na niego nie spojrzała.
– A ty się nie odzywaj! Zawsze ją bronisz! – Wskazała palcem na Elżbietę. – Nie jesteś mi rodziną i już! Wymieniłeś własną córkę na tę… na tę…
Kinga nie dokończyła, odwróciła się i wybiegła z kuchni. Drzwi jej pokoju zatrzasnęły się z taką siłą, iż zatrzęsły się szyby w szafkach.
Elżbieta odstawiła patelnię na stół i osunęła się na krzesło. Dłonie się trzęsły, w oczach miała łzy.
– Nie przejmuj się – Marek podszedł do żony i położył dłoń na jej ramieniu. – Jest zdenerwowana z powodu studiów. Nie dostała się na budżet, wściekła się na cały świat.
– Marku, ona ma rację – szepnęła Elżbieta. – Naprawdę nie jestem jej rodziną. I nigdy nią nie będę.
– Głupoty gadasz. Czas wszystko ułoży.
Elżbieta gorzko się uśmiechnęła. Czas. Byli małżeństwem od czterech lat, a relacje z Kingą tylko się pogarszały. Najpierw dziewczyna była po prostu zimna i zdystansowana. Potem zaczęły się przytyki, złośliwe uwagi. Teraz była to już otwarta wojna.
– Może nie powinnam była proponować opłacenia jej studiów? – spytała Elżbieta.
– Dlaczego? Chciałaś dobrze.
– Ale ona odebrała to jako próbę kupienia jej.
Marek westchnął i usiadł obok żony.
– Elu, rozumiem, iż ci ciężko. Ale Kinga straciła matkę, gdy miała czternaście lat. Boi się, iż ktoś zajmie jej miejsce.
– Nie próbuję zająć miejsca jej matki. Chcę tylko, żebyśmy żyli w zgodzie.
– Wiem. I ona kiedyś to zrozumie.
Elżbieta skinęła głową, ale w głębi duszy wątpiła. Każdy dzień w tym domu był próbą. Kinga zdawała się celowo szukać powodów do kłótni – czy to o sposób gotowania, ustawienie rzeczy, czy głośne rozmowy przez telefon.
Z pokoju Kingi dobiegała głośna muzyka. Sąsiedzi już kilka razy skarżyli się, ale dziewczyna ignorowała uwagi.
– Idź, powiedz jej, żeby ściszyła muzykę – poprosiła Elżbieta.
– Powiedz sama. Musicie nauczyć się rozmawiać.
– Marku, po tym, co się stało?
– Tym bardziej. Nie można pozwolić, by konflikt się pogłębiał.
Elżbieta niechętnie wstała i podeszła do pokoju pasierbicy. Zapukała do drzwi.
– Kinga, mogę wejść?
Muzyka stała się jeszcze głośniejsza. Elżbieta zapukała mocniej.
– Kingo, muszę z tobą porozmawiać.
Drzwi gwałtownie się otworzyły. Na progu stała dziewczyna z czerwonymi od płaczu oczami.
– Czego chcesz?
– Ścisz muzykę, proszę. Sąsiedzi narzekają.
– A mnie to wisi!
– Kinga, rozumiem, iż jesteś zdenerwowana…
– Nic nie rozumiesz! – wybuchnęła. – Myślisz, iż jak zaproponowałaś kasę, to mam cię pokochać? Nie licz na to!
– Nie oczekuję, żebyś mnie kochała. Chcę tylko, żebyśmy przestali się kłócić.
– Nie chcesz się kłócić? To wyprowadź się. To nasz dom, mój i taty. A ty tu jesteś niepotrzebna.
Słowa zabolały Elżbietę. Próbowała zachować spokój.
– Kinga, twój tata mnie kocha. Ja też go kocham. Jesteśmy rodziną.
– Nie! – krzyknęła dziewczyna. – My z tatą jesteśmy rodziną! A ty tu tylko mieszkasz! Myślisz, iż nie wiem, iż wyszłaś za niego przez mieszkanie?
Elżbieta zbladła.
– Kto ci tak powiedział?
– Babcia. Mama mamy. Mówi, iż jesteś łowczynią cudzego majątku. Że celowo się do taty przypchałaś, jak się dowiedziałaś, iż jest wdowcem z kawalerką.
– To nieprawda…
– Prawda! – Kinga podeszła bliżej, oczy błyszczały ze złości. – Miałaś czterdzieści lat, mieszkałaś w komunalnym, a tu taki prezent – facet z trzypokojowym! No jasne, iż się z nim ożeniłaś!
Każde słowo było jak policzek. Elżbieta czuła, jak płoną jej policzki.
– Kocham twojego tatę…
– No tak, jasne. Kochasz jego mieszkanie i wypłatę. A jego samego tylko tolerujesz.
– Dość! – nie wytrzymała Elżbieta. – Nie masz prawa tak mówić!
– Mam! To mój dom! A ty tu jesteś nikim!
Kinga zatrzasnęła drzwi przed noskiem macochy. Muzyka zagrała jeszcze głośniej.
Elżbieta stała na korytarzu, drżąc z gniewu i przykrości. Słowa Kingy trafiły w czuły punkt. Tak, rzeczywiście poznała Marka, gdy miała czterdzieści lat. Tak, mieszkała w komunalnym i marzyła o własnym lokum. Ale wyszła za niego z miłości, nie dla korzyści.
Marek znalazł ją w łazience, gdzie próbowała się uspokoić.
– Co się stało? Kinga wrzeszczy jak opętana.
– Powiedziała, iż wyszłam za ciebie przez mieszkanie.
Marek zmarszczył brwi.
– Skąd ona to wzięła?
– Od twojej byłej teściowej. Okazuje się, iż Nina ją tym karmi.
– Rozumiem – zaciśniętą pięścią uderzył w ścianę. – Nina zawsze mnie nie lubiła. A po naszym ślubie w ogóle stała się złośliwa.
– Marku, może naprawdę powinnam wyjechać? – spytała cicho Elżbieta. – Widzisz, jak Kinga cierpi. Nie chcElżbieta odetchnęła głęboko, spojrzała w oczy Marka i wyszeptała: „Spróbuję jeszcze raz, ale tylko jeżeli Ty też dasz z siebie wszystko”.