Teściowa zaproponowała, żebyśmy przeprowadzili się do jej mieszkania – miała w tym ukryty cel — Bardzo dziękujemy za propozycję, to bardzo hojnie z waszej strony. Ale musimy odmówić. Twarz teściowej wyraźnie spoważniała. — Dlaczego? Za dumni jesteście? — Nie, nie o to chodzi. Mamy już uporządkowane życie. Zmieniać dzieciom szkołę w środku roku to duży stres. Przyzwyczailiśmy się, mamy świeżo po remoncie, wszystko nowe. A u Pani… — Krystyna zrobiła pauzę, szukając słów, ale wybrała szczerość. — U Pani są wspomnienia i cenne rzeczy. Dzieci są jeszcze małe – coś mogą zepsuć, ubrudzić. Po co nam te nerwy? Kiedy Krystyna wróciła z pracy do domu, mąż czekał już na nią w przedpokoju, wyraźnie zamyślony. Zdjęła buty, przeszła bez słowa do sypialni, przebrała się i skierowała do kuchni. Mąż podążył za nią milcząc. Krystyna nie wytrzymała: — Znowu chcesz o tym rozmawiać? Przecież już mówiłam: nie! Denis westchnął. — Mama znowu dziś dzwoniła. Mówi, iż ciśnienie jej skacze. Tam ciężko jej samej; dziadkowie już bardzo schorowani, kapryszą jak dzieci. Sama nie daje rady. — I co z tego? — Krystyna próbowała ugasić narastającą irytację, pijąc zimną wodę. — Sama zdecydowała się zamieszkać na działce. Wynajmuje mieszkanie, dostaje za to pieniądze, oddycha świeżym powietrzem. Było jej tam dobrze. — Było dobrze, dopóki starczyło sił. Teraz narzeka, iż jej nudno i trudno. W każdym razie… — Denis nabrał powietrza. — Zaproponowała, żebyśmy się przeprowadzili do jej trzypokojowego mieszkania. Krystyna spojrzała na męża i gwałtownie odpowiedziała: — Nie. — Dlaczego od razu „nie”? choćby nie dosłuchałaś! — oburzył się Denis. — Popatrz: dzielnica rewelacja. Do twojego biura 15 minut, do mojego 20. Szkoła językowa po drugiej stronie ulicy, przedszkole pod blokiem. Koniec z codziennymi korkami! A nasze mieszkanie wynajmiemy, kredyt sam się spłaci. Jeszcze nam zostanie. — Denis, słyszysz siebie? — Krystyna podeszła bardzo blisko. — Mieszkamy tutaj już dwa i pół roku. Sama wybierałam tu miejsce na każdą lampkę! Dzieci mają przyjaciół w sąsiednim bloku. Nareszcie jesteśmy u siebie. Naprawdę u siebie! — A jaka to różnica, gdzie mieszkasz, skoro i tak do domu tylko na sen wracasz? Każdego dnia dwa godziny w korkach spędzamy! — odparował. — Tam jest piękna kamienica, trzy metry wysokości, ściany grube, sąsiadów nie słychać. — I remont, którego nie dotykano od kiedy chodziłam do podstawówki — wypaliła Krystyna. — Zapomniałeś, jak tam śmierdzi? I najważniejsze — to nie nasz dom. To mieszkanie Anny Leonidówny. — Mama obiecała, iż nie będzie się wtrącać. Zostaje na działce, tylko chce mieć świadomość, iż ktoś czuwa nad jej mieszkaniem. Krystyna uśmiechnęła się z przekąsem. — Denis, masz pamięć jak złota rybka? Przypomnij sobie, jak kupowaliśmy to mieszkanie. Mąż spuścił wzrok. Oczywiście pamiętał. Siedem lat tułali się po wynajmowanych kawalerkach, oszczędzali każdy grosz. Gdy uzbierali na wkład własny, Denis zwrócił się do mamy. Plan był prosty: zamienić jej ogromną trzypokojową w centrum na dobrą dwójkę dla niej i coś sensownego dla nich. Anna Leonidówna kiwała wtedy głową, uśmiechała się, mówiła: „Oczywiście, dzieci, musicie się powiększać”. Już wybrali oferty. Już marzyli. A potem, w dniu kiedy mieli jechać do pośrednika, zadzwoniła. — Pamiętasz, co powiedziała? — dopytywała Krystyna. — „Przemyślałam… Moja dzielnica taka prestiżowa, sąsiedzi kulturalni. Jak ja mam iść do tej waszej nowej zabudowy? Nie chcę”. Więc poszliśmy do banku, wzięliśmy kredyt na szalonym oprocentowaniu i kupiliśmy to mieszkanie, pięć kilometrów od centrum. Sami. Bez tych „prestiżowych metrów”. — No wtedy się przestraszyła zmian, wiek swoje robi — mruknął Denis. — Teraz już mówi inaczej. Jest samotna. Chce mieć wnuki blisko. — Wnuki blisko? Widuje je raz w miesiącu, kiedy przywozimy zakupy. I po pół godzinie narzeka, iż od hałasu dostaje migreny. Do kuchni wbiegł sześcioletni Artur, za nim czteroletnia Liza. — Mamo, tato, jesteśmy głodni! — krzyknął Artur. — A Liza zepsuła mój samolot! Składałem go trzy godziny, a ona zniszczyła… — Nieprawda! — pisnęła Liza. — Sam spadł! Krystyna westchnęła. — Dobra, ręce myć, za chwilę kolacja. Tato, ugotowałeś makaron? — Ugotowałem — burknął Denis. — I parówki. Kiedy dzieci hałasowały przy stole, a Krystyna nakładała jedzenie, rozmowa ucichła. Wrócili do niej dopiero nocą, gdy szli spać. *** W sobotę musieli jechać na działkę — Anna Leonidówna zadzwoniła z rana słabym głosem, iż dziadziusiowi skończyły się leki, a jej „serce ściska”. Podróż trwała półtorej godziny. Anna Leonidówna czekała na nich w drzwiach. W wieku sześćdziesięciu trzech lat wyglądała świetnie: fryzura, manicure, elegancka apaszka na szyi. — O, dojechaliście — podała policzek do pocałunku. — Krystynko, przytyłaś ostatnio? Czy to taka bluzka? — Dzień dobry, Anno Leonidowno. Bluzka jest luźna — przełknęła aluzję Krystyna. Weszli do domu. W salonie siedzieli rodzice teściowej — bardzo już wiekowi, przysypiający przed telewizorem. Krystyna przywitała się, ale tylko skinęli głowami, nie odrywając wzroku od ekranu. — Herbaty? — zapytała Anna Leonidówna, wchodząc do kuchni. — Mam ciasto, ale trochę czerstwe… Do sklepu nie chodzę, bo nogi bolą. — Przywieźliśmy tort — postawił pudełko na stole Denis. — Mamo, pogadajmy. Wspominałaś o mieszkaniu… Anna Leonidówna ożywiła się natychmiast. — Tak, Denisku, tak. Skończyły mi się siły. Tu oczywiście powietrze, przyroda, opieka nad rodzicami najważniejsza. Ale zimą? Straszna nuda. A tam mieszkanie stoi, obcy ludzie wszystko niszczą. Serce mi pęka! — Mamo, lokatorzy są porządni, rodzina z dzieckiem — wtrącił Denis. — Porządni! — prychnęła teściowa. — Ostatnio byłam sprawdzić — zasłona na oknie krzywo wisi. I jakiś zapach… nie mój. Więc tak sobie myślę: czemu się tam męczycie na obrzeżach? Zamieszkajcie u mnie. Dla wszystkich wystarczy miejsca. Krystyna spojrzała na męża. — Anno Leonidowno, a gdzie pani zamierza mieszkać? — zapytała wprost. Teściowa uniosła brwi. — Jak to gdzie? Oczywiście tu, przy rodzicach. No, czasem zajrzę, badania zrobić w przychodni. W mojej przychodni wszyscy lekarze mnie znają. — Czasem, czyli jak często? — dopytała Krystyna. — Może dwa razy w tygodniu. Albo na tydzień, jak pogoda brzydka. Przecież mam tam swój pokój, sypialnię. Nie przenoście tam dzieci, niech będą w dużym pokoju, a moja sypialnia niech stoi. Tak na wszelki wypadek. Krystyna się zdenerwowała. — Czyli proponuje nam pani przeprowadzkę do trzypokojowego mieszkania, ale jeden pokój zawsze dla pani? Mamy z dwójką dzieci mieszkać na dwóch pokojach? — Nie zamykać! — zdziwiła się Anna Leonidówna. — Korzystajcie. Tylko rzeczy moich nie ruszajcie. I tej witryny. Tam jest kryształ. I książki. Denis, pamiętasz? Biblioteki nie ruszać! Denis wiercił się na krześle. — Mamo, jak się przeprowadzimy, musimy coś urządzić. Pokój dla dzieci, łóżka… — Po co łóżka? Tam jest świetna rozkładana sofa. Jeszcze wasz tata kupił. Po co wydawać pieniądze? Krystyna wstała. — Denis, wyjdziemy na chwilę? Wyszła na ganek, nie czekając na reakcję męża. Denis wybiegł za chwilę, nerwowo zerkając na drzwi. — Słyszałeś? — syknęła Krystyna. — „Sofy nie ruszać”, „pokój mój”, „przyjeżdżać będę na tydzień”. Wiesz, co to znaczy? — Krysia, ona boi się zmian… — Nie, Denis! Chodzi tylko o to, żebyśmy bezpłatnie pilnowali jej mieszkania! choćby mebli nie możemy przestawić! Będzie przyjeżdżała kiedy chce i instruowała mnie, jak wieszać zasłony i gotować zupę! — Ale do pracy byłoby bliżej… — spróbował. — Mam w nosie dojazdy! Wolę te dwie godziny w korku, niż nie czuć się na swoim. Denis milczał, patrząc w buty. Rozumiał. Po prostu pokusa łatwego rozwiązania zamgliła rozsądek. — I jeszcze coś — Krystyna skrzyżowała ręce na piersi. — Pamiętaj historię z zamianą mieszkań. Wtedy nas zostawiła, bo ważniejszy był prestiż. A teraz jest jej nudno. Potrzebuje rozrywki — żebyśmy byli tuż pod ręką do upominania. W tym momencie drzwi się otworzyły, na progu stanęła Anna Leonidówna. — Co tam sobie szeptacie? Krystyna odwróciła się. — Nie będziemy robić kłopotu. Nie przeprowadzimy się. — Co za bzdury — prychnęła teściowa. — Denis, czemu milczysz? Żona decyduje, a ty przytakujesz? Denis podniósł głowę. — Mamo, Krystyna ma rację — powiedział stanowczo. — Nie przeprowadzimy się. Mamy własny dom. Anna Leonidówna zacisnęła usta. Zrozumiała, iż przegrała, ale nie zamierzała się przyznać. — No i dobrze, chciałam tylko pomóc. Męczcie się dalej w korkach. Tylko potem nie narzekajcie. — Nie będziemy — obiecał Denis. — Jedziemy, mamo. Potrzebujesz czegoś jeszcze z leków? — Niczego od was nie chcę — rzuciła demonstracyjnie i wróciła do domu, trzaskając drzwiami. Wracali w milczeniu. Korki za miastem się rozładowały, ale nawigacja wskazywała czerwone światło przed ich osiedlem. — Złościsz się? — zapytała Krystyna na światłach. Denis pokręcił głową. — Nie. Wyobraziłem sobie Artura skaczącego po tej „sofie taty” i zawał mamy. Masz rację. To był zły pomysł. — Nie jestem przeciwna pomocy, Denis — powiedziała łagodnie, kładąc rękę na jego kolanie. — Zawsze pomożemy — przywieziemy zakupy, lekarstwa. Jak będzie bardzo źle, wynajmiemy opiekunkę. Ale mieszkać musimy osobno. Dystans to podstawa dobrych relacji. — Szczególnie z własną mamą — zażartował. *** Anna Leonidówna oczywiście poczuła żal do syna i synowej. Okazało się, iż już wcześniej wyrzuciła lokatorów z mieszkania, bo była pewna, iż syn z rodziną się wprowadzi. Przez miesiąc dręczyła Denisa telefonami. Denis wytrzymał. Okazuje się, iż wcale nie tak trudno powiedzieć „nie”, kiedy trzeba.

twojacena.pl 1 godzina temu

Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć historię, bo nie mogę już o tym myśleć całe święta głowę mi to zajmowało! Wyobraź sobie, iż teściowa zaproponowała nam przeprowadzkę do jej mieszkania, ale wiesz… miała w tym swój cel.

Mówię jej: Pani Zofio, naprawdę bardzo dziękujemy za propozycję, to jest naprawdę miłe i hojnie z Pani strony, ale my jednak odmówimy. Teściowej aż szczęka opadła. A to czemu, co? Za dumni jesteście? A ja jej spokojnie: Nie chodzi o dumę, tylko o to, iż już mamy swoje życie poukładane. Dzieci w połowie roku zmieniać szkołę? To dla nich stres. Zresztą, przyzwyczailiśmy się świeży remont, wszystko po naszemu. No i jeszcze dodaję: A u Pani przecież mnóstwo pamiątek i wartościowych rzeczy dzieci jak coś stłuką albo zabrudzą, to tylko będą nerwy.

Wracam tego dnia z pracy Rafał, mój mąż, w przedpokoju krąży i ewidentnie na mnie czeka. Rozbieram się, idę się przebrać, potem do kuchni. On oczywiście za mną jak cień. I nie wytrzymałam: Znowu zaczniesz? Już Ci mówiłam nie!. Rafał westchnął tylko ciężko: Mama znów dziś dzwoniła. Mówi, iż ciśnienie jej skacze, sama tam nie daje rady, dziadek z babcią coraz gorzej, marudzą jak dzieci. Ona już nie ogarnia. Ja mu na to: No i? Sama wybrała życie na działce. Wynajmuje mieszkanie, kasę dostaje, świeże powietrze, podobało się jej tam. Podobało się, póki miała siły, a teraz marudzi, iż sama, iż nudno i ciężko. I wiesz… Zaoferowała, żebyśmy się do niej przenieśli. Do tej jej trójki w centrum.

Spojrzałam na Rafała i mówię ostro: Nie. Ale czemu od razu nie? Przecież choćby nie posłuchałaś do końca! Patrz: dzielnica bajka. Do twojego biura kwadrans tramwajem, do mojego dwadzieścia minut. Szkoła językowa przez ulicę, przedszkole pod blokiem. Żadnych korków! A nasze obecne mieszkanie wynajmiemy, rata kredytu sama się spłaci, jeszcze coś zostanie. Rafał, ty siebie słyszysz? Dwa i pół roku mieszkamy tutaj. Każde gniazdko sama planowałam! Dzieci mają kolegów w bloku obok. To nasz dom. Nasz! Rafał: Ale co za różnica, gdzie mieszkamy, jak i tak wracasz tylko na noc? Dwie godziny stoję w korkach! Tam kamienica, trzy metry wysokości, ściany grube, sąsiadów nie słychać. I remont sprzed mojego liceum nie pamiętasz, jak tam śmierdzi? Poza tym to nie nasz dom. To dom Zofii Zdzisławowej.

Mama mówi, iż się nie będzie wtrącać. Zostaje na działce, tylko by wiedziała, iż mieszkanie pod opieką. Parsknęłam gorzko. Rafał, masz pamięć jak złota rybka? Pamiętasz, jak kupowaliśmy to mieszkanie? Przez siedem lat tłukliśmy się po wynajmowanych kawalerkach, każdą złotówę odkładaliśmy. A jak już uzbieraliśmy na wkład, to twój genialny plan zamienić jej dużą trójkę na centrum na fajną dwójkę dla niej i coś dla nas. A Zofia wtedy kiwała głową, uśmiechała się, mówiła: «No oczywiście, kochani, przecież musicie się powiększać». Już mieliśmy wybrane opcje, już marzyliśmy. A później, w dzień wizyty u pośrednika, ona dzwoni i mówi: «Mój rejon taki prestiżowy, sąsiedzi z klasą, jak ja się przeprowadzę do tych waszych nowobogackich na obrzeżach? Nie chcę, nie pojadę». Więc poszliśmy do banku, wzięliśmy kredyt na strasznych procentach i kupiliśmy to, co mamy, kilka kilometrów od centrum. Sami. Bez jej prestiżowych metrów.

No pomyliła się, bała się zmian, wiek Teraz mówi, iż samotno jej, chce wnuki widywać. Wnuki widuje raz w miesiącu, jak przyjeżdżamy z zakupami. Po pół godziny już jęczy, iż łeb ją boli od hałasu….

W tym momencie do kuchni wpada sześcioletni Staś, za nim czteroletnia Marysia. Mamo, tato, głodni jesteśmy! Staś krzyczy. A Marysia rozwaliła mój samolot! Składałem go trzy godziny, a ona zniszczyła…. To nieprawda! piszczy Marysia Sam spadł!. Westchnęłam: Ręce myć, zaraz kolacja. Tato ugotował makaron? Ugotowałem, i parówki, mruknął Rafał. Dzieci hałasowały, a my już nie gadaliśmy o temacie. Do sprawy wróciliśmy dopiero, jak dzieci spały.

***

W sobotę musieliśmy pojechać na działkę Zofia dzwoniła już rano słabym głosem, iż dziadek bez leków, a jej serce uciska. Jechaliśmy prawie półtorej godziny. Zofia czekała już na schodach. Wygląda, powiem Ci, świetnie jak na swoje sześćdziesiąt trzy fryzurka, paznokcie, jedwabna chustka zawiązana pod szyją.

No, wreszcie dotarliście! podsuwa policzek do buziaka. Krysiu, przytyłaś ostatnio czy ta bluzka taka luzna? Ja już przyzwyczajona: Dzień dobry, pani Zofio, po prostu bluzka oversize.

Wchodzimy do domu w salonie siedzą jej staruszkowie, przysypiają przed telewizorem. Mówię dzień dobry, ale tylko kiwają, choćby wzroku nie odrywają.

Herbaty napijecie się? woła Zofia z kuchni Mam trochę ciasteczek, ale już twarde… Do sklepu nie chodzę, bo nogi bolą. My przywieźliśmy tort mówi Rafał, stawiając pudełko. Mamo, pogadajmy Ty o mieszkaniu zaczynałaś.

Zofia od razu ożywa: Tak, Rafałku, już nie mam sił. Tu owszem, świeże powietrze i rodzice potrzebują pomocy, ale zimą? Nuda jak nie wiem co! A tam, mieszkanie stoi, jacyś obcy ludzie, wszystko zniszczą, serce mi pęka!. Ale tam najemcy porządni, rodzina, mówi Rafał. Porządni! prychnęła teściowa Ostatnim razem weszłam zasłona powieszona krzywo. I taki zapach… nie mój. Po co się męczycie na tych peryferiach? Przeprowadźcie się do mnie. Dla wszystkich wystarczy miejsca.

Spojrzałam na Rafała: A Pani gdzie będzie mieszkać? Zofia zdziwiona: Jak to gdzie? Na działce z rodzicami oczywiście. No, chyba, iż przyjadę czasem załatwić badania w przychodni tam wszystkich lekarzy znam. Czasem wpadnę na kilka dni, jak pogoda brzydka. W końcu mam swój pokój. Nie dawajcie tam dzieci. Niech dzieci śpią w dużym pokoju, a moja sypialnia niech zostanie, bo nigdy nic nie wiadomo.

Zadusiłam w sobie irytację: Czyli proponuje Pani, żebyśmy zamieszkali w trójce, ale jednego pokoju nie ruszać, bo Pani zostawia swoje rzeczy? A po co ruszać? dziwi się Zofia Używajcie, tylko nie przestawiajcie rzeczy i nie ruszajcie barku tam mam kryształy. No i książki, Rafałku, pamiętaj biblioteki nie dotykać!.

Rafał już się wierci: Mamo, jak się tam przeniesiemy, musimy zrobić dzieciom pokój, łóżka… Jakie łóżka? Tam jest świetna rozkładana kanapa! Twój tata ją kupił, nowa prawie. Szkoda kasy na głupoty!.

Wyszłam na ganek, nie czekając, aż Rafał się ogarnie. Przez chwilę łaził za mną, spojrzał na drzwi przeszklone. Słyszałeś? sykłam Kanapy nie ruszać, pokój nie ruszać, Pani będzie wpadać kiedy chce na tydzień. Rozumiesz, co to znaczy?. Krysiu, ona po prostu boi się zmian. Nie, Rafał. To my mamy za darmo pilnować jej mieszkania! choćby szafy nie przestawimy. Wpadnie kiedy chce, będzie mi mówić, jak gotować rosół i wieszać firanki!. Ale bliżej do roboty próbuje jeszcze bronić. Mam gdzieś korki! Wolę wracać dwie godziny, byle mieć swoje miejsce, gdzie ja rządzę.

Nic nie powiedział, tylko patrzył mi na buty. Wiedział, iż mam rację. Łatwo się ulega pokusie prostszego rozwiązania…

I jeszcze jedno pamiętaj jak nas wtedy zostawiła. Dla niej ważniejszy był prestiż niż my. Teraz po prostu jest jej nudno, a my mielibyśmy być pod ręką do marudzenia.

W tym momencie w drzwiach staje Zofia: Co tam szepczecie?. Odwracam się: Nie będziemy Pani przeszkadzać, nie wprowadzamy się. Głupota! prychnięcie Rafał, ty nic nie mówisz? Żona decyduje, a ty tylko potakujesz?. Rafał podnosi głowę: Mamo, Krysia ma rację. Nie przeprowadzimy się. Mamy własny dom. Zofia zaciska usta, widzę, iż przegryzła, ale nie przyzna się do porażki. No i głupi jesteście. Ja chciałam dobrze. Pomóc. Ale proszę bardzo, męczcie się dalej w tych swoich korkach! Tylko potem nie płaczcie.

Rafał spokojnie: Nie będziemy, mamo. Musimy iść. Potrzebujesz jeszcze jakichś leków?. Nie trzeba mi nic od was!, odwróciła się na pięcie, trzasnęła drzwiami.

W drodze powrotnej cisza. Korki się trochę rozładowały, ale w naszym rejonie czerwone plamy na nawigacji. Zła jesteś? pyta Rafał przy czerwonym świetle. Potrząsam głową: Nie. Właśnie wyobraziłam sobie, jak Staś skacze po tej tacie kanapie, Zofia dostaje zawału. Miałam rację. Zły pomysł. Nie mam nic przeciwko pomaganiu!, mówię spokojniej, kładąc mu rękę na kolanie. Jak trzeba przywieziemy zakupy, leki. Jak będzie źle, znajdziemy opiekunkę. Ale mieszkać będziemy osobno. Dystans to podstawa dobrych relacji.

Zwłaszcza z moją mamą, śmieje się pod nosem Rafał.

***
Oczywiście Zofia się na nas obraziła, to logiczne. Okazało się nawet, iż już eksmitowała najemców, bo była przekonana, iż my się wprowadzamy. Cały miesiąc wydzwaniała do Rafała z pretensjami, ale nie dał się sprowokować. Okazało się całkiem nieźle umie powiedzieć nie, jak sytuacja tego wymaga.

Idź do oryginalnego materiału