Teściowa postanowiła przearanżować moją kuchnię po swojemu, kiedy mnie nie było w pracy.
Michał, błagam, pilnuj, żeby nie wtrącała się w kuchnię. Pamiętasz, ile kosztował ten remont i jak kręciło mi się w głowie od samej koncepcji fasad, stała Grażyna w przedpokoju, nerwowo szarpając pasek torby.
Mąż, popijając poranną kawę, machnął ręką.
Graż, po co się tak martwisz? Mama przyjechała tylko na tydzień, bo wymienia jej rury. Czyżby była naszą wrogiem? Zrobi nam barszcz, wtedy nie będziesz musiała stać przy kuchni wieczorem.
Barszcz to świetnie, ale proszę, nie pozwól jej ulepszać tego miejsca. Pamiętasz, jak w naszym starym mieszkaniu uznała, iż białe tapety to nuda i przykleiła listwę z żabkami w korytarzu? Potem tydzień miała zamiatać klej.
Nie wspominaj tamtych dni. Mama po prostu chciała przytulności. No, biegnij, spóźnisz się. Dziś pracuję z domu, wszystko pod kontrolą.
Grażyna westchnęła ciężko, pocałowała męża w policzek i wyszła. Serce biło jak szalone. Jej kuchnia była świątynią, dumą i źródłem mocy. Przez trzy miesiące z projektantem wybierali odcień frontów głęboki, matowy grafit. Blat z naturalnego kamienia, minimalna liczba detali, ukryte okuć. Bez zbędnych słoików, magnesów na lodówce i krzykliwych ręczników. Styl minimalizm zapłacił wysoką ceną, a każdy zadrapany fragment wydawał się osobistą raną.
Walentyna Kowalska, teściowa Grażyny, głośna, energiczna i nieugięta w kwestii piękna, przyjechała wczoraj wieczorem. Od razu rozejrzała mieszkanie krytycznym okiem i stwierdziła, iż młodzi mają jak w szpitalu czysto, ale nie ma co oglądać. Grażyna zamilkła, przypisując to zmęczeniu po podróży.
Dzień w pracy ciągnął się w nieskończoność. Grażyna co chwilę chciała zadzwonić do męża, ale powstrzymywała się: Michał jest dorosłym mężczyzną, obiecał pilnować. Poza tym miała istotny raport, a rozpraszanie się domowymi paranoiami byłoby nieprofesjonalne.
W przerwie nie wytrzymała i zadzwoniła.
Jak tam? Jak mama?
W porządku, odpowiedział Michał, trochę zbyt radośnie, z nutą napięcia. Mama powoli się włącza w domowy rytuał. Upiekła pierogi, zapach w całym bloku!
Pierogi? Grażyna napinała się. Michał, włączyła piekarnik? Zajęła się panelem dotykowym? Tam przecież jest blokada.
Załatwiła, załatwiła, jest bardzo sprytna. Graż, na Zoomie zaczynamy spotkanie, pogadajmy wieczorem, ok? Całuję!
Rozłączył się zbyt szybko. Grażyna spojrzała na telefon nieufnie. Powoli się włącza to mogło oznaczać wszystko, od mycia naczyń po przemeblowanie.
Resztę dnia spędziła na igłach. Bała się wyobrażać sobie tłuste plamy na matowym grafitowym frontzie, odpryski kamienia, stopione plastikowe płyty. Realność, która czekała ją w domu, przewyższyła najgorsze koszmary.
Już przy wyjściu z windy poczuła zapach smażonej cebuli, drożdżowego ciasta i, jakoś, chloru, który przywierał jak ściana. Otworzyła drzwi kluczem.
Jestem w domu! krzyknęła, zrzucając buty.
W odpowiedzi cisza. Z kuchni dochodził jedynie wesoły śpiew Valentina i dźwięk naczyń. Przeszła korytarzem, a drzwi kuchni stały otwarte szeroko. Weszła i wystrzeliła, wypuszczając torbę z rąk.
Jej kuchnia jej surowy, stylowy, grafitowy raj po prostu zniknął.
Pierwsze, co przyciągnęło wzrok, był kolor. Mnóstwo barw, krzykliwych, bezlitosnych.
Idealnie czysty, pusty kamienny blat był przyozdobiony jasnopomarańczową tapetą z gigantycznymi słonecznikami. Krawędzie faluły nierównymi falami, zakrywając górne szuflady dolnego rzędu.
O, Grażynka! zawołała teściowa w kolorowym fartuchu, którego Grażyna nigdy nie widziała, odwracając się od kuchenki, twarz rozświetlona rumieńcem. A my tu już podjadamy! Zaraz podam, bo jestem wyczerpana po pracy.
Grażyna nie mogła wymówić słowa. Jej wzrok błądził po pomieszczeniu, rejestrując skalę katastrofy.
Na surowych szarych frontach, tych samych, które nie wolno było szorować, pojawiły się winylowe naklejki. Motyle. Różowe, niebieskie, sałatkowe, wielkości dłoni, porozrzucane po drzwiczkach.
Valentina wyszeptała Grażyna, czując, iż jej lewy oczu drży. Co to?
Co? teściowa podążyła wzrokiem i szeroko się uśmiechnęła. Ach, te motyle? Kupiłam w przejściu, kiedy kupowałam mleko. Powiedź, od razu stało się żywiej! Tutaj nie ma szarości i smutku, jak w cmentarzu. Teraz lato, radość! I Michałowi się podoba, co?
W progu pojawił się Michał, spojrzenie winne i rozbawione. Starał się unikać patrzenia na swoje skarpetki.
Mamo, mówiłem, iż Grażyna nie doceni mruknął cicho.
Co tu oceniać! wykrzyknęła teściowa. Trzeba się cieszyć! Dodałam przytulności. Droga kuchnia, a duszy brak. Pusto, zimno.
Grażyna podeszła do okna. Jej ulubione rzymskie zasłony koloru mokry asfalt zniknęły. Zamiast nich na karniszu wisiał biały tiul z bujnymi falbankami i haftem w kształcie złotych łabędzi.
A zasłony szepnęła Grażyna. Gdzie moje zasłony?
Twoje zasłony w praniu, odrzuciła Valentina, przewracając na patelni chrupiącego placka. Były trochę zakurzone, szare. Włożyłam własne, miałam je w walizce, na wszelki wypadek. A patrz, jak jasno i elegancko! Jak w pałacu!
Grażyna podniosła krawędź słonecznej tapety i zobaczyła pod nią lepką plamę.
Po co ta tapeta? To kamień, nie powinno się go zakrywać
Bo kamień jest zimny, łokcie się marzną! przerwała teściowa. A ja bałam się, iż ciasto się zabrudzi. Przetrzeć tapetę szmatką, ładnie. Tanie w Pepco, a wygląda inaczej.
Grażyna czuła, jak w jej wnętrzu wybucha wulkan. Spojrzała na lodówkę. Dwu-metrowy stalowy gigant, którego zabraniało jej dotykać choćby gości, teraz wyglądał jak tablica ogłoszeń, pokryty magnesami w kształcie świnek, kotów i miast Złotego Pierścienia.
Skąd te wskazała drżącym palcem.
To moje! Przyniosłam z domu, oświadczyła Valentina dumnie. Myślałam, iż się kurzą. A tu lodówka duża, miejsce wiele. Ten magnes z Anapy, kiedy Michał miał pięć lat, podróżowaliśmy tam razem. Wspomnienie!
Grażyna zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Musi się uspokoić, nie mówić za dużo. To teściowa, chciała pomóc.
Michał, zimnym tonem rzekła. Czy mogę cię na chwilę w sypialnię?
Michał skręcił się w ramionach i poszedł za żoną. Valentina krzyknęła:
Nie szepcicie, bo się ocieplane! Siadacie jeść, póki gorące!
W sypialni Grażyna zamknęła drzwi i opręła się o nie plecami.
Obiecałeś. Pilnować.
Graż, pracowałem! zaczął się bronić Michał, nerwowo gestykulując. Miałem rozmowę z klientem w słuchawkach. Wyszedłem po wodę, a już tam były motyle. Mówiłem: Mamo, Graż się rozzłości. A ona: Nic, spodoba się, robię niespodziankę. Nie mogłem odrywać naklejek przy niej, ona by się obraziła!
Obraziła? warknęła Graż, próbując nie krzyczeć. Michał, zamieniła kuchnię w targ wiejski! Rzęsy! Słoneczniki! Motyle! Czy rozumiesz, iż te naklejki zostawiają ślady? Czy wiesz, iż klej może zjeść softtouch?
Spróbujemy wytrzeć, Graż, co
Co wytrzeć? Widziałeś, co zrobiła z uchwytami?
Nie, a co?
Ja też nie widziałam, ale boję się patrzeć. Idź i powiedz jej, żeby przywróciła wszystko tak, jak było. Natychmiast.
Nie mogę, załamał się Michał. To matka. Stara się. Wstała o piątej, żeby ciasto zrobić. Gdy powiem, iż to straszne, podbije ciśnienie. Wiesz, jaka jest wrażliwa. Dajmy jej tydzień. Wyjedzie, a my spokojnie posprzątamy.
Tydzień? oczy Graż rozszerzyły się. Nie wytrzymam tygodnia kawy wśród złotych łabędzi i plastikowych motyli! Oczy mi drgają!
Proszę, dla mnie. Obiecuję ci spa w hotelu, dwa. Nie rób sceny. Mama i tak martwi się remontem. Musi poczuć się potrzebna.
Graż spojrzała w męża. Jego oczy pełne były błagania i lęku przed konfliktem, więc gniew ustąpił, ustępując miejsca drzemie rozdrażnienia.
Dobrze, powiedziała. Nie wywołam zamieszania teraz. Zdejmę tapetę. Zasłony przywrócę wieczorem. Powiem, iż mam alergię na syntetyki.
Po powrocie do kuchni Valentina już rozłożyła stół. Na tapecie z słonecznikami leżały talerze z dymiącym barszczem, a w centrum górował stos pierogów.
Siadajcie, pracowici! rozkazała teściowa. Śmietany podać?
Graż usiadła, nie mając apetytu, ale zapach był naprawdę apetyczny. Chwyciła łyżkę, starając się nie patrzeć na naklejkę z uśmiechniętą gąsienicą przed nosem.
Valentina, dziękuję za kolację, zaczęła dyplomatycznie. Ale co do dekoracji Mam bardzo specyficzny gust. Lubię pustkę.
To nie gust, to depresja, kochana, oświadczyła teściowa, gryząc pieróg. Młoda kobieta musi żyć w pięknie. Kwiatki, falbanki to kobieca energia. A w twojej kuchni był jak w sali operacyjnej. Mężczyźnie w takim wnętrzu nie przyjemnie. Michału?
Michał zakrztusił się barszczem.
Mamo, dlaczego Lubię to. Stylowe.
Stylowe podśmieszyła Valentina. Styl to kiedy dusza śpiewa. Teraz śpiewa. A tak przy okazji, w łazience trochę porządków zrobiłam.
Łyżka wypadła z ręki Graż i uderzyła talerz, rozpryskując barszcz na żółte słoneczniki.
W łazience? zapytała głosem jak z trupa.
Tak. Twoje szampony w tych samych szklankach, nie wiesz, co gdzie jest. Oznaczyłam markerem. Położyłam puszyste, różowe dywaniki, żeby stopom było cieplej. Zmieniłam zasłonkę, bo twoja szklana przegroda to wstyd, wszystko widać. Zawiesiłam prawdziwą, z delfinami.
Graż wstała powoli od stołu.
Dziękuję, było smaczne, powiedziała, patrząc w ścianę. Pójdę się położyć. Boli mnie głowa.
Wyszła z kuchni, słysząc, jak teściowa głośno szepcze do Michała:
Widzisz? Mówiłam przepracowana dziewczyna. Nic jej nie cieszy, choćby piękno. Potrzebuje witamin.
Łazienka była gorsza niż kuchnia. Minimalistyczna, wykończona białym marmurem, teraz przypominała przedszkole. Na podłodze leżał jadowicie różowy pluszowy dywanik. Na drogich dozownikach mydła i szamponu, które Graż zamawiała z Japonii, czarnym trwałym markerem widniało: DO GŁOWY, DO CIAŁA, MYDŁO. Przezroczysta szklana przegroda została pokryta plastikową zasłonką z niebieskimi delfinami, mocowaną na drabince wbitej w drogi kafel.
Graż usiadła na krawędzi wanny, zasłaniając twarz dłońmi. Chciało się płakać, nie ze smutku, a z bezsilności. To nie był tylko zły gust. To było najśmielsze wtargnięcie w jej prywatną przestrzeń pod maską troski.
Po dziesięciu minutach usłyszała kroki. Drzwi lekko się uchW końcu, gdy nocna bryza przyniosła oddech wolności, Valentina zamknęła drzwi za sobą, a w kuchni rozbłysnął jedynie cichy, złocisty blask wspomnień, które pozostały jedynie w sercu Graży.














