Dziennik Anny Nowak
Siedzę dziś w kuchni na moim ulubionym krześle przy oknie, patrzę, jak mleko spokojnie gotuje się na kuchence. Już trzeci raz zapomniałam je zamieszać i za każdym razem reflektuję się za późno mleko kipi, zalewa płytę, a ja nerwowo wszystko wycieram ściereczką. W takich chwilach czuję wyraźnie, iż problem nie leży w mleku.
Po narodzinach drugiego wnuka wszystko w rodzinie jakby się rozjechało. Marta, moja córka, była coraz bledsza i cichsza, coraz rzadziej się śmiała. Michał, jej mąż, zaczął wracać późno do domu, jeść w milczeniu, czasem od razu zamykał się w pokoju. Widziałam to i myślałam: przecież kobiety nie powinno zostawiać samotnej z wszystkim.
Zaczęłam mówić. Najpierw delikatnie, potem coraz ostrzej. Na początku rozmawiałam z Martą, potem z Michałem. Aż zauważyłam coś dziwnego: po moich słowach w domu robiło się nie lżej, a ciężej. Córka coraz częściej broniła męża, Michał jeszcze bardziej się zamykał w sobie, a ja wracałam do mieszkania na Woli z poczuciem, iż znów coś schrzaniłam.
Tego dnia poszłam do księdza. Nie po radę, bo już nie miałam do kogo się zwrócić z tym kłującym uczuciem. Usiadłam w zakrystii i powiedziałam bez patrzenia na niego:
Chyba jestem beznadziejna. Cokolwiek zrobię, jest źle.
Ksiądz Adam przekładał jakieś papiery, odłożył długopis i spojrzał na mnie łagodnie.
Skąd ten pomysł, pani Aniu?
Wzruszyłam ramionami.
Chcę pomóc, a wychodzi tak, iż tylko denerwuję wszystkich.
Patrzył na mnie uważnie, ale bez wyższości.
Pani nie jest zła. Pani jest zmęczona i bardzo, bardzo zatroskana.
Westchnęłam. To brzmiało prawdziwie.
Bardzo boję się o Martę. Po porodzie zupełnie inna się stała… A Michał… machnęłam ręką jakby tego nie widział.
A widzi pani, co on robi? zapytał ksiądz.
Zamyśliłam się. Przypomniałam sobie, jak mył naczynia późnym wieczorem, kiedy myślał, iż nikt go nie widzi. Jak w niedzielę spacerował z wózkiem, choć aż się na nim spać chciało.
Robi… chyba powiedziałam niepewnie. Ale nie dość, nie tak, jak powinien!
A jak powinien? zapytał spokojnie.
Już miałam odpowiedzieć, ale nagle nie umiałam tego nazwać. W głowie tylko: więcej, częściej, bardziej serdecznie. Ale co dokładnie? Trudno powiedzieć.
Chcę tylko, żeby jej było lżej wyrwało mi się.
To właśnie powinna pani mówić. Ale nie jemu, tylko samej sobie powiedział cicho ksiądz Adam.
Popatrzyłam na niego pytająco.
Jak to?
Bo pani nie walczy o córkę, ale z jej mężem. Walka rodzi napięcie. I wszyscy są zmęczeni i pani, i oni.
Zamilkłam na długo. po chwili spytałam:
I co mam zrobić? Udawać, iż wszystko gra?
Nie uśmiechnął się. Robić to, co naprawdę pomaga. Nie słowami, ale czynem. Dla kogoś, nie przeciwko komuś.
Wracając tramwajem do domu, rozmyślałam o tych słowach. Przypomniało mi się, iż gdy Marta była mała, nie komentowałam, nie pouczałam, tylko siedziałam obok, gdy płakała. Dlaczego teraz jest inaczej?
Nazajutrz weszłam do nich bez zapowiedzi. Przyniosłam garnek rosołu. Marta zdziwiona, Michał lekko zażenowany.
Jestem tylko na chwilę, wyjaśniłam. Chcę trochę pomóc.
Posiedziałam z wnukami, kiedy córka poszła się przespać. Wyszłam cicho, nie mówiąc słowa o tym, jak im ciężko, ani jak powinni żyć.
Tydzień później przyszłam znów. Potem jeszcze raz.
Wciąż widziałam, iż Michał daleki jest od ideału. Ale zaczęłam zauważać coś innego: jak czułośnie bierze młodszego na ręce, jak wieczorem nakrywa Martę kocem, myśląc, iż nikt nie patrzy.
Któregoś dnia nie wytrzymałam i zapytałam go w kuchni:
Ciężko ci teraz?
Był zaskoczony, jakby nikt nigdy go o to nie spytał.
Bardzo odpowiedział po chwili. Po prostu bardzo.
I tyle. Ale między nami coś ulotniło się z powietrza, coś ostrego.
Zrozumiałam w końcu oczekiwałam od niego, żeby się zmienił. A powinnam była zacząć od siebie.
Przestałam narzekać na niego córce. Kiedy Marta się żaliła, nie mówiłam już: A nie mówiłam? Po prostu słuchałam. Czasem zabierałam dzieci na spacer, by mogła odpocząć. Czasem zadzwoniłam do Michała, pytając, jak mu minął dzień. To nie było łatwe. Dużo łatwiej jest się złościć.
Ale stopniowo w ich domu robiło się ciszej. Nie lepiej, nie idealnie, ale ciszej. Bez tego ciągłego napięcia.
Gdy pewnego popołudnia córka powiedziała: Mamo, dziękuję, iż jesteś z nami, a nie przeciwko nam długo nad tym myślałam.
Dotarło do mnie coś prostego pojednanie to nie jest przyznanie winy przez kogoś. To sytuacja, gdy ktoś pierwszy przestaje ciągle się bić.
Wciąż marzę, by Michał był bardziej uważny, to się nie zmieniło. Ale jeszcze mocniej chcę, żeby w tej rodzinie było spokojniej.
I zawsze, gdy wraca stary gniew, obraza, ochota, by powiedzieć coś cierpkiego, zadaję sobie pytanie: Czy chcę mieć rację, czy chcę, żeby im było łatwiej?
Prawie zawsze odpowiedź podpowiada mi, co robić dalej.










