Ten talerz stoi w kredensie w Bydgoszczy, drugi z lewej, zawsze tak samo odwrócony wzorem do drzwiczek. Nikt go nie używa. Marta Wojnicka wyciera go raz w tygodniu, w sobotę, kiedy robi porządki, i za każdym razem odstawia dokładnie na to samo miejsce.
To był talerz matki. Zofii.
Zofia zmarła jedenastego lutego, o szóstej rano, w szpitalu przy ulicy Ujejskiego, w sali na trzecim piętrze, gdzie za oknem widać było parking i czerwony dach warsztatu samochodowego. Marta trzymała ją wtedy za rękę – tę drugą, bo do lewej podłączona była kroplówka. Pielęgniarka, młoda dziewczyna z warkoczem, weszła cicho, spojrzała na monitor i powiedziała tylko: "Proszę pani, ja zaraz zawołam lekarza". Marta nie zapamiętała jej imienia. Zapamiętała za to zapach szpitalnej kawy z automatu, która stała nietknięta na parapecie od poprzedniego wieczora.
Minęło od tamtego dnia siedem miesięcy.
Na początku było łatwiej, niż się spodziewała – a przynajmniej tak jej się wydawało. Organizowała pogrzeb, dzwoniła do administracji cmentarza przy Wiślanej, wybierała kwiaty, płaciła za miejsce – trzy tysiące osiemset złotych na dwadzieścia lat. Cyfry dawały jej coś do roboty. Papiery dawały jej coś, co można było odhaczyć. Dopiero później, kiedy formalności się skończyły, zaczęła się pustka, której nic nie wypełniało.
Marta ma czterdzieści dwa lata. Pracuje jako kierowniczka zmiany w piekarni na Fordonie, wstaje o czwartej, żeby zdążyć na pierwszy piec. Ma męża, Piotra, i córkę, Zosię, jedenaście lat, imię po babci – to matka wybrała, jeszcze zanim dziewczynka się urodziła, powiedziała wtedy: "Jak będzie dziewczynka, to niech będzie Zosia, ja już nie doczekam swojej wnuczki noszącej moje imię, a chcę, żeby ktoś je niósł dalej".
Doczekała. Zdążyła jeszcze zobaczyć, jak Zosia idzie do pierwszej klasy.
Teraz, kiedy Marta wraca z pracy, mija kiosk na rogu, ten sam, w którym matka zawsze kupowała krzyżówki i landrynki miętowe w papierowej torebce. Sprzedawczyni, pani Krystyna, wciąż pyta czasem: "A jak tam mama, dawno jej nie widziałam". Marta odpowiada za każdym razem to samo: "Mama zmarła w lutym". I za każdym razem widzi, jak twarz pani Krystyny się zmienia, jakby ta wiadomość dotarła do niej po raz pierwszy.
Są dni spokojne. Tęsknota siedzi wtedy gdzieś z boku, nie przeszkadza, pozwala robić zakupy, gotować obiad, odbierać Zosię z zajęć baletowych przy alei Ossolińskich. A są dni inne. Jak ten czwartek, kiedy Marta stała w kolejce do kasy w Biedronce i usłyszała w radiu piosenkę – "Ballada o różach", którą matka nuciła przy zmywaniu naczyń, fałszując uparcie tę samą linijkę. Marta zostawiła koszyk przy kasie i wyszła. Kasjerka zawołała za nią, iż zapomniała bułek. Marta nie wróciła po nie.
W domu, w szufladzie komody, trzyma zeszyt matki. Zofia prowadziła go przez ostatnie dwa lata, zapisywała tam przepisy, numery telefonów, i czasem – krótkie zdania, które nie miały żadnego konkretnego adresata. Jedno z nich brzmi: "Jak mnie zabraknie, niech Marta nie boi się prosić o pomoc. Zawsze była zbyt dumna". Marta przeczytała to zdanie chyba ze sto razy. Za każdym razem inaczej je rozumie.
Rok wcześniej, kiedy diagnoza była już znana – rak trzustki, cztery miesiące, może pięć – Zofia zebrała rodzinę przy kuchennym stole w swoim mieszkaniu na Szwederowie. Powiedziała wtedy rzeczy, które brzmiały jak testament, choć formalnego testamentu nigdy nie spisała: mieszkanie ma zostać sprzedane, pieniądze podzielone równo między Martę i jej brata, Adama. Adam, starszy o pięć lat, mieszkał wtedy już w Poznaniu, przyjeżdżał rzadko, ostatni raz na Boże Narodzenie, dwa miesiące przed śmiercią matki.
Po pogrzebie Adam zniknął na trzy tygodnie. Nie odbierał telefonu. Kiedy się w końcu odezwał, powiedział, iż nie może teraz zajmować się mieszkaniem, iż ma kredyt, dziecko w prywatnej szkole, iż niech Marta się tym zajmie, przecież mieszka bliżej. Marta się zajęła. Umówiła rzeczoznawcę, znalazła kupca – małżeństwo z dziećmi, chcieli wprowadzić się na wiosnę. Cena: czterysta dwadzieścia tysięcy złotych.
I wtedy, dzień przed podpisaniem aktu u notariusza przy ulicy Gdańskiej, Adam zadzwonił i powiedział, iż zmienił zdanie. Że mieszkanie powinno zostać w rodzinie, iż może on się wprowadzi, iż przecież to dom rodzinny. Marta zapytała wprost: "Adam, ty tam byłeś cztery razy w ciągu ostatnich pięciu lat. Skąd nagle ten dom rodzinny?". Adam się rozłączył.
Przez kolejny miesiąc dzwonił do notariusza, blokował akt, twierdził, iż jako współwłaściciel ma prawo się nie zgodzić. Miał rację formalnie – mieszkanie było zapisane na oboje, po połowie, jeszcze za życia matki, z myślą, iż dzieci "same się dogadają". Kupujący, zniecierpliwieni, wycofali ofertę. Marta straciła zadatek, który już wcześniej oddała – dwanaście tysięcy złotych.
To był ten moment, kiedy tęsknota za matką zamieniła się w coś twardszego. Marta zrozumiała, iż nie może dalej czekać, aż brat "się dogada" – bo on nie miał zamiaru się dogadywać, tylko przeciągać sprawę, żeby czekać na wyższą ofertę i wziąć więcej dla siebie, obiecując przy tym Marcie, iż "jakoś to wyrówna później".
Wzięła teczkę z dokumentami – akt własności, wycenę mieszkania, korespondencję z notariuszem – i pojechała do kancelarii prawnej przy placu Wolności. Prawniczka, pani Bogucka, wysłuchała, przejrzała papiery i powiedziała jasno: skoro Adam blokuje sprzedaż całości, Marta ma prawo wystąpić o zniesienie współwłasności w sądzie. To potrwa, ale to jedyna droga, jeżeli brat nie chce współpracować.
Złożyła wniosek. Adam, gdy dostał wezwanie z sądu rejonowego, zadzwonił wściekły, krzyczał, iż siostra go "pozywa za mieszkanie po matce", iż to wstyd, iż matka by się tego wstydziła. Marta odpowiedziała spokojnie, trzymając w ręku zeszyt Zofii, otwarty na tamtej stronie: "Mama napisała, żebym się nie bała prosić o to, co moje. Nie proszę. Biorę".
Sprawa w sądzie trwała osiem miesięcy. W końcu zapadło postanowienie: mieszkanie do sprzedaży, środki po połowie, sądowo zatwierdzony pełnomocnik do przeprowadzenia transakcji, żeby Adam nie mógł już niczego blokować. Nowi kupcy znaleźli się gwałtownie – tym razem cena była choćby wyższa, czterysta czterdzieści tysięcy.
W dniu podpisania aktu u notariusza Adam przyszedł. Usiadł po drugiej stronie stołu, nie patrząc na siostrę. Kiedy notariusz odczytał warunki i podał dokumenty do podpisu, Adam wziął długopis, podpisał się szybko, jakby chciał mieć to jak najprędzej za sobą, i wyszedł bez słowa. Marta zostawiła swoją część pieniędzy na koncie oszczędnościowym – nie ruszyła ich od razu. Kupiła tylko jedną rzecz: nowy piec do domu, taki sam model, jaki matka miała u siebie w kuchni, bo Zosia poprosiła, żeby mogły razem piec ciasto "jak u babci".
Talerz z niebieskim brzegiem wciąż stoi w kredensie. W tę sobotę, wycierając go, Marta usłyszała, jak Zosia w drugim pokoju nuci coś, fałszując tę samą linijkę, której nigdy jej nie uczyła.












