Dziennik Oli
Wtorek
Rano wszystko zaczęło się jak zwykle czyli w pośpiechu, a choćby większym niż zazwyczaj. Przegapiliśmy budzik. Ja i Bartek biegaliśmy po mieszkaniu nerwowo, próbując równocześnie ogarnąć siebie do pracy i zebrać naszego synka, Witka, do przedszkola.
Kochanie! Odbierzesz dziś Witka? zawołałam z sypialni, wkładając spodnie i upychając rzeczy synka do jego plecaczka.
Jasne! odkrzyknął Bartek. Gdzie są moje klucze?
Nie widziałam! rzuciłam zirytowana, szukając po całym pokoju swojego telefonu. Kiedy w końcu go dorwałam, szybciutko ubrałam Witka, który oczywiście świetnie się bawił swoimi resorakami, nie przejmując się naszą gonitwą.
Do przedszkola dotarliśmy w pięć minut. Próbowałam rozebrać Witka, ale zamek w kurtce się zaciął. Wtem zauważyłam, iż Witek zaczyna płakać.
Mamo, nie chcę do przedszkola… marudził, marszcząc czoło i zaciskając piąstki.
Wituś, no nie zaczynaj, spóźnimy się! starałam się opanować głos, ale wyczuwałam, iż drży. Kucnęłam przed nim, pogłaskałam po głowie, próbując go uspokoić. Będzie fajnie, pobawisz się z kolegami…
Moje uspokajanie nie pomogło. On coraz bardziej płakał i stał w miejscu. Wtedy przyszła pani Agnieszka, wychowawczyni. Uśmiechnęła się do mnie łagodnie i wzięła Witka za rękę.
Pani Olu, bez obaw poradzimy sobie. Witek, chodź, dzieci już czekają.
Odetchnęłam z ulgą, ale zaraz poczułam nową falę stresu. Spojrzałam na zegarek.
O nie, znów się spóźnię… mamrotałam pod nosem, wychodząc. Chciałam zadzwonić do klientki, żeby uprzedzić o opóźnieniu. Szukam jej numeru ale nie mogę znaleźć w kontaktach! Zorientowałam się, iż to nie mój telefon. Pomyliliśmy się z Bartkiem przez identyczne etui i te same hasła. Cholerny komplet etui
Świetnie… mruknęłam, zła na całą sytuację.
Wtedy telefon zawibrował, wyskoczyła wiadomość. Zerkam, z przyzwyczajenia:
Damian: I jak, z tą laseczką z siłowni? Dostałeś od niej numer?
Zamarłam. Przeczytałam to kilka razy. Otworzyłam rozmowę i czytam dalej.
Damian: No to co, udało się wkraść w zaufanie?
Bartek: Tak, dała numer. Ustaliliśmy weekend. U mnie.
Widzi mi się w ten weekend? Przecież planowałam zawieźć Witka do mamy i zostać tam na noc…
Serce mi ścisnęło. Przełknęłam ślinę, ciężko było oddychać. Przeklęte identyczne telefony.
Przez resztę dnia udawałam, iż nic nie wiem. Każda wspólna chwila z Bartkiem była dla mnie testem. Do soboty jeszcze trzy dni, a ja nie mogłam wyrzucić tej rozmowy z głowy. Próbowałam sama siebie przekonać, iż na pewno źle wszystko zrozumiałam. ale za każdym razem, gdy na niego patrzyłam, w myślach słyszałam: W weekend. U mnie.
Bartek zdawał się nie wiedzieć, co się dzieje. Był taki, jak zwykle: troskliwy, pomocny, czuły. Wieczorami pytał, jak mi minął dzień, pomagał robić kolację, kładł Witka spać. Patrzyłam mu w oczy, próbując znaleźć odpowiedź, której nie potrafiłam wypowiedzieć na głos. Ale nie widziałam tam ani krztyny winy i to jeszcze bardziej mnie przerażało.
W środę wieczorem siedzieliśmy razem przed telewizorem, przytulił mnie jak dawniej, a ja musiałam przygryźć wargi, by nie rozpłakać się na jego ramieniu. Czułam się w jego objęciach fatalnie niepewnie, jakbym stała nad przepaścią.
W piątkowy wieczór, gdy już położyliśmy Witka, stałam przy zlewie, przemywając dłonią wodę. Bartek podszedł i objął mnie od tyłu.
Jakaś smutna dziś jesteś. Coś się stało?
Zamarłam. Dziwny chłód przeszył mi plecy.
Nie, wszystko okej odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć. Trochę jestem zmęczona.
Rozumiem odpowiedział cicho i pocałował mnie w czubek głowy.
Tej nocy, gdy Bartek spał, wymknęłam się do łazienki. Przekręciłam zamek i usiadłam na brzegu wanny, chowając twarz w dłoniach. Wreszcie puściły emocje.
Dlaczego? szeptałam przez łzy. Dlaczego właśnie ja…?
Nie umiałam znaleźć odpowiedzi na to pytanie. W głowie miałam tylko chaos, ciągle analizując: Co mam zrobić? Powiedzieć mu? Udawać, iż nic nie wiem?.
Jedno wiedziałam na pewno do rana znów będę musiała nałożyć maskę i udawać, iż wszystko gra.
Sobota
Rano zawiozłam Witka do mamy. Na sercu ciężko, każdy gest cholernie trudny. Mama od razu zauważyła, iż coś jest nie tak.
Olu, dobrze się czujesz? zapytała.
Uśmiechnęłam się sztucznie, grając pewną siebie.
Tak, wszystko dobrze, tylko się spieszę… Chcę zrobić Bartkowi niespodziankę rzuciłam i gwałtownie pocałowałam Witka w czoło. gwałtownie do auta, nie oglądając się za siebie.
Całą drogę znów myśli zamknięte w pętli: A co jeżeli źle zrozumiałam? Może po prostu umawia się z Damianem? Może ona nie przyjdzie?
Chciałam przyłapać Bartka na kłamstwie, zobaczyć tę sytuację, a jednocześnie całą sobą miałam nadzieję, iż to pomyłka i nic złego się nie stanie. Pragnęłam zamknąć oczy, obudzić się i zapomnieć o wszystkim.
Zaparkowałam pod blokiem i nie wysiadałam od razu. Przed oczami migotały obrazy z naszego szczęśliwego życia: Bartek śmiejący się w kuchni, nasze spacery z Witkiem, wspólne, wieczorne rozmowy. Ta rodzina była moim wszystkim i patrząc na dom, naprawdę czułam, jakby każda sekunda tu przed wejściem przedłużała moje szczęście. Chwila ciszy przed burzą.
W końcu zdobyłam się na odwagę, weszłam na klatkę i z drżącą dłonią przekręciłam klucz w zamku. Nie chciałam wchodzić. W środku ciemno w kuchni tylko leciutki blask lampy. Usłyszałam śmiechy, szepty. Przeszły mnie dreszcze.
To on, pomyślałam. Już się dzieje.
Zakręciło mi się w głowie. Stawiałam krok za krokiem, jakbym nie czuła własnego ciała. Każdy krok wydawał się ciężki, serce waliło tak, jakby miało wyskoczyć z piersi.
Bartek? wyszeptałam, ledwo słysząc własny głos.
Powtórzyłam głośniej:
Bartku?!
Zapadła cisza. Weszłam do kuchni. Zobaczyłam dwie osoby mężczyznę i kobietę. Mężczyzna to nie był mój mąż. To był Damian, najlepszy przyjaciel Bartka. Byłam zdezorientowana, a Damian wyraźnie podenerwowany i speszony.
Ola! To nie to, co myślisz… Ja po prostu… Ola, no, przecież wiesz, jak jest! Przecież do mojej mamy jej nie przyprowadzę… zaczął tłumaczyć się jak szalony.
Nie słuchałam, tylko patrzyłam na nich bez zrozumienia. W głowie szum. Czułam łzy na policzkach, a mimo to co dziwniejsze wcale nie mogłam przestać się uśmiechać, tak bezradnie.
Rozumiem, Damian… szepnęłam, nie mogąc opanować emocji. Idę.
Wyszłam powoli z klatki. Zimne powietrze otrzeźwiło mnie. Wyjęłam drżącymi dłońmi telefon i wystukałam numer Bartka.
Halo… odezwał się cicho.
Nie mogłam złożyć zdań. Wyrwało mi się tylko jedno, głupie, rozpaczliwe wyznanie:
Kocham cię… Bardzo cię kocham…
Łzy, śmiech nerwowy i żal jednocześnie. Nic sensownego nie potrafiłam z siebie wydusić. Wszystkie wątpliwości i napięcie zbijają się w chaos.
Byłam w domu… Tam był Damian… wyszeptałam do telefonu.
Rozumiem. Ola, proszę, nie denerwuj się, przyjedź do mnie, jestem jeszcze w pracy! Tylko się nie złość, proszę… Znasz Damiana. Możesz przyjechać?
Jadę…
Wsiadłam do samochodu, chcąc jak najszybciej znaleźć się przy nim.
***
Usiedliśmy razem na podłodze sali konferencyjnej w firmie Bartka, z butelką wina pomiędzy nami. Siedziałam z głową opartą o jego ramię, ściskając kieliszek w dłoni.
Przepraszam, naprawdę nie chciałam grzebać w twoich powiadomieniach. Nigdy tak nie robiłam powiedziałam cicho.
To ja przepraszam, iż wciągnąłem cię w tę szopkę. Powinienem ci wszystko od razu wyjaśnić.
Dlaczego Damian cię poprosił?
Bo jestem jego kumplem. Bo dzień wcześniej narobił sobie obciachu u tej dziewczyny.
Jak?
Wpadł na nią na siłowni, wylał jej energetyka na biały garnitur. Zrobiła się cała niebieska… A potem, jak przystało na Damiana, spanikował jak nastolatek. Nie dam rady! Boję się! Bartek, ratuj!. Bartek naśladował głupi głos Damiana. Śmiałam się przez łzy.
Jest moim najlepszym przyjacielem… Żal mi go było. Wziąłem od niej numer, przedstawiłem Damiana w najlepszym świetle, trochę zażartowałem i się udało.
Ale po co do naszego domu ją zabrał? Mógł iść do hotelu…
A nie pamiętasz, dlaczego mieszka u mamy? Żeby nie wydawać na wynajem… i żeby mama mu robiła kotlety. No i prała mu skarpety.
Tak… Bartek spojrzał na mnie porozumiewawczo.
Sknera jakich mało! wybuchłam śmiechem.
Znamy się od podstawówki, od pierwszej klasy. Pewnie tylko przede mną nie wstydzi się być sobą…
Jesteś najlepszym przyjacielem, Bartku. Doceniam.
Pokręciłam głową.
Ale co teraz? Może oni są wciąż tam? Nie chcę wracać… Nie chcę jeszcze do domu… Niech sobie posprzątają, a my tu nie będziemy spać…
Bartek pocałował mnie lekko.
Nie jestem taką sknerą jak Damian. Zasłużyliśmy na romantyczny wieczór.
Naprawdę? Pójdziesz ze mną do hotelu?
Bartek skinął głową, po czym gwałtownie postawił mnie na nogi i wziął mnie na barana. Śmiałam się, wyrywając się, a on trzymał mnie mocno.
Zapewniam bezpieczeństwo na całej trasie!
Śmiałam się w głos, nie dowierzając, iż jeszcze parę godzin temu wydawało mi się, iż świat mi runął.












