Szum silnika, na który czekają dziadkowie

twojacena.pl 7 godzin temu

Halina podniosła głowę znad obierania ziemniaków. Nie usłyszała jeszcze żadnego dźwięku, ale coś kazało jej odłożyć nóż i podejść do okna. Tak miała od trzydziestu lat — zawsze wiedziała, kiedy oni przyjadą.

— Jedzie — powiedziała do męża, nie odwracając się.

Zygmunt złożył gazetę i zdjął okulary. Od jakiegoś czasu zbierał krzyżówki, rozwiązywał te same hasła po kilka razy, bo zapominał, iż już je znał. Ale sylwetki samochodów rozpoznawał bezbłędnie.

Szary opel astra skręcił w żwirową alejkę i zatrzymał się przed furtką. Halina wytarła ręce w fartuch i już stała w drzwiach, zanim ktokolwiek zdążył nacisnąć klamkę.

— Babcia! Dziadek!

Dwie małe istoty wyskoczyły z auta, zanim jeszcze ich matka zdążyła zgasić silnik. Tosia biegła pierwsza, z kucykami podskakującymi jak dwa wściekłe węże. Franek za nią, potykając się o własne buty, bo zawsze zakładał je na odwrót.

Halina przykucnęła, choć kolana bolały ją tego dnia bardziej niż zwykle. Złapała oboje naraz, wciągnęła w ramiona, poczuła zapach gumy balonowej i kurzu z podwórka. Zygmunt stał obok i mruczał coś pod nosem — Halina zauważyła, iż zapiął sweter nie w te guziki, co trzeba, i iż nie próbował tego poprawić.

— No, dzieci — powiedziała ich matka, Magda. — Nie zjedzcie babci od razu.

— Zjedzcie — powiedział dziadek. — Niech chociaż tyle z nas pożytku.

Dom, który przez cały tydzień stał jak wygaszony piec kaflowy, nagle wypełnił się hałasem. Stół w kuchni, zwykle nakryty ceratą dla dwojga, stał się polem bitwy o najlepsze miejsce przy oknie. Szafka z zabawkami, zamknięta od ostatniej wizyty, wysypała z siebie klocki, lalki i połowę puzzli, których i tak nikt nigdy nie ułożył do końca.

— Dziadek, a dlaczego masz taki duży nos? — zapytał Franek, wchodząc Zygmuntowi na kolana.

— Bo w nim mieści się więcej powietrza — odpowiedział Zygmunt.

— A po co?

— Żebym mógł cię długo słuchać.

Tosia znalazła w kredensie puszkę po herbatnikach, w której Halina od lat trzymała guziki. Wysypała wszystko na podłogę i zaczęła segregować kolorami. Halina usiadła obok i podawała jej te, które upadły za daleko.

Magda siedziała przy oknie i piła herbatę z kubka, który zawsze zostawiał brązowy pierścień na spodku. Odstawiła go i nie podniosła już do ust, tylko obracała w palcach, patrząc to na matkę, to na ojca. W pewnej chwili powiedziała cicho, bardziej do siebie:

— Tata coraz mniej je.

Halina nie odpowiedziała. Odsunęła miskę z obranymi ziemniakami na środek stołu, jakby to było jakieś wytłumaczenie.

Po południu Zygmunt zabrał dzieci do ogrodu. Pokazał im, jak odróżnić porzeczkę od agrestu, choć oba krzaki od lat nie owocowały. Potem gonił je wokół jabłoni — trzy okrążenia, cztery — aż nagle stanął w miejscu, jedną ręką oparł się o pień, drugą przycisnął do piersi.

— Dziadek już nie da rady — wysapał. — Dziadek jest stary.

— Nieprawda! — krzyknęła Tosia. — Dziadek jest najszybszy!

Zaśmiał się i usiadł na ławce, ale śmiech urwał mu się w połowie, zamienił w krótki, urywany oddech, który trwał trochę dłużej, niż powinien. Halina, patrząc przez kuchenne okno, odłożyła ścierkę i podeszła bliżej szyby. Zygmunt zobaczył ją, uniósł rękę w geście „wszystko gra" i uśmiechnął się do dzieci, jakby nic się nie stało. Ale dłoń, którą trzymał na piersi, zdjął dopiero, gdy Tosia pobiegła chować się za beczką na deszczówkę.

Wieczorem, kiedy dzieci myły ręce przed kolacją, Halina wcisnęła mu do ręki tabletkę i szklankę wody. Nie powiedziała nic. On też nie. Połknął, oddał szklankę i poszedł nakrywać do stołu, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.

Zjedli placki ziemniaczane, bo Halina wiedziała, iż wnuki inaczej ich nie zjedzą. Franek obtoczył trzeci placek w cukrze i powiedział, iż to najlepsze, co jadł w życiu. Tosia poprosiła o przepis.

— Dam ci go, jak będziesz umiała czytać — powiedziała Halina.

— Ja już umiem!

— To go sobie znajdź w szufladzie.

Tosia podeszła do szuflady z przepisami, otworzyła ją i długo przeglądała kartki, choć żadna nie była zapisana literami, które umiałaby złożyć. Ale bardzo chciała, żeby babcia zobaczyła, iż próbuje.

O dziewiątej Magda powiedziała, iż trzeba jechać.

— Jeszcze pięć minut — poprosił Franek.

— Pięć minut — powtórzyła Tosia.

I tak zostało piętnaście. Potem kolejne dziesięć, bo nikt nie umiał znaleźć jednego buta.

Przy drzwiach Magda zatrzymała się przy ojcu na chwilę dłużej niż zwykle.

— Tato, ta tabletka po południu. Ile ich teraz bierzesz?

— Tyle, ile trzeba — powiedział Zygmunt i poprawił jej szalik, który i tak leżał dobrze. — Jedźcie, bo się ściemni.

Halina odprowadziła ich do furtki. Nie machała. Zawsze bała się, iż jak pomacha, to wyjdzie na to, iż się żegna na poważnie. Więc tylko stała, z rękami w kieszeniach fartucha, dopóki opel nie zniknął za zakrętem.

Zygmunt usiadł na ławce przed domem, jakby czekał, iż może zawrócą, bo czegoś zapomnieli.

— Wiesz — powiedział w końcu — cały dzień mi się wydaje, iż to ja powinienem im coś dać. A to oni mi dali.

Halina nic nie odpowiedziała, tylko pozbierała z podłogi guziki. Zostawiła kilka, te najmniejsze, pod kredensem. Niech będą na następny raz.

W nocy leżała w łóżku i nasłuchiwała oddechu męża — równy, choć trochę za głośny. Nogi jej ciążyły od biegania po ogrodzie, a w głowie wciąż słyszała ten krzyk: „Babcia! Dziadek!". Jakby ktoś włączył w ciemnym domu radio na jeden wieczór.

Zygmunt wstał nad ranem, jak zwykle przed wszystkimi. Ale zanim zrobił kawę, podszedł do drzwi wejściowych i położył dłoń na klamce — tam, gdzie przed chwilą trzymała ją mała ręka Franka — jakby chciał sprawdzić, czy jeszcze jest ciepła.

Idź do oryginalnego materiału