Szukałam terapeutki, znalazłam... terapeutkę wnętrz. Nowy zawód wchodzi do polskich domów

natemat.pl 3 godzin temu
– Chaos w przestrzeni bardzo często idzie w parze z przeciążeniem w głowie. Zauważyłam, iż często trzymamy rzeczy ze strachu – dają nam one złudne poczucie bezpieczeństwa. Jednak moim zdaniem to bezpieczeństwo jest fałszywe. Nadmiar rzeczy zaczyna nas przytłaczać. Z kolei odzyskanie kontroli nad własnym mieniem niezwykle pozytywnie wpływa na psychikę. Daje nam to poczucie sprawczości – mówi Milena Skórska, organizatorka przestrzeni znana w sieci jako Terapeutka wnętrz.


Aleksandra Tchórzewska: Szczerość to podstawa. Trafiłam na panią zupełnie przypadkiem. Szukałam terapeutki do zupełnie innego tematu, a wyskoczyła mi "terapeutka wnętrz". Zaskoczyła mnie ta nazwa. Brzmi bardzo kojąco; kojarzy mi się z kimś, kto "uleczy" mój dom. Pomyślałam: chcę dowiedzieć się czegoś więcej o tym zawodzie.

Milena Skórska, organizatorka przestrzeni, Terapeutka wnętrz: "Terapeutka wnętrz" nie jest oficjalną nazwą zawodu, tylko nazwą mojej działalności. Ale faktycznie, nowym zawodem jest organizatorka przestrzeni czy declutterka.

Nazwałam się tak jednak dlatego, iż dla mnie to nie tylko praca z przedmiotami, ale bardzo często praca z emocjami i z tym, czego my tak naprawdę w życiu chcemy. Uważam, iż podejście empatyczne jest tutaj konieczne – inaczej po prostu nie da się tego dobrze zrobić.

Czyli konkretnie czego?


Pomagam pozbywać się nadmiaru rzeczy zbędnych i nieużywanych, które często trzymamy przez lata z przyzwyczajenia lub poczucia winy. Później układam wszystko tak, aby przestrzeń była wygodna i intuicyjna w codziennym życiu.

Chodzi o to, by wiedzieć, co i w jakiej ilości posiadamy. Chcę, aby nasz dom nas wspierał, a nie męczył. Dzięki temu unikamy np. kupowania kolejny raz tej samej rzeczy tylko dlatego, iż nie mogliśmy znaleźć poprzedniej lub zapomnieliśmy, iż mamy w szafie pięć czarnych topów.

W praktyce zajmuję się upraszczaniem i uprzyjemnianiem codzienności – tak, aby dom nie był kolejnym zadaniem i źródłem stresu, ale prawdziwym miejscem odpoczynku.

Czy ludzie reagują zdziwieniem na fakt, iż istnieje ktoś, kto może im pomóc tak po prostu... zaopiekować się ich przestrzenią?

Bardzo często! Mało kto w ogóle wie, co te pojęcia oznaczają. Na początku pojawia się uśmiech i niedowierzanie, ale kiedy tłumaczę, na czym polega moja praca, wszystko od razu nabiera sensu.

Większość z nas zna przecież to uczucie, gdy dom zaczyna przytłaczać i zamiast być miejscem odpoczynku, staje się kolejną listą spraw do ogarnięcia i męczącym obowiązkiem. W takich momentach próbujemy sobie pomóc na różne sposoby.

Na przykład posprzątać?


Problem jednak zwykle nie leży w samym brudzie czy kurzu, ale w nadmiarze przedmiotów, chaosie i braku systemu. jeżeli mamy mnóstwo rzeczy, które się nie mieszczą, których nie lubimy lub z których nie korzystamy, to choćby idealnie czyste mieszkanie przez cały czas będzie nas męczyć.

Podświadomie wiemy przecież, co kryje się za zamkniętymi frontami szafek. Klasyczne sprzątanie nie rozwiązuje tego problemu – ono jedynie maskuje go na chwilę. Oczywiście, dbanie o czystość jest ważne, ale nie poczujemy prawdziwej ulgi, jeżeli porządek będzie tylko powierzchowny.

Ja jestem od tego, aby zaprowadzić ład tam, gdzie wzrok gości zwykle nie sięga.

Ludzie muszą się przed panią odsłonić bardziej niż przed gośćmi. Jak sobie z tym radzą?


To prawda – najczęściej pokazują mi to, co skrzętnie chowają przed światem. Kiedy ktoś nas odwiedza, to nie zagląda do naszych "szuflad wstydu".

Klienci bardzo mocno się otwierają przede mną. Wydaje mi się, iż to zaufanie nie rodzi się nagle w dniu spotkania, ale zaczyna się dużo wcześniej. Ludzie trafiają na moje treści w internecie, obserwują mnie przez jakiś czas i dopiero wtedy decydują się na kontakt.

Gdy już pojawiam się na miejscu, najważniejszy okazuje się brak oceny. Ja naprawdę nie przychodzę po to, by kogoś osądzać, ale żeby zrozumieć sytuację i pomóc. Klienci bardzo gwałtownie to wyczuwają, co zresztą często podkreślają później w opiniach.

Świadomość, iż inni przeszli przez to samo i iż ich prywatność została zachowana, działa na nowych klientów uspokajająco. To rzeczywiście trochę jak na terapii: trzeba się odsłonić, żeby mogła zajść realna zmiana. Ale zdecydowanie warto.

Czego tak adekwatnie oczekują od pani klienci?


Najczęściej wyczuwam u nich ogromne zmęczenie i poczucie porażki. Słyszę: „nie daję już rady, sama tego nie ogarnę”. To efekt podświadomego porównywania się do idealnych wnętrz z Instagrama, które z codziennością nie mają nic wspólnego. Moje usługi nie są dla „perfekcyjnych pań domu”. Tu nie chodzi o dążenie do ideału, ale o system, który realnie ułatwia życie.

Chcę, aby każda rzecz miała swoje stałe miejsce – koniec z nerwowym szukaniem kluczy przed wyjściem, które psuje nam początek dnia. Dziś presja perfekcji jest ogromna; często dbamy o dom na pokaz, byle mieć ładne tło do kawy na relację.

A w mojej pracy chodzi o to, by dom w końcu przestał być kolejnym zadaniem do odhaczenia, a stał się miejscem, które nas wspiera.

A kim adekwatnie są pani klienci?


Najczęściej są to kobiety w wieku między 30. a 50. rokiem życia. Często są to osoby aktywne zawodowo, na przykład mamy, które łączą w życiu wiele ról i po prostu brakuje im już zasobów, by nad tym wszystkim samodzielnie zapanować. Zgłaszają się też osoby bardzo świadome, które wiedzą, iż taka pomoc istnieje i po prostu chcą z niej skorzystać, by usprawnić swoje życie.

Co ciekawe, moimi klientami bywają też pary, single czy osoby będące akurat po dużych zmianach życiowych. Wydaje mi się jednak, iż kluczową kwestią nie jest tu wiek czy status materialny. Głównym czynnikiem, który sprawia, iż ktoś się do mnie zgłasza, jest silna potrzeba zmiany. Bez niej proces ten nie może się udać.

Czy te decyzje łączą się zwykle z jakimś przełomowym momentem w życiu? Takim poczuciem, iż "teraz już muszę to zrobić", bo coś się wydarzyło – zaczynam nowe życie, rozstałam się albo dzieci wyprowadziły się z domu?

Tak, bardzo często są to momenty dużych życiowych zmian. Powiedziałabym, iż numerem jeden są przeprowadzki, ale zaraz po nich pojawiają się sytuacje takie jak narodziny dziecka, kiedy naturalnie chcemy przygotować mu miejsce, pójście dziecka do szkoły czy wspomniane rozstania i zmiany zawodowe. Takie wydarzenia naturalnie uruchamiają w nas potrzebę uporządkowania przestrzeni i dostosowania jej do nowej rzeczywistości.

Jakie jeszcze?


Co ciekawe, coraz częściej zgłaszają się do mnie osoby starsze z bardzo konkretną intencją: chcą uporządkować swoje rzeczy, zanim odejdą. Nie chcą zostawiać po sobie chaosu i ciężaru bliskim; chcą świadomie zadecydować, co po nich zostanie – na przykład, czy ich stare listy i pamiętniki mają trafić w czyjeś ręce, czy wolą się ich pozbyć już teraz.

To trend, który wywodzi się ze Szwecji – istnieje choćby określenie "szwedzkie sprzątanie przed śmiercią" (döstädning). Ideę tę spopularyzowała książka Margarety Magnusson. Myślę, iż starsi ludzie w Polsce nie robią tego dlatego, iż śledzą światowe trendy, ale dlatego, iż po prostu czują taką wewnętrzną potrzebę zadbania o ład dla siebie i swoich bliskich.

Dalsza część wywiadu poniżej


Zdarzają się osoby, które oczekują, iż po prostu poprzestawia im pani meble, by w domu zapanowała "lepsza energia"?

Tak, niektórzy myślą, iż przyjdę, wyciągnę czarodziejską różdżkę i od razu będzie super. Zawsze jednak tłumaczę, iż jeżeli nie zaczniemy od pozbycia się nadmiaru – tych wszystkich rzeczy niepotrzebnych, przekładanych z kąta w kąt, które od lat budzą w nas tylko poczucie winy – to choćby najlepiej zorganizowana przestrzeń nie przetrwa długo. Dobrze zorganizowany bałagan to przez cały czas bałagan.

Jeśli jednak klient ma już etap odgracania za sobą i posiada tylko to, czego naprawdę potrzebuje, to faktycznie mogę zająć się logiką ustawienia przedmiotów. Tworzę wtedy system, który jest intuicyjny.

Przykładowo w kuchni: planuję wszystko tak, by nie trzeba było biegać po całym pomieszczeniu w celu przygotowania posiłku. Układamy naczynia blisko zmywarki, przyprawy pod ręką – tak, aby całość miała logiczny sens i realnie wspierała domowników.

Porządek ma bezpośredni wpływ na jakość relacji i ilość czasu, jaki mamy na odpoczynek. Kiedy w domu jest mniej napięcia i frustracji, a więcej spokoju, wszystko zaczyna lepiej funkcjonować.

Na ile klientom zależy po prostu na tym, by wnętrze było przyjemne i uporządkowane, a na ile na realnej zmianie w życiu?

To jest sedno całej sprawy. Z mojego doświadczenia wynika, iż dom to tylko punkt wyjścia. Porządkując przedmioty, ludzie zaczynają zadawać sobie ważne pytania: "Co jest dla mnie naprawdę istotne, a co mnie obciąża?", "Z czego chcę zrezygnować?". Te refleksje wykraczają daleko poza szafki i półki.

Kiedy zaczynamy analizować, dlaczego coś trzymamy od lat, zaczyna nam się również układać w głowie. To jest najpiękniejszy i najważniejszy element całego tego procesu.

Co najbardziej frustruje pani klientów?


Często myślą, iż ich największym problemem jest brak miejsca. W rzeczywistości okazuje się jednak, iż albo brakuje im systemu, albo mają po prostu za dużo rzeczy – takich, których nie potrzebują, nie lubią, ale nie potrafią się ich pozbyć. To są decyzje odkładane latami.

Bardzo zależy mi na tym, by podkreślić jedną rzecz: to nie ma nic wspólnego z lenistwem czy bałaganiarstwem. To raczej brak narzędzi do radzenia sobie z nadmiarem oraz nieprzemyślana organizacja. Wielu z nas wyniosło z domu przekonanie, iż rzeczy trzeba trzymać "na zaś", na wszelki wypadek, a jeżeli coś działa, to nie wolno tego wyrzucać. Przez to zostawiamy przedmioty, których nie cierpimy, często z czystego poczucie winy.

Klasycznym przykładem jest bluzka: co z tego, iż piękna, jeżeli po założeniu jej czujemy się w niej źle? Zamiast ją oddać, trzymamy ją w szafie jako wyrzut sumienia – przypomnienie o nietrafionym wyborze lub wręcz karę za źle wydane pieniądze.

Jedna bluzka to nie problem, ale gdy takich przedmiotów są dziesiątki, zaczyna się zagracenie. Prawdziwą przyczyną frustracji rzadko jest brak metrażu – to zwykle nadmiar, odkładane decyzje i przestrzeń, która po prostu nie wspiera naszej codzienności.

Czy zdarza się, iż klienci panią przepraszają?


Bardzo często! Już od progu słyszę: "Przepraszam za ten bałagan", "Nie wiem, jak to się stało", "Skąd się to wszystko wzięło?".

Wstydzą się?


Myślę, iż ludzie nie wstydzą się samego bałaganu, ale poczucia porażki: "powinnam sobie z tym radzić, a nie potrafię", "inni ogarniają, a ja nie". Od samego początku staram się zdjąć z nich to poczucie winy. To nie jest kwestia charakteru czy braku silnej woli.

Nikt nas nie nauczył radzenia sobie z nadmiarem, bo nasi rodzice żyli w czasach braku. My musimy nauczyć się obsługi tej nowej rzeczywistości od zera.

Jak już pani jest u klienta, to co się dzieje?


Moja metoda pracy polega na tym, iż podczas realizacji wyciągamy z szafek absolutnie wszystko – tak, jakbyśmy się wyprowadzali. Sortujemy przedmioty kategoriami, a szafki przez jakiś czas zostają puste. Cały dobytek ląduje na podłodze i stołach. Wtedy dopiero widać prawdziwy ogrom posiadanych rzeczy. Klienci bywają przerażeni i zaskoczeni tą ilością.

To pewnego rodzaju terapia szokowa, ale jest ona konieczna. Dopiero gdy zobaczymy na własne oczy stosy duplikatów i przedmioty niewidziane od lat, dociera do nas, iż one nam nie pomagają, a jedynie nas przytłaczają.

Kto podejmuje ostateczną decyzję o tym, czy coś wyrzucamy, czy zostawiamy?


Decyzję zawsze podejmuje klient. Nigdy nie wybieram za kogoś – moim zadaniem jest zadawanie pytań, które pomagają zrozumieć, co nam służy, a co tylko zajmuje miejsce. W odgracaniu nie chodzi o bezmyślne wyrzucanie, ale o świadomy wybór tego, co niesie dobre wspomnienia i radość.

Często trzymamy nietrafione prezenty, np. od dorosłych dzieci, z czystego poczucia winy. To smutne, bo te rzeczy niszczeją w szafach, zamiast cieszyć kogoś innego.

Takie pożegnanie z przedmiotem to często pożegnanie z dawnym wyobrażeniem o sobie i swoimi marzeniami. Czasem warto to odpuścić, żeby odzyskać lekkość i móc pójść dalej.

Widzi pani związek między tym, co dzieje się w domu, a stanem emocjonalnym klienta?


Chaos w przestrzeni bardzo często idzie w parze z przeciążeniem w głowie. Działa to w obie strony. Zauważyłam, iż często trzymamy rzeczy ze strachu – dają nam one złudne poczucie bezpieczeństwa (to słynne "a nuż się przyda").

Jednak moim zdaniem to bezpieczeństwo jest fałszywe. Nadmiar rzeczy zaczyna nas przytłaczać.

Z kolei odzyskanie kontroli nad własnym mieniem niezwykle pozytywnie wpływa na psychikę. Daje nam to poczucie sprawczości: "To jest ten kawałek rzeczywistości, który mam ogarnięty".

A czy taka jednorazowa wizyta wystarcza? Czy klienci dzwonią po pół roku, bo znowu "zarośli" rzeczami?

Jeśli klient był gotowy na rzetelne odgracanie, a potem wprowadzenie systemu – to po prostu działa. zwykle bywa tak, iż nie wracam do tego samego pomieszczenia, ale jestem zapraszana do kolejnych. Ludzie, poczuwszy ulgę w jednym pokoju, chcą przenieść ten sam komfort do reszty domu.

Kuchnia zajmuje zwykle od jednego do maksymalnie trzech dni. najważniejsze jest jednak to, iż przy declutteringu obecność klienta jest niezbędna – ja nie mogę i nie chcę decydować za niego.

Jestem ciekawa, ile to kosztuje.

Jeśli chodzi o samo odgracanie, bez organizacji przestrzeni, to mój cennik jest prosty – 500 zł za 5 h sesji, każda dodatkowa godzina to 130 zł. Natomiast usługa organizacji – czyli stworzenie funkcjonalnego planu, zmierzenie, dobranie odpowiednich organizerów i już sama organizacja na miejscu – są wyliczane indywidualnie, w zależności m.in. od wielkości pomieszczenia, liczby szafek czy szuflad, ilości rzeczy itd.


A jak to jest u pani – czy "szewc bez butów chodzi"?


Nie, u mnie to by nie przeszło! Moja przygoda z tym zawodem zaczęła się właśnie od tego, iż sama czułam się fatalnie w swojej przestrzeni. Chaos sprawiał, iż nie mogłam normalnie funkcjonować. Myślałam wtedy, iż rozwiązaniem jest po prostu regularne sprzątanie, więc każdą sobotę poświęcałam na porządki. Jednak czułam, iż marnuję życie.

Kiedy po urodzeniu córki wróciłam do pracy, uderzyło mnie, iż popołudnia i weekendy spędzam na sprzątaniu zamiast z dzieckiem.

A czym zajmowała się pani wcześniej?


Pracowałam w obsłudze klienta niemieckojęzycznego. To poczucie, iż „coś jest nie tak”, doprowadziło mnie do ponownej lektury „Magii sprzątania” Marie Kondo. Postanowiłam odgracić nasz dom. Pozbyłam się wtedy połowy naszych rzeczy. Z każdym kartonem czułam się lżejsza.

Od tamtej pory po prostu tym żyję. To nie oznacza, iż u mnie zawsze jest perfekcyjnie – zupełnie nie! Ale różnica polega na tym, iż gdy w intensywnym czasie pojawi się chaos, jestem w stanie przywrócić dom do porządku w pół godziny. Mam swój system.

Staram się też uczyć dbania o przestrzeń moje dzieci. Na Instagramie edukuję rodziców, jak uczyć pociechy dzielenia się i puszczania rzeczy (np. połamanych zabawek dla niemowlaka, gdy dziecko ma już 5 lat). Dzisiejsze dzieci wychowują się w ogromnym nadmiarze. Moją misją jest pomóc rodzicom sprawić, by ich rzeczywistość stała się lżejsza.

Jak klienci reagują na efekt końcowy?


To są często niezwykle wzruszające momenty. Najczęściej mówią o ogromnej uldze i poczuciu lekkości. Pamiętam męża jednej z moich klientek, który nie uczestniczył w samym procesie. Gdy wrócił pod koniec dnia i zaczął otwierać kolejne szuflady, nie potrafił powstrzymać emocji. Chodził od szafki do szafki, powtarzając: "Dziękuję ci! Tak bardzo ci dziękuję!". Choć to kobiety częściej reagują tak ekspresyjnie, on był autentycznie poruszony do łez.

Ostatnio miałam też klientkę, która z niedowierzaniem patrzyła na swoją szufladę z przyprawami. Pytała: "To naprawdę moja szuflada? Ja tu nie będę gotowała! Nic nie chcę ruszać, chcę tylko przychodzić i patrzeć”. Ale po chwili wróciła i uznała: "Nie, ja tu będę codziennie gotowała! Do tej pory tego nie robiłam, ale teraz będę, bo nie mogę uwierzyć, iż to miejsce należy do mnie".

I faktycznie, później dostawałam od niej zdjęcia szuflad. Pokazywała mi, iż mimo iż gotuje, przez cały czas ma idealny porządek w szafkach. Kuchnia wciąż prezentowała się dokładnie tak, jak w dniu, w którym ją opuszczałam.

Najbardziej napędza mnie świadomość, iż widzę realną zmianę w życiu moich klientów – widzę ich euforia tu i teraz. To właśnie daje mi największą energię do działania.

Idź do oryginalnego materiału