Szpitalna sala przytłaczała mnie i irytowała. Zasłoniłem uszy dłońmi, by nie słyszeć przeraźliwego płaczu niemowląt z sąsiedniej sali. Chciałem tylko jednego jak najszybciej stąd uciec i zapomnieć o wszystkim jak o złym śnie
Aniu, dziecko, no popatrz na nią choć przez chwilę! prosiła starsza położna, ciocia Nina. Jest do ciebie podobna jak dwie krople wody!
Nie! choćby mnie nie namawiajcie! Przecież napisałam zrzeczenie? Napisałam! Czego wy ode mnie jeszcze chcecie? prawie się rozpłakałem. Przecież nie mam gdzie jej zabrać! No rozumiecie?
Cicho bądź, bo dziecko przestraszysz. Jak to nie masz gdzie? Jesteś bezdomny? zmrużyła oczy położna. Masz mamę, tatę?
Tak. Mam starą matkę. Sama już ledwo sobie radzi Nie mogę wrócić do wsi z dzieckiem. Ludzie mnie wyśmieją.
No to niech się śmieją, na zdrowie! Wesoło im będzie! uśmiechnęła się ciocia Nina. A tak poważnie, to ludzie pogadają i zapomną, a ty będziesz to rozpamiętywać do końca życia. Nie wybaczysz sobie, iż porzuciłaś takie maleństwo.
Zasłoniłem twarz dłońmi i rozpłakałem się. Nina Andrzejewska zrozumiała, iż już prawie mnie przekonała, brakuje tylko kropli
Popatrz! Ma twój nosek: delikatny, zadarty. A oczka, od razu widać, iż będzie z niej niebieskooka piękność, jak jej mama.
Ale… choćby pieluszek nie mam, a za co pojadę z nią do domu? byłem już na granicy poddania się.
I to problem? Pomożemy ci. Dajemy wsparcie z fundacji, wyprawkę dla dziewczynki też zorganizujemy. Osobiście odprowadzę cię na dworzec. No? Jak dasz jej na imię?
Zuzanna
Świetne imię! Bardzo jej pasuje. Weź Zuzkę, nakarm ją, a ja za chwilę wpadnę.
Ciocia Nina z bijącym sercem podała mi córeczkę. Bardzo ostrożnie, niepewnie ją wziąłem. Łzy ciekły po mojej twarzy. Przytuliłem dziecko i zrozumiałem, iż nigdy jej nie zostawię.
I jak? Udało się? spytał lekarz. Odbierze zrzeczenie?
Udało się! uśmiechnęła się położna, ocierając łzę.
Już na peronie poczułem się tak, jakbym obudził się z koszmarnego snu. Przytulałem Zuzannę, jakby ktoś miał mi ją zaraz zabrać. Obok stała Nina Andrzejewska tak, jak obiecała, żegnała nas osobiście.
Dziękuję! Wstyd mi wspominać, iż mogłem zostawić własną córkę wyznałem.
Wcale nie masz łatwej sytuacji. Ale trudne chwile miną, a córkę można by na zawsze stracić Dawno temu popełniłam błąd, którego do dziś nie mogę sobie wybaczyć szczerze powiedziała Nina Andrzejewska.
Jaki błąd? zdziwiłem się. Wydaje mi się, iż jest pani niezwykle szlachetnym człowiekiem.
Miałam dokładnie taką sytuację jak ty. Tyle iż nie miałam nikogo na świecie. Zdecydowałam się usunąć ciążę. Lekarze odmawiali, było za późno. Poszłam więc do znachorki. Pomogła, ale od tego czasu jestem niepłodna.
Jak to? zdumiałem się. Naprawdę nic nie można było już zrobić?
Niestety, nie pokręciła głową. Mąż był dobry, ale gdy się dowiedział, iż nie będziemy mieć dzieci, też odszedł Nina Andrzejewska uroniła łzę, nie mogąc powstrzymać emocji.
Bardzo mi przykro! Tyle dzieci przyjmowała pani na świat, a swoich nigdy nie miała w ramionach
Aniu, dbaj o Zuzannę. A jak kiedyś będziesz naprawdę w potrzebie, wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Objęliśmy się, jakbyśmy byli rodziną. niedługo nadjechał pociąg. Długo jeszcze patrzyłem przez okno na żegnającą nas położną. Nina Andrzejewska stała samotnie na peronie, ocierając ukradkiem łzy.
Podróż była długa i ciężka. Dochodziłem właśnie do domu. W jednej ręce trzymałem córkę, w drugiej wielką torbę z wyprawką, którą dostaliśmy w szpitalu. Jak mnie przyjmie mama? Co powie? biłem się z myślami, bo nie wiedziałem, jaka będzie jej reakcja.
Anka? To ty? zza furtki wyglądała sąsiadka.
Tak. Ciociu Nadziu, mama jest w domu?
Coś ty, nic nie wiesz? zdziwiła się kobieta. Już pół roku, jak twojej mamy nie ma między żywymi.
Może to i lepiej, iż Waleria nie dożyła do takiego wstydu! To twoje dziecko? Kiwnęła na Zuzannę.
Tak, moje! odpowiedziałem dumnie.
Wszedłem na miękkich nogach na podwórko. Chciało mi się krzyczeć i płakać z bólu i rozpaczy. Ale miałem w ramionach córkę. Nie mogłem się rozkleić musiałem myśleć o niej przede wszystkim. Nic się nie martw, córeczko, jesteśmy już we dwójkę, już nigdy nie będziesz sama. Damy radę, bo jesteśmy silni! przytuliłem mocniej malutką.
***
Minęło dziesięć lat. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Krzątałem się po kuchni, gotując, a Zuzanna wyglądała przez okno na zaśnieżoną ścieżkę w sadzie.
Tato, a czemu nie mam babci? Moje koleżanki opowiadały, iż w każde święta odwiedzają babcie i dziadków. Ci dają im prezenty i zawsze nie mogą się doczekać spotkania zagadnęła córeczka.
Niestety, naszej babci już dawno nie ma. choćby nie zdążyła cię poznać powiedziałem z żalem.
A druga babcia?
Jaka druga? zdziwiłem się.
Przecież każde dziecko ma dwie babcie nie dawała za wygraną dziewczynka.
Druga? adekwatnie mamy taką babcię! Może pojedziemy do niej w odwiedziny, zawieziemy jej pierogi? Pracowała kiedyś w szpitalu, bardzo dobra i serdeczna kobieta uśmiechnąłem się, wspominając Ninę Andrzejewską.
Jak powiedziałem, tak zrobiliśmy. Następnego dnia pojechaliśmy do miasta. Wszedłem do szpitala i poprosiłem o położną, Ninę Andrzejewską.
Już tu nie pracuje! oznajmiła dyżurna pielęgniarka. Przeszła na emeryturę, ze względu na zdrowie.
Jak to? Przyjechaliśmy z daleka, tylko po to, żeby ją zobaczyć. Może macie jej adres albo numer?
W zasadzie nie wolno go podawać. Kim pani jest dla Niny Andrzejewskiej? zapytała surowo dyżurna.
Jest moją ciocią skłamałem, bo wiedziałem, iż obcego nie wpuszczą. Byłem u niej ostatnio, ale zapomniałem adresu… Bardzo proszę, pomóżcie!
Bardzo chcemy odwiedzić babcię! dodała Zuzanna.
No dobrze, spróbuję coś wymyślić odpowiedziała kobieta.
Dyżurna wróciła po kwadransie, wręczyła karteczkę z adresem, życząc wszystkiego dobrego, i kazała przekazać pozdrowienia Ninie Andrzejewskiej.
Dziękujemy! Na pewno przekażemy! ucieszyłem się.
Złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy pod wskazany adres. Z duszą na ramieniu wszedłem na trzecie piętro. Byle się nie spóźnić przemknęło mi przez myśl. Drzwi niemal natychmiast się otworzyły. W progu stała Nina Andrzejewska, na szczęście w pełnym zdrowiu.
Dobry wieczór! uśmiechnąłem się.
Starsza pani przyglądała mi się uważnie, starając się sobie przypomnieć, kim jestem.
Ania?! zapytała niemal szeptem.
Tak! A pani prawie się nie zmieniła! uśmiechnąłem się. To Zuza, pamięta ją pani?
Pamiętam, oczywiście! zaśmiała się Nina Andrzejewska. Co stoimy w progu? Chodźcie, moje dziewczyny.
Po pół godzinie siedzieliśmy przy stole, rozmawiając o życiu. Było o czym opowiadać.
Zuzanna bawiła się kotem na kanapie, oglądała ulubione bajki.
Aniu, zostańcie u mnie. Ja sama, wy same poprosiła starsza pani. Zuzkę zapiszę do dobrej szkoły, a ty znajdziesz pracę.
Sama nie wiem A co z moim domem? Szkoda go zostawiać. Może to pani do nas przyjedzie? Założymy wspólne gospodarstwo, kupimy krowę. Mamy taki piękny klimat, niedaleko rzeka, latem jest cudownie nieporównywalnie z miastem przekonywałem.
Można spróbować! Całe życie marzyłam o małym ogródku, a o krowie choćby nie śmiałam marzyć! zaśmiała się Nina Andrzejewska. Oczy jej rozpromieniły się z radości. Na twarzy pojawiła się nadzieja i dawna życiowa energia.
Zatem postanowione! Jedzie pani do nas! ucieszyłem się.
Babciu Nino, to będziesz z nami zawsze? Zuzanna objęła ją mocno.
Tak, zawsze marzyłam o takiej cudownej wnuczce!
Następnego dnia ruszyliśmy z wielkimi walizkami na wieś. Każde z nas było na swój sposób szczęśliwe. Cieszyłem się, iż nie jestem już z Zuzką sam, iż będzie też ktoś, kto stanie się prawie rodziną.
Nina Andrzejewska nie śmiała choćby marzyć, iż na starość znajdzie rodzinę i przeprowadzi się z dusznego miasta w piękny, swojski zakątek. Zuzanna była szczęśliwa, iż wreszcie ma swoją ukochaną babcięKiedy wysiedliśmy z autobusu, śnieg pokrywał podwórko grubą pierzyną, a powietrze było rześkie i czyste. Nina z zachwytem spojrzała na krajobraz drzewa ubrane w biały puch, sad zamknięty w zimowej ciszy. Zuzanna popędziła przodem, zostawiając na śniegu drobne ślady stóp.
Zaprowadziłem Ninę do kuchni, gdzie rozpaliłem ogień w starym piecu, jak dawniej robiła to moja mama. Ciepło powoli wypełniało dom, topiąc lód, który od lat zalegał w moim sercu. Nina, rozpinając płaszcz, rozejrzała się po izbie i uśmiechnęła szeroko.
Wiesz, Aniu, nigdy nie wierzyłam, iż jeszcze poczuję się gdzieś potrzebna szepnęła, ściskając moją dłoń.
Tego wieczoru, po raz pierwszy od lat, zasiedliśmy razem do kolacji przy jednym stole. Zuzanna przeczytała wszystkim głośno list do świętego Mikołaja, prosząc o to, by babcia Nina została z nami na zawsze. W oczach nas wszystkich lśniły łzy tym razem szczęścia. Rozmowy wypełniały dom ciepłem, a śmiech Zuzki rozpraszał cienie przeszłości.
Przy choince Nina podarowała Zuzannie manualnie robioną szmacianą lalkę. Dziewczynka przytuliła prezent, a potem rzuciła się Ninie na szyję, szepcząc: Kocham cię, babciu. Naprawdę.
Światła na choince migotały delikatnie, jakby dawały znak, iż nadszedł nowy początek. Wtedy zrozumiałam, iż rodzina to nie tylko więzy krwi, ale serca, które potrafią odnaleźć się choćby na śnieżnej drodze przez życie. Nikt z nas nie był już sam a z kuchni, przez otwarte okno, wyraźnie rozchodził się zapach chleba i nadziei.
Na zewnątrz śnieg padał cicho, przykrywając dawne smutki nową, czystą kartką. A w naszym domu, ogrzanym ogniem i obecnością bliskich, słychać było tylko śmiech i cichy szept:
Damy radę, póki jesteśmy razem.













