Basia Wieczorek miała pięćdziesiąt trzy lata i pierwszy raz od dwudziestu jeden lat pomalowała paznokcie na czerwono, siedząc sama w salonie „Perłowa" przy ulicy Krakowskiej w Radomiu. Zwykły wtorek, druga po południu, deszcz za oknem, w telewizorze w poczekalni leciał akurat program kulinarny, którego nikt nie oglądał. Kosztowało to sześćdziesiąt osiem złotych.
Jej mąż, Zenon, nazwał to „wyrzucaniem pieniędzy" jeszcze przed śniadaniem. Powiedział to, mieszając cukier w herbacie, nie patrząc na nią, jakby mówił do kubka, a nie do żony. Basia wyszła mimo to. Wzięła torebkę, zamknęła drzwi i pojechała autobusem numer 5, bo samochód akurat był w warsztacie, a raczej — jak się później okazało — Zenon po prostu nie chciał jej podwieźć.
W salonie kosmetyczka, dziewczyna o imieniu Ola, spytała, jaki kolor. Basia powiedziała: czerwony, ten najbardziej czerwony, jaki macie. Ola uniosła brwi, uśmiechnęła się i powiedziała, iż akurat ma nowy lakier, „Ferrari Red", jeszcze nikomu go nie nakładała. Basia patrzyła, jak pędzelek kładzie warstwę za warstwą, i myślała o córce, Marcie, która trzy tygodnie wcześniej powiedziała jej przez telefon: mamo, ty się w ogóle nie uśmiechasz na zdjęciach z wesela Kasi. Nie zauważyłaś?
Nie zauważyła. Bo faktycznie od jakiegoś czasu nie było czego zauważać.
Dwadzieścia jeden lat temu, jeszcze przed ślubem z Zenonem, Basia tańczyła. Nie zawodowo — po prostu tańczyła, na dyskotekach w Radomiu, na weselach kuzynek, w kuchni rodziców przy piosenkach z radia. Miała wtedy sklep z galanterią przy Żeromskiego, prowadziła go razem z siostrą, Elą, i wieczorami, po zamknięciu, tańczyły obie między regałami, śmiejąc się do łez. Potem był ślub, potem syn Kuba, potem Marta, potem Zenon przejął rodzinny warsztat samochodowy po ojcu i zaczął mówić, iż tańczenie „nie przystoi kobiecie po trzydziestce", a śmiech na cały głos to „robienie z siebie widowiska".
Basia posłuchała. Przez dwadzieścia jeden lat.
W salonie Ola skończyła drugą rękę i powiedziała: pani Basiu, ale pani ma piękne dłonie, tylko trzeba było wcześniej to podkreślić. Basia spojrzała na paznokcie, czerwone, lśniące, i poczuła coś, czego nie potrafiła nazwać — jakby ktoś na chwilę odkręcił zakręcony kran.
Wróciła do domu koło piątej. Zenon siedział w salonie, oglądał mecz, choćby nie odwrócił głowy.
— No i po co ci to było — powiedział, kiedy w końcu zauważył jej ręce, niosące torbę z zakupami. — Wyglądasz jak nastolatka. W twoim wieku.
— Podobają mi się — odpowiedziała Basia i poszła do kuchni.
To był początek, ale nie koniec. Bo tydzień później, na urodzinach wnuczki u Marty, Basia włączyła w telefonie piosenkę, którą kochała jako dwudziestolatka — „Prawy do lewego" zespołu Boys — i zaczęła tańczyć w salonie córki, między krzesłami, z kieliszkiem w ręku, śmiejąc się głośno, kiedy pomyliła kroki. Marta nagrała to na telefon, śmiejąc się razem z nią. Zenon wstał i wyszedł na balkon, nie mówiąc słowa.
W drodze do domu, w samochodzie, powiedział to, co naprawdę myślał od tygodnia:
— Ludzie patrzą, Basiu. Twoja siostra pytała, co się z tobą dzieje. Śmiejesz się jak nie wiadomo kto.
— A wcześniej się nie śmiałam, to nikt nie pytał?
Zenon nie odpowiedział. Włączył radio.
Tamtej nocy Basia nie spała. Leżała w ciemności obok męża, który chrapał spokojnie, jakby nic się nie stało, i myślała o warsztacie przy ulicy Wjazdowej — warsztacie, który jej ojciec, mechanik z czterdziestoletnim stażem, zapisał na nią i na Zenona po połowie, jeszcze zanim umarł jedenaście lat temu. Nigdy nie sprawdzała papierów. Ufała.
Rano, kiedy Zenon pojechał do warsztatu, Basia wzięła z szuflady w sekretarzyku szarą kopertę z napisem „Dokumenty — Wjazdowa 14" i pojechała do notariusza, pana Krzysztofa Dudę, którego numer dała jej kiedyś Ela.
Okazało się, iż cztery lata wcześniej Zenon przepisał na siebie całość udziałów w warsztacie — z jej podpisem, o którym Basia nic nie pamiętała, choć podpis rzeczywiście wyglądał jak jej. Notariusz, starszy mężczyzna o zmęczonych oczach, powiedział wprost: proszę pani, ten dokument budzi wątpliwości, może pani żądać ekspertyzy grafologicznej, jeżeli twierdzi pani, iż tego nie podpisywała.
Basia siedziała w tym gabinecie, patrząc na swoje czerwone paznokcie na tle papierów, i po raz pierwszy od lat poczuła nie żal, tylko chłód, jasny jak zimowe powietrze.
Kolacja tego wieczoru była zwyczajna — kotlet schabowy, ziemniaki, ogórek kiszony. Zenon jadł, mówiąc coś o klientach, którzy nie płacą na czas. Basia poczekała, aż skończy, potem wyjęła z torebki teczkę i położyła ją na stole obok talerza.
— Co to jest — spytał, wycierając usta serwetką.
— Wniosek do prokuratury o zbadanie podpisu na akcie przeniesienia udziałów w warsztacie. I pismo do notariusza o wstrzymanie dalszych czynności do czasu wyjaśnienia. Kopię już złożyłam.
Zenon zamarł z widelcem w powietrzu.
— Basiu, o co ci chodzi, przecież to nasz wspólny…
— Nie jest wspólny od czterech lat, Zenon. Sam to załatwiłeś. Bez mnie.
Powiedziała to bez podniesionego głosu, tak jak mówi się o pogodzie. Wstała, zebrała talerze, odstawiła je do zlewu i włączyła radio, które stało na parapecie od lat, prawie nieużywane. Poleciała stara piosenka, ta sama, którą tańczyła w kuchni z Elą dwadzieścia parę lat temu.
Zenon siedział przy stole, nieruchomy, podczas gdy ona myła naczynia, kołysząc lekko biodrami do rytmu, jakby był sam w pokoju, a nie ona.
Trzy tygodnie później przyszło pismo z sądu — sprawa o zabezpieczenie majątkowe ruszyła, ekspertyza potwierdziła niezgodności w podpisie. Zenon zjawił się w warsztacie i zastał tam Kubę, syna, który od dawna pomagał ojcu, ale tym razem trzymał w ręku kopię postanowienia sądu i mówił spokojnie: tato, mama ma prawo do połowy, sąd tak zdecydował, na razie nic więcej nie robimy, tylko czekamy na rozprawę.
Zenon wrócił do domu wieczorem i zastał Basię w kuchni — tańczącą, tym razem bez muzyki, tylko nucąc pod nosem, malując sobie paznokcie na nowo, tym razem na różowo, bo uznała, iż czerwony był na początek, a różowy jest na teraz.
Nie powiedział nic. Usiadł przy stole i po raz pierwszy od dwudziestu jeden lat patrzył, jak jego żona się uśmiecha, nie mając już żadnego prawa, żeby jej tego zabronić.














