Halina siedziała przy oknie, obserwując uliczny ruch. Autobusy jednakowo skrzypiały hamulcami, przechodnie spieszyli w swoich sprawach, a ona rozmyślała o tym samym – o liście, który przyszedł wczoraj. Czarna koperta ze złotą obwódką leżała na kuchennym stole całą dobę, ale nie mogła się zdobyć, by ją otworzyć.
– Mamo, co siedzisz jak słup soli? – Tadeusz wpadł do mieszkania jak huragan, rzucając plecak w kąt. – Znów się zamartwiasz? Lepiej zróbmy obiad, głód mnie wilczy.
– Najedz się, najedz – westchnęła Halina, nie odrywając wzroku od ulicy. – Klopsy są w lodówce, można podgrzać w mikrofonie.
Syn zatrzymał się na środku pokoju, przyjrzał matce uważniej. Coś w jej posturze było nie tak, zbyt spięta.
– Co się stało? – Tadeusz podszedł bliżej. – Wyglądasz… no, dziwnie.
– Nic nadzwyczajnego – Halina odwróciła się do niego. – Ot, list przyszedł. Zastanawiam się, czy otwierać.
– Jaki list? Od kogo?
– Od notariusza. Z Warszawy.
Tadeusz zmarszczył brwi. Listy od notariuszy zwykle nie wróżyły nic dobrego. Albo długi, albo procesy, albo inne problemy.
– Co może być w liście od notariusza? – zapytał ostrożnie.
– Nie wiem. Może ciocia Krysia coś zapisała. Mieszkała w Warszawie ostatnie lata, miała mieszkanko. Ale nie miałyśmy kontaktu, dobrych dziesięć lat.
Halina wstała, weszła do kuchni. List leżał wciąż w tym samym miejscu, jakby szydził z jej niezdecydowania.
– Mamo, może jednak otworzymy? – Tadeusz wziął kopertę. – Co gorszego się stanie, jak poznamy prawdę?
– Gorszego może być wiele – burknęła matka. – Nagle jakieś zobowiązania, jej długi. Albo coś. Nie chcę problemów na głowę.
– A może wręcz przeciwnie, coś dobrego? – Tadeusz był już gotów podrzeć kopertę, ale matka powstrzymała go gestem.
– Zaczekaj. Daj pomyśleć.
Lecz myślenie kilka dawało. Ciocia Krystyna była kuzynką Haliny, dorastały w jednym podwórku, ale ich drogi rozeszły się dawno temu. Krysia wyjechała do stolicy zaraz po studiach, tam wyszła za mąż, pracowała w jakimś instytucie naukowym. Dzieci nie miała, męża też od dawna nie było. A Halina została w rodzinnym miasteczku, urodziła Tadeusza, wcześnie owdowiała, całe życie pracowała jako przedszkolanka.
Ostatni raz widziały się na pogrzebie dziadka, równe dziesięć lat temu. Krysia wydała jej się wtedy obcą, stołeczną damą w drogim płaszczu, która z wyższością patrzyła na prowincjonalną rodzinę.
– Dobra, otwórz – zdecydowała się w końcu Halina. – Ale jeżeli stanie się z tego coś niedobrego, ostrzegałam.
Tadeusz starannie otworzył kopertę, wyjął kilka kartek papieru. Przejrzał pierwsze linijki i gwizdnął przeciągle.
– Mamo, tu pisze, iż ciocia Krystyna zapisała ci mieszkanie w Warszawie.
– Co? – Halina o mało nie upuściła filiżanki z herbatą. – Jakie mieszkanie?
– Dwupokojowe, koło metra Żoliborz. I jeszcze jest konto bankowe… – Tadeusz przewracał stronice, a jego oczy stawały się coraz większe. – Mamo, to całkiem pokaźna kwota.
Halina opadła na krzesło, bo nogi nagle stały się jak z waty.
– Niemożliwe. Przecież prawie się nie kontaktowałyśmy. Za co mi to wszystko?
– W liście jest też kartka od niej. Odręczna. – Tadeusz podał matce mały świstek.
*”Halinko, jeżeli czytasz ten list, znaczy, iż mnie już nie ma. Wiem, oddaliłyśmy się od siebie i to w dużej mierze moja wina. Zawsze myślałam, iż przede mną jeszcze dużo czasu, iż jeszcze nadrobię porzucone więzi. Ale czas potrafi kończyć się nieoczekiwanie. Chcę, by moje mieszkanie trafiło do ciebie. Zawsze byłaś dobrą duszą, żyłaś dla innych. Czas pomyśleć i o sobie. Twoja Krysia”.*
Halina czytała kartkę kilka razy, nie wierząc własnym oczom. Łzy same spływały jej po policzkach.
– Co to za koniec? – wyszeptała. – Umarła, a ja choćby nie wiedziałam. Nie byłam na pogrzebie, nie pożegnałam…
– Mamo, nie wiń siebie. Skąd miałaś wiedzieć? – Tadeusz objął matkę za ramiona. – Może po prostu tego nie chciała. Niektóre osoby wolą odejść po cichu.
– Ale.
Halinie chodziły po głowie obrazy cioci Krysi w ostatnich miesiącach życia. Samotnej, chorej być może. Czemu nie napisała wcześniej? Czemu nie poprosiła o pomoc? Przeklęta duma, pewno. Albo wstyd po tylu latach milczenia.
Nazajutrz Halina wzięła wolne w pracy i wraz z Tadeuszem pojechała do notariusza, by omówić szczegóły spadku. Prawnik okazał się miłym mężczyzną w średnim wieku, który cierpliwie wyłożył zawiłości procedur.
– Mieszkanie jest porządne – poinformował. – Byłem tam osobiście z ramienia zmarłej. Dwa pokoje, czwarte piętro, świeży remont. W bloku winda, tuż obok metro, sklepy. Fajna dzielnica.
– A czemu zapisała akurat mnie? – nie wytrzymała Halina.
– K
Helena patrzyła na zaśnieżone lipy w podwórku, myśląc jak dziwnie los splata ludzkie życiorysy, iż to właśnie ona w jesieni życia znalazła wreszcie przestrzeń na własne, spóźnione szczęście.