Synowa przyłapała teściową w swojej kuchni i…

polregion.pl 1 dzień temu

Renata Kwiatkowska stała na środku kuchni, trzymając w dłoniach doniczkę z fiołkiem. Fiołek był Ewy. Kupiła go na targu w zeszłym kwietniu, długo się zastanawiała między trzema, aż w końcu wybrała ten, który miał najrówniejsze liście. Postawiła na parapet, podlewała co niedzielę. I oto teraz teściowa trzymała doniczkę jak jakieś podejrzane znalezisko, które trzeba dokładnie obejrzeć, zanim się wyrzuci.

Pani Renato, co pani robi?

Ewa weszła do kuchni w podkoszulku i dresach. Marysia dopiero co zasnęła po obiedzie i Ewa liczyła na chwilę świętego spokoju. Zamiast tego usłyszała stukot kroków, brzęk naczyń i szelest reklamówek.

Sprzątam, powiedziała Renata, nie odwracając choćby głowy. Znowu postawiłaś go nie tam, gdzie trzeba. Tutaj całkiem zasłania światło, Ewka.

On stoi tam, gdzie go postawiłam. Na parapecie, specjalnie wybrałam do tego ten kąt.

A źle zrobiłaś. Wschodnia strona. Fiołki nie lubią porannego słońca.

Proszę popatrzeć, jak pięknie rośnie! O, patrzcie na pąki.

Bo młody jest. Potem zwiędnie. Ja go postawię tutaj, koło lodówki, na półce. Tam mu lepiej będzie.

Ewa weszła spokojnie do kuchni, wyjęła fiołka z rąk teściowej i bez słowa postawiła go z powrotem na parapecie.

Pani Renato, bardzo proszę, żeby nie przestawiała pani moich rzeczy.

Renata spojrzała na nią zdziwiona, jakby właśnie usłyszała absurdalne nowe prawo.

Ewka, ja przecież nie twoje rzeczy przestawiam, ja chcę pomóc.

Doceniam, naprawdę. Ale to jest moja kuchnia. Sama decyduję, co gdzie stoi.

Twoja kuchnia, Renata uniosła brwi i odwróciła się do zlewu. No dobrze, jak sobie życzysz.

Zaczęła szorować kran gąbką, tak zamaszyście, iż woda chlupała aż na podłogę. Ewa patrzyła na szerokie plecy teściowej w musztardowej bluzie i myślała: po co tu przyszłaś w środę bez zapowiedzi? Klucz w zamku, drzwi się otwierają i już jesteś, wśród cudzych rzeczy, i tłumaczysz mi, co i gdzie należy ustawić.

Nie powiedziała tego jednak na głos.

Kiedy Marysia się obudzi? zapytała Renata, wciąż odwrócona plecami.

Pewnie za półtorej godziny.

To ja na razie tu trochę posprzątam, dobrze? Ty odpocznij.

Ewa otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła. Powiedziała tylko wyważonym tonem:

Pani Renato, u mnie jest porządek.

Widziałam, krótka pauza. Ale kran był lekko w zaciekach.

Ewa nalała sobie wody i patrzyła przez okno na fiołka. Jeden z pąków już prawie się rozwijał, fioletowy, z białą obwódką. Marysia codziennie pchała w niego palcem i powtarzała: Twiotek. Ewa poprawiała: Kwiatuszek. Marysia śmiała się i mówiła jeszcze raz: Twiotek.

Odłożyła szklankę i wyszła do pokoju. Drzwi nie zamknęła zamykanie drzwi to już gest, a ona nie chciała kłótni. Marzyła tylko, żeby teściowa sama wyszła, zauważyła, iż się wtrąca, iż inni tutaj mieszkają i mają własne życie. Ale Renata chyba tego nie rozumiała. Albo rozumiała i kompletnie ją to nie interesowało.

Po dwudziestu minutach w kuchni zaczął pachnieć rosół taki swojski, porządny, cały blok czuje, iż powstaje obiad.

Ewa weszła do kuchni.

W jej garnku coś się gotowało.

Co się tutaj dzieje? zapytała.

Ugotowałam zupę. Rosół, z makaronem. Krzysiek z pracy wróci głodny, a u ciebie w lodówce pustki.

Mam kaszę gryczaną. I kotlety.

Kotlety z wczoraj. Wyrzuciłam.

Ewa zamarła.

Wyrzuciła pani moje kotlety?

Od wczoraj tam stały, Ewka. Jeszcze się zatrujecie.

Kotlety były dobre. Miałam je dziś odgrzać. Sama je zrobiłam.

Oj, kotlety to grosze. Zupę masz za to świeżą.

Ewa patrzyła na garnek. Zupa bulgotała, makaron pęczniał w żółtym rosole, pachniało cudownie. To złościło najbardziej iż ten zapach był naprawdę dobry, iż zupa ugotowana była jej garnku, na jej kuchni, z produktów, które Renata pewnie sama przyniosła, i iż Ewa teraz miała się jakoś do tego odnieść.

Dziękuję, ale proszę więcej nie wyrzucać mojej jedzenia.

Ja z dobrego serca tylko! Pomóc chciałam.

Wiem. Ale proszę, nie wyrzucać. Dobrze?

Renata zamieszała rosół. Nic nie odpowiedziała.

Ewa usiadła przy stole i patrzyła, jak teściowa sprawnie sprząta, myje łyżkę, wyciera blat. Poruszała się po kuchni jakby mieszkała tu od zawsze wiedziała, co w której szafce, niczego nie szukała dwa razy. To znaczyło jedno: już tu bywała sama. Może, gdy Ewa poszła do mamy, może kiedy spała, może na spacerze z Marysią? Po prostu przychodziła i buszowała po mieszkaniu.

Pani Renato, Ewa odezwała się, jak często pani tu przychodzi?

Zdarzy się czasem, jak trzeba.

„Jak trzeba” to znaczy kiedy?

Renata spojrzała na nią. Twarz otwarta, choćby trochę obrażona.

Ewka, o co ci chodzi? Przecież nie jestem tu obca. Krzysiek to mój syn.

Tak. To też moje mieszkanie.

No i co z tego? Nie mogę zajrzeć?

Może pani. o ile wcześniej powiemy, iż czekamy.

Pauza była długa. Renata patrzyła tym wzrokiem, który Ewa już znała mieszanka zdziwienia i ukrytej pretensji, która jeszcze dziś wieczorem zamieni się w rozmowę z Krzyśkiem.

Dobrze, powiedziała teściowa. Jak chcesz.

Zostawiła rosół na gazie. Wyszła dopiero godzinę później, jeszcze zanim Marysia się obudziła. Pocałowała wnuczkę przez drzwi (cichutko, bo śpi!), zabrala klucze.

Wieczorem Krzysiek wrócił, ledwie zdjął buty i już:

O, mama była? Pachnie rosołem.
Tak.
Ale pachnie

Krzysiek.

Spojrzał na nią, powiesił kurtkę.

O co chodzi?

Przyszła bez zapowiedzi. Wyrzuciła kotlety. Przestawiała moje rzeczy. Chodziła po całym domu.

Ewka, ona tylko pomóc

Wiem, słyszałam to już sto razy. Chcę, żebyś z nią pogadał, żeby dzwoniła, zanim przyjdzie.

Złamał kawałek chleba, żuł w półmroku.

Pogadam.

Ty zawsze tak mówisz.

To pogadam jeszcze raz.

Ewa nalała mu zupy, postawiła talerz. Skosztował.

Dobrze ugotowane, powiedział, zerkając z boku.

Ewa milczała.

Parę dni później Renata przyszła znowu. Tym razem w piątek, około drugiej. Marysia zaczynała się budzić, Ewa szła do niej, gdy znów przekręcił się klucz w zamku.

Obudziła się już księżniczka! głos rozlał się po korytarzu jak domowa zupa. Babcia przyszła!

Marysia przestała płakać od razu zawsze przestawała na głos babci. Ewa nie wiedziała, czy się z tego cieszyć, czy płakać.

Renata już wyciągała ręce do wnuczki. Marysia wyciągnęła się w odpowiedzi.

Cześć, mruknęła Ewa niepewnie.

Cześć, cześć! Renata wzięła wnuczkę, wtuliła, zakręciła się kilka razy. Stęskniłam się. Nie dzwoniłaś?

Nie. Ewa poprawiła kołdrę. Przecież byłam na miejscu.

Spokojnie, ja po cichutku. Nie przeszkadzam.

Przeszły razem do kuchni. Ewa zrobiła herbatę, Marysia jadła chleb z masłem na kolanach babci masło i chleb babcia przyniosła ze sobą, razem z czymś jeszcze, czego Ewa nie rozpoznała.

Mam tu torcik, oznajmiła Renata. Z cukierni, biszkoptowy. Marysia lubi słodkie.

Marysia nie je ciasta.

Jak to?

Ma dwa i pół roku. Staram się jej jeszcze ograniczać słodycze. Miała reakcję na krem czekoladowy.

To był krem, tu jest waniliowy.

Proszę mi zaufać.

Ewka, kawałeczek dziecka nie zabije. Renata mówiła z łagodnością, co było o wiele gorsze niż gdyby była zła. Swojego wychowałam, nic go nie zjadło.

Każde dziecko jest inne. Marysia ma swoje reakcje.

Przesadzasz.

Możliwe. Ale to moje dziecko i proszę nie dawać jej tortu.

Marysia sięgnęła po torbę, Renata delikatnie ją schowała pod stołem.

Dobrze, uśmiechnęła się. Bez ciasta.

Dziękuję.

Piły herbatę. Marysia bawiła się garnkiem i drewnianą łyżką (którą Renata wyjęła z szuflady bez pytania, Ewa zauważyła, ale nie skomentowała była czysta).

Jak Krzysiek w pracy? zagadnęła teściowa.

Dobrze. Zmęczony.

Zawsze tak miał. Oddaje się, potem pada. Pomieszała sobie herbatę. Przydałby mu się urlop. Planujecie coś na lato?

Jeszcze nie wiemy.

Mogłabym wziąć Marysię na działkę. Tylko świeże powietrze, ogródek, cisza.

Pomyślę.

Co tu myśleć? Ustalmy, lipiec będzie idealny.

Powiedziałam pomyślę.

Patrzyły na siebie. Ewa ścisnęła kubek dwoma rękami, odpowiadała uparcie wzrokiem. Renata odwróciła się do Marysi:

Marysiu, chodź do babci!

Mała powlokła się po linoleum. Babcia wzięła ją na ręce, pogłaskała po włosach.

Ewa pozmywała naczynia, zerknęła przez okno. Fiołek stał na swoim miejscu, drugi pąk już się zbliżał do rozkwitu.

Oczywiście tort jednak się znalazł. Gdy Ewa poszła odebrać telefon, wróciła i zobaczyła, jak Marysia z euforią trzyma kawałek biszkopta, a Renata patrzy na nią z triumfem.

Pani Renato!

Malutki kawałeczek Ewka! Sama sięgnęła!

Sięga po wszystko, co pani da. Jest dzieckiem.

No właśnie. Dziecko, nie trzeba aż tak się bać.

Ewa ostrożnie wyjęła biszkopt z ręki córki i dała jej plaster jabłka. Marysia nie zapłakała, tylko zaskoczona na nią spojrzała, po chwili wróciła do garnka.

Prosiłam, żeby nie dawać jej tortu, powiedziała Ewa spokojnie.

SAMA sięgnęła, mówiłam przecież.

Następnym razem, gdy sięgnie, proszę powiedzieć nie. Dorośli potrafią powiedzieć nie dziecku.

Renata wstała, wzięła torbę.

No to ja już pójdę.

Dobrze.

Jesteś zła.

Nie. Proszę tylko przestrzegać zasad, kiedy pani tu jest.

Twoje zasady, zamknęła torbę. Rozumiem.

Wyszła. Marysia pomachała przez korytarz: Pa pa!. Renata odpowiedziała cicho: Pa, słoneczko!. Drzwi się zamknęły.

Ewa schowała tort do torebki, postawiła przy drzwiach, żeby nie zapomnieć oddać.

Wieczorem Krzysiek znowu powiedział: Przecież ona po prostu kocha Marysię.

Ewa odpowiedziała: Wiem.

No to o co adekwatnie chodzi?

Milczała długo, potem powiedziała: Krzysiek, rozumiesz, iż ona przychodzi, kiedy chce, robi co chce, nie pyta się mnie o zgodę? To nasz dom. Nie mam zamiaru walczyć o prawo do decydowania, co je moje dziecko.

Krzysiek siedział na kanapie, patrzył w telefon. W końcu go odłożył.

Pomogła nam z mieszkaniem, Ewka.

No i proszę.

Ewa założyła ręce na kolanach.

Pamiętam.

Bez niej wynajmowalibyśmy jeszcze pięć lat.

Pamiętam, Krzysiek.

Może powinnaś no wiesz

Co? Tolerować? Pozwalać na wszystko, bo dała nam pieniądze?

Nie odpowiedział.

Tak to nie działa, powiedziała Ewa. Pomoc nie może być biletem wstępu non stop.

Podniósł telefon.

Porozmawiam z nią.

Już dwa razy mówiłeś, iż pogadasz.

To jeszcze raz porozmawiam, Ewka. Czego chcesz ode mnie?

Chciała, żeby zrozumiał sam, bez jej słów. Ale wiedziała, iż nie rozumie a może nie chce zrozumieć, bo to byłoby niewygodne. Musiałby coś zrobić, a to groziło kłótnią z matką a tej bał się bardziej niż milczenia żony.

Niczego, Krzysiek. Dobranoc.

Wstała i poszła sprawdzić Marysię.

Córka spała rozrzucona na całym łóżku, buzią w poduszkę. Ewa delikatnie ją przekręciła na plecy. Marysia wymamrotała coś niezrozumiałego, nie obudziła się. Ewa postała chwilę w ciszy, nasłuchując jej oddechu.

Minął tydzień. Potem kolejny.

W sobotę rano zadzwoniła Renata:

Ewka, chciałam wpaść jutro. Jak tam u was?

Jutro mamy zajęty dzień.

Jak to zajęty? Krzysiek mówił, iż siedzicie w domu.

Siedzimy, ale mamy swoje plany. Może innym razem?

Pauza.

Kupiłam Marysi zabawkę, chciałam jej dać osobiście.

Może pani dać Krzyśkowi, przekaże.

Kolejna pauza, jeszcze dłuższa.

No dobrze, głos Renaty stawał się inny nie obrażony, po prostu inny. W porządku.

Wieczorem Krzysiek powiedział:

Mama się obraziła.

Wiem.

Mówi, iż nie wpuszczasz jej do domu.

Nie wpuszczam bez zapowiedzi. To dwie różne rzeczy.

Dla niej to jedno i to samo.

Ewa składała pranie na łóżku. Sięgnęła po prześcieradło, roztrzepała, wygładziła.

Krzysiek, po której stronie stoisz?

Po żadnej. Chciałbym, żebyście się dogadały

Nie. To nie kwestia dogadania. Chodzi o to, kto tu decyduje. Ona czy my?

Patrzył, jak składa pranie.

My.

Dobrze. To porozmawiaj z nią raz na serio. Bez żartów. Wyjaśnij, iż bez dzwonienia nie przychodzi. Że moje prośby odnośnie Marysi są obowiązujące. I iż musi oddać klucze.

Podniósł głowę.

Klucze?

Tak. Klucze.

Ewka, to ją bardzo zaboli.

A mnie jej wizyty nie bolą?

To nie to samo.

A czemu?

Milczenie.

Bo ona jest matką, powiedział w końcu cicho.

A ja matką Marysi. I żoną w tym domu. Ewa odłożyła prześcieradło na półkę. Nie mówię, iż ma nie przychodzić. Powinna dzwonić. Powinna pytać. I przestrzegać moich zasad. To naprawdę niewiele.

Nie odpowiedział. Wyszedł do kuchni. Słyszała, jak włącza czajnik.

Ewa wzięła kolejną rzecz z koszyka Marysina bluza z kaczuszkami. Jednego guzika trzeba przyszyć. Odłożyła ją osobno.

Dwa tygodnie później Renata zadzwoniła do Krzyśka, powiedziała, iż ma urodziny siostrzeńca i jednak nie może w piątek, ale chciałaby wpaść w sobotę, jeżeli można. Krzysiek powiedział: Oczywiście, mamo. Ewie nie powiedział nic.

W sobotę Ewa otworzyła drzwi i zobaczyła teściową z naręczem siatek.

O, cześć. Krzysiek mówił, iż przyjedziesz.

No to jestem.

Wchodź.

Pomogła wnieść torby: ziemniaki, cebula, słoik ogórków, kawałek schabu, jabłka, mąka.

Chciałam zrobić pierogi, wyjaśniła Renata, rozkładając wszystko na stole. Krzysiek uwielbia z kapustą.

Pani Renato, chciałabym tylko prosić

Ewka, masz wałek? Swój nie zabrałam.

Mam, ale

To super. Zaraz zrobię ciasto, jak Marysia śpi.

Już myła ręce, już sama grzebała po szafkach, bo wiedziała, gdzie co jest znała ten dom lepiej niż niejedna gospodyni.

Ewa wyszła do sypialni. Krzysiek czytał coś w telefonie.

Powiedziałeś mamie, iż może przyjechać?

Podniósł wzrok.

No tak. Chciała

Nie zapytałeś mnie.

Bo byś powiedziała nie.

A tu cała prawda w jednej prostej odpowiedzi. Powiedziałbyś nie, to po co pytać.

Ewa stała chwilę w milczeniu. Za ścianą słychać było, jak Renata tłucze garami. Najpierw cebula, potem coś przypalonego, znowu cebula.

Następnym razem najpierw pytasz, powiedziała cicho. Zawsze. Rozumiemy się?

Odpowiedział coś pod nosem, już jej nie słuchała. Poszła do Marysi, która właśnie otwierała oczy.

Renata zrobiła pierogi pyszne, rumiane, z chrupiącą kapustą. Marysia zjadła jednego całego i domagała się jeszcze. Babcia promieniała. Ewa jadła w ciszy, myśląc o kotletach, biszkopcie i fiołku na parapecie.

Kiedy Renata wychodziła, zatrzymała się w przedpokoju i spojrzała na ścianę.

Tutaj przydałaby się półka na buty. Na podłodze niewygodnie.

Pomyślimy, rzucił Krzysiek.

Widziałam na rynku, drewniane, tanie. Mogę kupić.

Nie trzeba, wcięła się Ewa. Sami zdecydujemy.

Renata spojrzała na nią, potem na Krzyśka, potem wyszła.

Drzwi się zamknęły.

Po co tak? jęknął Krzysiek.

Jak?

Chciała pomóc.

Chciała nam powiesić półkę w przedpokoju, bez nas. To nie pomoc, to wtrącanie się.

Poszedł do kuchni. Słyszała, jak wyjada ostatniego pieroga.

Była połowa kwietnia, chłodno. Ewa chodziła z Marysią na spacery przed obiadem, po powrocie kładła ją spać i zajmowała się codziennymi sprawami: praniem, prasowaniem, gotowaniem. Czasem czytała książkę, jeżeli Marysia dała jej dłuższą przerwę. Życie niewielkie, ale własne.

W jeden z takich dni, gdy Marysia spała, a Ewka siedziała z książką przy oknie, znów zamek w drzwiach kliknął.

Odłożyła książkę.

Renata weszła, rozejrzała się, zauważyła Ewkę:

O, jesteś. To dobrze, nie zajmę długo.

Pani Renato.

Sekundkę, Ewka. Przyniosłam nowe firanki. Piękne. Tamte już wyblakły.

Rozwinęła zawiniątko solidne, beżowe zasłony w drobne wzory.

Proszę się zatrzymać.

Renata spojrzała.

Co?

Proszę niczego nie wieszać. Ja nie chcę nowych firanek. Tamte mi się podobają.

Ale przecież są zwyczajne, te są ładniejsze, kupiłam na promocji.

Proszę, przestańmy z tym. Prosiłam już wcześniej dzwonić i pytać przed przyjściem. I nie chcę zmiany firanek. To moje, wybierałam je. Proszę zabrać swoje ze sobą.

Renata długo patrzyła na Ewę. W końcu zwinęła zasłony.

No dobrze, powiedziała. Ty tu rządzisz.

Ton taki, iż można by dodać jeszcze: uparta jesteś albo niewdzięczna.

Tak, odpowiedziała Ewa, tu rządzę.

Renata wyszła bez herbaty, pierwszy raz od miesięcy bez drobnych napraw i nie zostawiła niczego na kuchence.

Wieczorem Krzysiek:

Mama dzwoniła. Przykro jej.

Wiem.

Mówi, iż byłaś nieprzyjemna.

Nie byłam nieprzyjemna. Po prostu poprosiłam, żeby przestrzegała zasad.

Chciała pomóc.

Krzysiek Czy naprawdę uważasz, iż o ile ktoś chce pomóc, to może robić, co mu się podoba w cudzym domu?

Milczał.

Bo jeżeli tak, to mamy bardzo różne poglądy. jeżeli nie proszę, wspieraj mnie. Mnie, nie ją.

Ujął jej dłoń, potrzymał chwilę, odłożył.

Pogadam z nią, szepnął.

Już pięć razy tak mówiłeś.

Ewka

Pięć razy, Krzysiek.

Odłożył jej rękę i wyszedł.

Zmyła naczynia, wytarła blaty, przestawiła fiołka na drugi koniec parapetu. Już trzy pąki się rozwinęły, czwarty niemal gotowy.

Koniec kwietnia. Krzysiek kończył trzydziestkę.

Ewa przygotowała imprezę z rozmachem. Znalazła przepis na tort miodowy, z kremem ze śmietany i kajmaku. Kupiła wszystko, co trzeba. Upiekła wieczorem blaty, złożyła tort w nocy, wstawiła na noc do lodówki.

Gości miało być niewielu: dwoje przyjaciół z żonami, siostra Krzyśka z mężem i oczywiście Renata.

Ewa zastawiła stół: sałatka jarzynowa, pieczona ryba, kiszone ogórki, wędlina. Na bogato.

Renata przyszła pierwsza. Tym razem zadzwoniła chciała pomóc. Ewa powiedziała, iż wszystko już gotowe, tylko żeby przyszła.

O, jak ładnie. Rozglądała się po kuchni. Rybka?

Tak, łosoś.

Krzysiek woli sandacza.

Dziś jemy łososia.

No dobrze. Delikatnie przesunęła widelec o centymetr. Tort też sama?

Sama. Miodowy.

Krzysiek woli napoleonki.

Nigdy nie mówił.

No to ja wiem.

Ewa pokroiła chleb. Milczała.

Zrobiłabym napoleonki, bym zdążyła.

Tort już jest. Jest dobry.

O, zobaczymy.

Przyszli goście, zrobiło się gwarno, Marysia biegała między nogami, każdy ją częstował ciastkiem. Ewa pilnowała, by za dużo nie dostała.

Krzyśkowi humor dopisywał, rozmawiał z przyjaciółmi, śmiał się, napił trochę wina. Ewa patrzyła na niego i myślała: jest dobrym facetem. Po prostu utknął gdzieś pomiędzy mną i matką i myśli, iż to nie jego problem.

Przy stole Renata siedziała dokładnie naprzeciwko Ewy.

Gdy podano tort, miodowy, pokrojony już na kawałki, Renata odzywa się do żony kolegi Krzyśka:

Miodowy. Ewa sama zrobiła.

Super, ładnie pachnie, odpowiada tamta.

No, miodowe są specyficzne, nie każdy lubi. Trochę ciężki.

Ktoś sięgnął po kawałek. Ewa postawiła talerz i uciekła do kuchni.

Stała tam minutę, oddech wyrównywała. Po chwili wróciła do stołu.

Pod koniec wieczoru, kiedy Marysia już zasypiała na rękach, Ewa zabrała ją na górę. Renata szła za nimi:

Ja ją ułożę.

Sama ułożę.

Ewka, jesteś zmęczona. Pozwól.

Sama, pani Renato.

Renata zatrzymała się. Od salonu dobiegał śmiech i szczęk szkła.

Zawsze tak, szepnęła, ja tylko pomóc, a ty zawsze się złościsz. To boli.

Ewa spojrzała na nią Marysia już prawie zasypiała przytulona do ramienia.

Pani Renato, to nie złość. Sama ułożę swoje dziecko. To moje prawo.

Położyła córkę, pogłaskała po głowie. Marysia natychmiast usnęła. Ewa zamknęła drzwi i wróciła do salonu.

Goście wychodzili. Siostra Krzyśka szeptała coś bratu, kolega już się pakował w kurtkę. Robiło się pusto.

Renata grzebała przy stole w kuchni. Ewa podeszła teściowa ładowała sałatkę jarzynową do swojego pojemniczka.

Co pani robi?

Biorę nadmiar, szkoda, żeby się zmarnowało.

Nie zmarnuje się, zjemy jutro.

Oj, tam jeszcze pół miski.

Sama wezmę, jeżeli będę chciała, pani Renato.

No już

Proszę oddać pojemnik.

Głos Ewy był spokojny. Właśnie ten ton sprawił, iż Renata spojrzała na nią uważnie, zatrzymała się.

Co się z tobą dzieje? spytała.

Nic. Proszę oddać pojemnik.

Renata położyła go na stole. Chwila ciszy.

Ewka, nie jestem ci wrogiem.

Wiem.

Kocham Krzyśka, kocham Marysię.

Wiem, schowała pojemnik do lodówki. Ale to nasza rodzina. Krzysiek ma żonę i córkę. Potrzebujemy trochę przestrzeni.

Jakiej przestrzeni? O co ci chodzi?

O to właśnie Ewa odwróciła się. Z salonu dolatywały jeszcze głosy, kuchnia była pusta, tylko one dwie. Przychodzi pani bez zapowiedzi. Robi, co pani chce wyrzuca jedzenie, przestawia rzeczy, przywozi zasłony bez pytania, karmi Marysię tym, czego proszę nie podawać. Dzisiaj przy wszystkich powiedziała pani, iż mój tort jest zły bo Krzysiek woli inny. To nieprawda. Krzyśka nigdy mi tego nie mówił. Ale choćby gdyby mówił to przed gośćmi się takich rzeczy nie mówi.

Renata zamilkła.

Nie jestem wrogiem pani, ciągnęła Ewa. Ja chcę, żebyśmy miały normalne relacje, ale do tego są potrzebne jasne zasady. Dla wszystkich.

Wyrzucasz mnie?

Proszę tylko o szacunek do naszego domu.

Szanuję.

Niestety nie do końca. Ewa odetchnęła. Proszę pożegnać się z gośćmi i iść już do siebie. Jutro chcę pogadać z Krzyśkiem.

Renata chwyciła torbę, zapięła, spojrzała długo.

Dobrze, powiedziała.

Wyszedłszy do salonu, uściskała Krzyśka, cmoknęła go w policzek. Coś powiedział, ona się zaśmiała, krótko. Pożegnała się z gośćmi. Zajrzała do pokoiku Marysi, ale było tam już ciemno i tylko przymknęła drzwi. Potem wyszła.

Krzysiek zamknął drzwi, wrócił do kuchni.

Jestem padnięty, mruknął, przecierając czoło.

Usiądź, powiedziała Ewa. Musimy pogadać.

Usiadł, spojrzał na nią.

Tak na poważnie?

Tak.

Postawiła mu herbatę, usiadła naprzeciwko.

Krzysiek, chcę, żebyś zabrał mamie klucze.

Odstawił szklankę.

Co?

Klucze do naszego mieszkania. Chcę, żebyś je zabrał.

Długie milczenie, patrzył w herbatę.

Ewka, to

Wiem, co powiesz: iż się obrazi, iż będzie jej przykro, iż dała nam pieniądze Ewa mówiła spokojnie, wolno. Chcę ci coś zaproponować: weźmy kredyt na jej część. Oddamy jej, co włożyła. Zamkniemy rachunki. Wtedy nie będzie czuła się uprawniona do odwiedzin, bo dołożyła się do mieszkania.

Ale Wstał, chodził po kuchni. Przecież normalnie spłacimy kredyt. Po co te nerwy?

Żebyś więcej nie mówił pomogła nam z mieszkaniem, kiedy wszystko jest wywracane do góry nogami.

Nie mówię tak.

Mówisz. Za każdym razem.

Stanął przy oknie. Za oknem rozświetlone inne mieszkania, ktoś podlewał kwiaty.

Mama jest trudna, rzucił. Po śmierci taty była z nami sama, wszystko załatwiała, wszystko przez nią szło.

Rozumiem.

To nie ze złości.

Wiem i to. Krzysiek, nie każę ci jej nie kochać, tylko rozdzielić role. Masz rodzinę. Ona musi znać granice.

Będzie jej bardzo przykro przez te klucze.

Może. Ale albo respektuje nasze zasady, albo oddaje klucze. To nie okrucieństwo, tylko porządek.

Obrócił się.

Wyprosiłaś ją dziś.

Poprosiłam, żeby poszła. To coś innego.

Była bardzo przybita.

Ja też byłam setki razy. Gdy wyrzuciła kotlety. Dała tort Marysi mimo mojej prośby. Skrytykowała mnie przy gościach. Ewa wstała. Proszę, zrób to raz porządnie.

Milczał długo.

Powie, iż jesteśmy niewdzięczni.

Może.

Że wybrałem ciebie.

Może.

Ja się z tym źle czuję.

Wiem.

Siedzieli w kuchni, cicho. Za ścianą spała Marysia.

Naprawdę chcesz kredytu?

Chcę mieć naprawdę własny dom, nie kupiony za cudze pieniądze.

Przecież już jest nasz.

Dopóki ona ma klucz, nie do końca.

Podszedł, wziął łyk herbaty.

Daj mi parę dni.

Dobrze.

Pogadam z nią.

Dobrze.

O kluczach i wszystkim.

Dobrze, Krzysiek.

Podniósł głowę.

Tort był dobry, powiedział. Naprawdę.

Nie odpowiedziała. Umyła szklanki.

Nic się nie działo przez trzy dni. Renata nie dzwoniła. Krzysiek chodził do pracy, potem jadł, bawił się chwilę z Marysią. Był cichutki.

Czwartego dnia wieczorem powiedział:

Dzwoniłem do niej.

Ewa spojrzała.

I?

Było ciężko. Potarł kark. Płakała.

Wiem.

Mówiła, iż nas nie obchodzą jej uczucia.

Zawsze tak mówi.

No zawiesił głos. Wyjaśniłem jej z kluczami, dzwonieniem, niezbieraniem w domu, słuchaniem twoich zaleceń wobec Marysi.

Zgodziła się?

Nie od razu. Twierdziła, iż jestem pod twoim pantoflem. Że ją wyżeniasz.

A ty?

Powiedziałem, iż razem zdecydowaliśmy.

Ewa westchnęła.

Dzięki.

O klucze prosi, by poczekać tydzień. Mówi, iż odda, ale potrzebuje czasu.

To nie odpowiedź.

Ewka, daj jej tydzień. o ile nie odda, pojadę po nie sam.

Dobrze. Tydzień.

Kiwał głową. Rozwinął gazetę z pracy.

O kredycie myślałem, rzucił, nie odrywając wzroku. Chyba masz rację. Trzeba policzyć.

Policzmy.

Mam znajomego w banku, można się dowiedzieć.

Dobrze.

Było cicho zwyczajnie domowo, nie nerwowo. Marysia w drugim pokoju szeptała do klocków.

Ewa zajrzała do niej. Marysia budowała wieżę.

Wieża! wołała Ewa.

Wieża! Marysia postawiła kolejny klocek.

Wieża się zachwiała, ale nie runęła.

Po tygodniu Renata dzwoni w środę i pyta, czy może wpaść w sobotę czy pasuje. Ewa mówi, iż pasuje. Przychodzi punktualnie o trzeciej.

Ma ze sobą mały pakunek: książeczkę obrazkową dla Marysi, wręczoną prosto w ręce.

O zwierzątkach. Marysia lubi zwierzątka.

Dziękuję, mówi Ewa.

Babcia! Marysia dobiega z pokoju.

Renata przytula ją mocno. Nad głową Marysi patrzy na Ewę z czymś nowym nie obrażeniem, nie. Raczej czymś innym.

Piją herbatę, rozmawiają o pogodzie, o działce Renaty, o tym, iż lato będzie gorące. Marysia przewraca książeczkę, pokazuje: lisek, zajączek, miś.

Miś! wykrzykuje Marysia.

Miś, potwierdza babcia.

Pod koniec, Renata wyjmuje klucze, odpina jeden, kładzie na stole.

Tak, jak się umawialiśmy.

Krzysiek zabiera klucz, wkłada do kieszeni.

Dzięki, mamo.

Nie ma za co. Dopija herbatę. Umawiajcie się, kiedy chcecie, to przyjdę. Jak ustaliliśmy.

Jasne, potwierdza Krzysiek.

Nie mam nic przeciwko, by przychodzić po umówieniu. Rozumiem rodzina. Macie swoje życie.

Jesteśmy zawsze zadowoleni, jak jesteś, mówi Krzysiek.

Spojrzała na niego, potem na Ewę.

Wiem, oznajmiła.

Może to prawda, a może nie. Ewa nie zastanawiała się już nad tym.

Renata wyszła w pół do szóstej. Marysia pomachała jej z okna. Renata machnęła z chodnika.

Krzysiek zamyka okno.

No, odzywa się.

No, odpowiada Ewa.

Marysia odeszła do pokoju z książeczką. Zostali sami, wyglądali przez okno.

Długo nie dzwoniła, mruknął Krzysiek. Ciężko jej.

Wiem.

Nie żałujesz?

Ewa naprawdę się zastanowiła.

Nie, powiedziała. Nie żałuję.

Ja też nie.

Stali przy oknie i patrzyli, jak Renata Kwiatkowska schodzi w musztardowej bluzie, z torbą na ramieniu, aż do rogu ulicy, potem znika.

Może przestawimy wreszcie tę szafę? odzywa się nagle Krzysiek.

Którą?

W przedpokoju. Przesunęła ją kiedyś, pamiętasz? Ty mówiłaś, iż źle stoi.

Pamiętasz?

Pamiętam.

Ewa spojrzała na niego.

Teraz?

Czemu nie.

Przenieśli się do przedpokoju. Szafa była przesunięta zbyt blisko ściany, Ewa zawsze wolała, by stała po skosie, wtedy łatwiej otwierały się drzwi.

Krzysiek złapał za jeden bok, Ewa za drugi.

Raz, dwa powiedział.

Szafa wróciła na swoje miejsce. Drzwi otworzyły się lekko.

No! rzucił Krzysiek.

No!

Z pokoju przyszła Marysia z książeczką.

Mamusiu, patrz, lisek!

Lisek, potwierdziła Ewa. Lisek chytry.

Chytry! zakrzyknęła Marysia i wróciła do siebie.

Ewa poszła do kuchni, nalała sobie wody, postawiła szklankę na stole i spojrzała na parapet.

Fiołek stał tam, gdzie ona go postawiła. Trzy kwiaty kwitły, czwarty właśnie się rozwijał. Liście ciemnozielone, proste. Nic nie zwiędło i nie zamierzało.

Idź do oryginalnego materiału