Światło na Wietrze

twojacena.pl 1 miesiąc temu

**ŚWIECZKA NA WIETRZE**

Bożena Nowak zdjęła lateksowe rękawiczki i maseczkę, wrzuciła je do metalowej miski i, wyczerpana do granic możliwości, wyszła z sali operacyjnej. To była jedna z tych operacji, gdzie stawką jest życie. Pacjent, Jerzy Wiśniewski, starszy mężczyzna z chorym sercem, cudem wytrzymał narkozę.

Teraz pozostawało tylko czekać…

Nocy Bożena nie spała. Leżała na wąskim łóżku w pokoju lekarzy, wpatrując się w sufit. Biała, popękana tynkowa powłoka zdawała się wciągać ją w siebie, przypominając o przeszłości, którą dawno ukryła głęboko w sercu. Te pęknięcia wyglądały jak przedłużenie tego, co zostało daleko w tyle — małej, zasypanej śniegiem wsi Brzeźno pod Białymstokiem, gdzie zaczynało się jej dorosłe życie.

Bożena zamknęła oczy, a czas cofnął się wstecz. Znów miała dziewiętnaście lat, stała przy rozwalającym się kościele — starym, drewnianym, z czarną sadzą na ścianach i dzwonem, który milcząco wisiał w przejściu.

W tamtych latach, po ukończeniu studiów, wysłano ją na prowincję. Tam po raz pierwszy poznała smak życia wśród ciszy, siarczystych mrozów i ludzkiej obojętności.

Do tego kościoła weszła pewnego dnia, bo tak jakoś przyszło jej do głowy. W środku pachniało kurzem, chłodem i woskiem. Postawiła świeczkę, mając nadzieję, iż choć tu poczuje trochę ciepła.

— Coś cię gnębi, siostrzyczko? — usłyszała nagle głos za plecami.

Przed nią stał młody ksiądz — ojciec Marek.

— Ot, tak wpadłam — odpowiedziała, wymuszając uśmiech.

Od tamtej pory zaglądała częściej. Ich rozmowy były długie i ciche. Wydawał się jej bliski — mądry, wrażliwy. Jakby rozumiał, jak działa jej dusza.

Pewnego dnia szepnęła:
— Dziś są urodziny taty. Był żołnierzem. Zginął w 1919 roku, w Wilnie…

Nie wiedziała, iż to będzie zgubna pomyłka.

Tej nocy drzwi jej domu zatrzęsły się od uderzeń. Bożena narzuciła szlafrok, otworzyła — i wszystko się skończyło.

Rewizja, wrzaski, wyzwiska. Ojciec Marek okazał się kapusiem. Wydał ją za „antysocjalistyczne” rozmowy.

W areszcie nie bito jej od razu. Najpierw była przesłuchanie. Funkcjonariusz był niski, łysiejący, z oczami pełnymi zmęczenia.

— Siadaj. Jestem Tadeusz Kozłowski. Nie bój się — powiedział cicho. — Nie wszyscy tu są zwierzętami. Choć czasy takie, iż człowiek jak świeczka na wietrze. ale dmuchniesz — i już go nie ma…

Nie bił. Patrzył ze współczuciem.

— Nie wyciągnę cię stąd, Bożenko. Ale do łagru też nie dam cię wysłać. Spróbuję zesłać cię na osiedlenie. I módl się, by nikt więcej twoją sprawą się nie zainteresował.

Tak trafiła do Brzeźna.

Wiodła tam jedna droga — zaśnieżona, prosta jak strzała. Zima była sroga.

Na początku nikt nie chciał jej przyjąć — unikano zesłańców. Pukała do każdego domu i za każdym razem słyszała „Nie!” lub po prostu ciszę.

— Ludzi spotkasz choćby na końcu świata — przypomniała sobie słowa Kozłowskiego.

Drzwi otworzyła tylko jedna kobieta — Krystyna, młoda wdowa.

— Wejdź. Tylko się nie wygłupiaj.

Tak Bożena została u niej. Pracowała w ogrodzie, leczyła mieszkańców, opiekowała się dziećmi i zwierzętami. Ludzie powoli zaczynali jej ufać.

Minęły dwa lata. Co dwa tygodnie meldowała się w urzędzie. Naczelnik, Jan Kowalski, przyjmował ją bez słowa, obojętnie stawiając podpis w księdze.

W trzecim roku wszystko się zmieniło.

Był wieczór. Zawieja.

Pod dom Krystyny podjechały sanie. Wpadł Kowalski, cały w śniegu.

— Córka umiera. Pomóż.

Bożena zebrała rzeczy. Przybyli do jego domu.

Na łóżku leżała może siedmioletnia dziewczynka. Szara twarz, zapadnięte policzki, ledwo słyszalny oddech. W kącie nudziła się lekarka z miejscowego ośrodka.

— Błonica — rzuciła.

— Macie skalpel?

— Przywiozą. Za jakieś pięć godzin.

— Za pięć godzin będzie za późno — odcięła Bożena. — Potrzebuję noża, świecy i spirytusu.

Kowalski jak szalony znosił wszystko. Bożena zdezynfekowała nóż, wbiła go w gardło dziecka — ropień pękł.

Twarz zalala ropa i krew. Matka rzuciła się na nią — biła, wrzeszczała. Kowalski odciągnął żonę.

Bożena spędziła noc przy łóżku dziewczynki. Rano Marysia zaczęła oddychać. Po dobie już się bawiła.

Przed wyjściem matka podeszła do Bożeny.

— Wybacz. Myślałam, iż ty… a ty ją uratowałaś. Weź — podała torbę z jedzeniem, kocem i haftowanymi poszewkami.

Kowalski przyjeżdżał jeszcze nie raz. Przywoził żywność. Już nie żądał podpisów w księdze. Okazał się mniej zimny — po prostu życie go zahartowało.

Po półtora roku Bożena wróciła do miasta. Obroniła doktorat, wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci.

Minęło wiele lat.

Pewnego dnia, spacerując po mieście, stanęła przed tym samym kościołem. Wszystko się zmieniło: czysto, jasno, zadbanie.

Weszła. Pusto. Zakonnica zamiatała podłogę.

— Czy mogę zobaczyć ojca Marka?

— Nie żyje. Wypadek samochodowy. Sześć lat temu.

Bożena spojrzała w twarz młodego księdza.

— Jest pani jedną z tych, których wydał? — zapytał.

Skinęła głową.

— Bóg nie wybacza zła, które czyni się w Jego domu — powiedział cicho.

Postawiła świeczkę — za ojca, za swoją młodość, za ból.

Pewnego dnia na wizytę zapisał się starszy mężczyzna.

— Rak żołądka. Słabe serce — czytała historię choroby. — Nazwisko: Jerzy Wiśniewski.

Podniosła wzrok — i zamarła. To był on. Tamten funkcjonariusz.

— Bożenko? — rozpoznał ją. — Nie może być…

Rozmawiali długo. Opowiedział, iż rok później doniesiono na niego. Sam odsiedział — pięć lat.

— Co pani powie, doktor?

— Szanse niewielkie, Jerzy. Ale spróbujemy.

Nocy Bożena nie spała. ZadzwoniłaNastępnego ranka, gdy pierwsze promienie słońca przebiły się przez firankę, usłyszała telefon od pielęgniarki: „Pan Wiśniewski prosi o filiżankę mocnej kawy i uśmiech – podobno ma dziś dobry dzień”.

Idź do oryginalnego materiału