Wiesz co, muszę Ci coś opowiedzieć, bo czuję taki ciężar na sercu, iż aż trudno mi to ogarnąć myślami. To wszystko zaczęło się przez moją teściową i to, co ostatnio odkryłam.
Mam dwójkę dzieciaków. Każde z innym ojcem. Moja starsza, Jagoda, ma teraz szesnaście lat. Jej tata, mój pierwszy mąż, płaci jej alimenty i naprawdę się interesuje jej życiem. Chociaż jest już od dawna żonaty z nową żoną i ma z nią dwójkę maluchów, nie zapomina o Jagodzie. Często dzwoni, odprowadza ją do szkoły, zabiera czasem na lody czy pizzę, no taki porządny facet.
Z kolei mój syn, Michał, miał mniej szczęścia. Dwa lata temu mój drugi mąż, Marek, bardzo ciężko zachorował, a zaledwie trzy dni później odszedł w szpitalu. Minęło trochę czasu, ale wciąż nie mogę pogodzić się z tym, iż go już nie ma. Są dni, kiedy mam wrażenie, iż zaraz otworzą się drzwi i wejdzie z uśmiechem jak zawsze, powie: Dzień dobry, Malwina! wtedy beczę cały dzień bez opamiętania.
Przez ten trudny czas ogromnie wspierała mnie mama Marka, Halina. Sama też przecież straciła syna, swojego jedynaka. Trzymałyśmy się razem, wspierałyśmy się tak, jakbyśmy naprawdę były rodziną z krwi i kości. Dzwoniłyśmy do siebie po nocach, spotykałyśmy się na kawie, czasami płakałyśmy razem nad wspomnieniami, a czasami śmiałyśmy się z jego starych żartów.
Byłyśmy już tak blisko, iż choćby zastanawiałyśmy się przez chwilę, czy nie zamieszkać razem, ale Halina jednak zmieniła zdanie w ostatniej chwili. Jakoś tak minęło siedem lat. Zawsze mieliśmy świetny kontakt, naprawdę, byłam przekonana, iż znalazłam w niej nie tylko teściową, ale i przyjaciółkę.
Pamiętam jak dziś, iż kiedy byłam w ciąży, Halina ni z tego, ni z owego zaczęła mówić coś o badaniu na ojcostwo. Tłumaczyła, iż oglądała w telewizji nowy talk-show, gdzie gość dowiedział się po latach, iż nie wychowuje własnego dziecka. Możesz sobie wyobrazić, jak się wtedy poczułam od razu jej powiedziałam, iż to zupełnie niepotrzebne gadanie, bo jak facet ma wątpliwości, to i tak nie będzie dobrym ojcem, tylko takim tatą z niedzieli.
Halina zapewniała mnie, iż wierzy, iż Marek jest tatą Michała, ale mimo to miałam przeczucie, iż po porodzie będzie chciała mnie zagnębić tym testem. No ale potem temat ucichł i choćby o tym nie myślałam, życie toczyło się swoim rytmem.
A tu nagle w tym roku, latem, Halina poważnie zachorowała. Naprawdę było źle i trzeba było ją sprowadzić bliżej mnie, żeby mieć ją na oku. Znalazłyśmy pośrednika, zaczęłyśmy rozglądać się za jakimś małym mieszkaniem gdzieś na Pradze. Ale nim zdążyłyśmy cokolwiek załatwić, Halina trafiła do szpitala. Musiała być tam na dłużej, a potrzebowaliśmy aktu zgonu jej męża do jakichś formalności związanych z mieszkaniem i pośrednikiem.
Halina była słaba, nie mogła wstać z łóżka, więc to ja pojechałam do jej bloku na Bródnie, żeby poszukać tych papierów. Przetrząsałam szuflady, teczki i koperty, aż w końcu znalazłam dokumenty po dziadku Michała a tam, w jednej z przegródek, zauważyłam jeszcze inny świstek test DNA. Słuchaj, normalnie mnie zamurowało! Kiedy Michał miał dwa miesiące, Halina w tajemnicy zrobiła badanie na ojcostwo i, jak się okazało, test wszystko potwierdził.
Wiesz, poczułam się strasznie zraniona. Okazało się, iż przez cały czas Halina mi nie ufała i chociaż gadała o zaufaniu, za moimi plecami sprawdziła, czy mówię prawdę. Nie wytrzymałam, powiedziałam jej o tym, a ona zaczęła mnie przepraszać, płakała, mówiła, iż była głupia i bardzo żałuje. Ale ja nie potrafię wybaczyć tak od ręki. Mam wrażenie, iż odebrano mi kawałek zaufania, coś, co już się nie da naprawić.
I powiem Ci szczerze tak bardzo nie mam teraz ochoty jej pomagać Ale Halina nie ma nikogo oprócz mnie i Michała. Byłoby głupio odwrócić się teraz, tym bardziej, iż mój syn przecież potrzebuje babci. Pomogę jej, bo wiem, iż to ważne, ale już nigdy nie będziemy tak blisko, jak dawniej. Coś się w środku we mnie wypaliło i tego już raczej nie odzyskamMijają tygodnie. Halina powoli dochodzi do siebie, choć czasem w jej oczach widać ten lęk, którego trudno się pozbyć. Wpadam do niej co kilka dni, zanoszę zakupy, rozmawiamy o planach na wiosnę Michał chce zabrać ją na spacer do ZOO, opowiada o szkole i nowych przyjaciołach. Widzę, iż z każdym spotkaniem babcia coraz bardziej się rozkleja, próbuje być dla niego najlepszą wersją siebie, jaką tylko potrafi.
A ja? Powoli uczę się na nowo ufać, choć to zupełnie inne zaufanie. Może bardziej do siebie, do świata, do tego, iż choćby po największym rozczarowaniu można, jak Jagoda mówi, posklejać serce na taśmę klejącą i żyć dalej. Nie zapomnę tego rozczarowania nigdy, ale nie chcę już pozwalać, by przeszłość odbierała mi przyszłe wspomnienia.
Czasem wieczorami siadam w kuchni, patrzę na dzieci, na zdjęcia Marka, na rozrzucane po stole zeszyty. Myślę wtedy, jak to wszystko dziwnie się układa. Jak życie nie pyta, czy jesteś gotowa na trudne rzeczy, tylko je przynosi raz za razem. Ale dopóki umiemy się gdzieś tam po drodze chwycić czyjejś dłoni, choćby choćby lekko drżącej, to chyba wciąż jesteśmy rodziną.
I wiesz co? Może właśnie o to chodzi, żeby w największej zawierusze nie zgubić siebie. Żeby mieć odwagę wybaczać, choćby jeżeli to wybaczenie będzie trochę krzywe, nieidealne jak domowe ciasto, które pękło z jednej strony, a i tak smakuje najlepiej na świecie. I żeby, kiedy patrzysz na swoje dzieci i babcię, umieć szczerze powiedzieć: Może nie zawsze umieliśmy się ze sobą dogadać, ale spróbujmy jeszcze raz. Na przekór wszystkiemu.












