Zostałam służącą
Kiedy postanowiłam wyjść za mąż, mój syn Paweł i jego żona Agnieszka byli absolutnie zszokowani tą wiadomością. Nie wiedzieli, jak się do niej odnieść i wyraźnie krępowali się rozmawiać na ten temat.
Czy ty naprawdę jesteś gotowa przewrócić swoje życie do góry nogami w tym wieku? zapytała niepewnie Agnieszka, zerkając na Pawła.
Mamo, po co ci takie rewolucje? denerwował się Paweł. Rozumiem, jesteś sama od lat i tak naprawdę oddałaś całe życie na moje wychowanie, ale teraz wychodzić za mąż? Przecież to nie ma sensu.
Jesteście młodzi, dlatego tak myślicie odpowiedziałam spokojnie. Mam już sześćdziesiąt trzy lata i nikt nie wie, ile nam jeszcze czasu zostało. Ale mam prawo przeżyć resztę życia z ukochaną osobą.
Nie rób pochopnych kroków próbował mnie przekonać Paweł. Tego Władysława znasz przecież zaledwie od paru miesięcy, już gotowa jesteś zmienić wszystko?
W naszym wieku nie ma na co czekać i szkoda marnować czas przemyślałam. Czego tu jeszcze szukać? Jest dwa lata starszy ode mnie, mieszka z córką Martą i zięciem w trzypokojowym mieszkaniu, dostaje dobrą emeryturę, ma choćby działkę.
A gdzie będziecie mieszkać? nie rozumiał Paweł. Przecież u nas już się ledwo mieścimy, dla kolejnej osoby po prostu nie ma miejsca.
Nie martwcie się tak bardzo. Władysław nie myśli by zabierać nasze metry, więc przeprowadzam się do niego. Mieszkanie mają większe, z Martą od razu się dogadałam, wszyscy są dorośli, nie będzie żadnych awantur czy kłótni.
Paweł był przejęty, Agnieszka próbowała go przekonać, by zaakceptował moją decyzję.
Może po prostu jesteśmy samolubni? zastanawiała się. Wygodnie nam, iż twoja mama nam pomaga, często zajmuje się Helenką. Ale przecież ona ma prawo poukładać swoje życie po swojemu. Skoro nadarzyła się okazja, nie powinniśmy jej przeszkadzać.
Mogliby tylko razem zamieszkać, po co od razu ślub? nie rozumiał Paweł. Zaraz będą tańce, weselne konkursy… nie dość jeszcze nam brakuje.
Starsze pokolenie, może im tak bezpieczniej próbowała znaleźć wytłumaczenie Agnieszka.
Tak więc finalnie wyszłam za Władysława. Poznaliśmy się na spacerze w parku, a niedługo zamieszkałam w jego mieszkaniu. Początki były dobre domownicy mnie zaakceptowali, mąż nie sprawiał przykrości, a ja uwierzyłam, iż na stare lata mam prawo do szczęścia. Przez pewien czas cieszyłam się każdym dniem. Jednak gwałtownie przyszły pierwsze trudności bycia częścią nowej rodziny.
Może mogłabyś zrobić na kolację pieczeń? zapytała Marta. Sama bym przygotowała, ale w pracy mam urwanie głowy, nie wyrabiam się, a ty masz dużo wolnego czasu.
Od razu zrozumiałam aluzję i przejęłam sprawy kuchni, a wraz z tym także zakupy, sprzątanie mieszkania, pranie i jeszcze wyjazdy na działkę.
Teraz jesteśmy małżeństwem, działka to nasza wspólna ziemia mówił Władysław. Córka z zięciem nie mają czasu jeździć, wnuczka za mała, wszystko będziemy robić razem.
Nie miałam z tym kłopotów, choćby polubiłam być częścią dużej, zgranej rodziny, gdzie pomoc jest czymś naturalnym. W pierwszym małżeństwie nie zaznałam tego uczucia mąż był leniwy i przebiegły, a potem zwyczajnie uciekł, gdy Paweł skończył dziesięć lat. Od tamtej pory minęło dwadzieścia lat, a o jego losach nic nie wiadomo. Teraz wydawało się, iż wreszcie wszystko jest na swoim miejscu, więc praca nie męczyła, a zmęczenie choćby miało swój urok.
Mamo, no ale gdzie ci z taką kondycją do pracy na działce? próbował zmartwiony Paweł. Po każdej wycieczce pewnie ci ciśnienie skacze, po co się męczysz?
Właśnie po to, bo sprawia mi to euforia odparłam. Wyhodujemy z Władysławem całą masę warzyw, na wszystkich wystarczy, i z wami się podzielimy.
Paweł miał jednak wątpliwości przez kilka miesięcy nikt ich nie zaprosił na kawę czy choćby na zapoznanie. Sami zapraszali Władysława, obiecywał, ale zawsze nie miał czasu, siły, możliwości. W końcu przestali nalegać, zdając sobie sprawę, iż nowa rodzina nie szczególnie interesuje się pielęgnowaniem relacji. Jedynym ich oczekiwaniem było, żebym była szczęśliwa.
Z początku rzeczywiście przeżywałam szczęśliwy czas i obowiązki mnie nie męczyły. Jednak z każdym tygodniem pracy przybywało aż za dużo. Władysław po przyjeździe na działkę od razu łapał się za plecy czy narzekał na serce, więc ja sprzątałam, grabiłam liście, zbierałam gałęzie i wywoziłam śmieci.
Znowu barszcz? krzywił się Antoni, zięć Władysława. Wczoraj też był, miałem nadzieję na coś nowego.
Nie zdążyłam dziś nic ugotować, choćby zakupów nie mogłam zrobić próby tłumaczenia na kilka się zdały. Przez całe przedpołudnie prałam wszystkie zasłony i wieszałam z powrotem, bardzo się zmęczyłam, więc musiałam chwilę się położyć.
Rozumiem, ale nie przepadam za barszczem odsunął talerz Antoni.
Jutro Alicja zrobi nam wielką ucztę wtrącił się od razu Władysław.
Następnego dnia rzeczywiście spędziłam cały dzień w kuchni. Wieczorem wszystko zniknęło ze stołu w pół godziny. Potem zajmowałam się sprzątaniem i nie miało to końca. Co chwilę pojawiały się pretensje ze strony córki i zięcia, a Władysław im przytakiwał, ustawiając mnie w roli winnej za każdy drobiazg.
Też już nie jestem nastolatką, męczę się i naprawdę nie rozumiem, czemu mam wszystko robić sama? odważyłam się w końcu odpowiedzieć.
Jesteś moją żoną, więc dbanie o dom to twoja sprawa przypomniał mi Władysław.
Jako żona mam nie tylko obowiązki, ale też prawa rozpłakałam się.
Często się uspokajałam, próbowałam być dla wszystkich miła, dbać o atmosferę, robić wszystko jak najlepiej. Ale i mnie kiedyś skończyła się cierpliwość. Pewnego dnia Marta i Antoni wybierali się do znajomych i chcieli zostawić małą Zosię pod moją opieką.
Niech wnuczka zostanie z dziadkiem albo jedzie z wami, bo dziś idę do mojej wnuczki na imieniny zapowiedziałam.
A niby dlaczego wszyscy mamy się do ciebie dostosowywać? oburzyła się Marta.
Nie musicie, ale ja wam też niczego nie muszę przypomniałam. U mojej wnuczki dziś uroczystość. Informowałam was we wtorek. Nikt nie zwracał uwagi, a jeszcze mnie próbujecie w domu zatrzymać.
To już przesada ze złością powiedział Władysław. Marta ma swoje plany, a twoja wnuczka pozostało malutka, nic jej się nie stanie, jeżeli pogratulujesz jej jutro.
Nic się nie stanie, jeżeli pójdziemy we troje do mojej rodziny albo ty zostaniesz z Zosią, gdy mnie nie będzie odpowiedziałam stanowczo.
Wiedziałam, iż twój ślub to nic dobrego nie przyniesie prychnęła Marta. Gotuje przeciętnie, sprząta niezbyt dokładnie, a myśli tylko o sobie.
Po tym wszystkim, co tu zrobiłam przez ostatnie miesiące, ty też tak myślisz? zapytałam Władysława. Szczerze szukałeś żony, czy służącej do obsługi wszystkich zachcianek?
Teraz to już przesadzasz, a mnie chcesz zrobić winnego denerwował się Władysław. Nie zaczynaj kłótni bez powodu.
Zadałam proste pytanie i mam prawo usłyszeć odpowiedź nie odpuszczałam.
Skoro tak zaczynasz mówić, rób, co chcesz, ale w moim domu niedopuszczalne jest takie podejście do obowiązków powiedział z dumą.
Zatem składam wypowiedzenie odpowiedziałam i zaczęłam pakować swoje rzeczy.
Weźmiecie z powrotem nieudolną babcię? ciągnęłam torbę i prezent dla wnuczki. Wyszłam za mąż, wracam z powrotem, nie chce mi się o nic pytać, po prostu powiedzcie: przyjmiecie czy nie?
Oczywiście! rzucili się do mnie Paweł i Agnieszka. Twoja kanapa na ciebie czeka, cieszymy się, iż wróciłaś.
Naprawdę się cieszycie? chciałam usłyszeć te słowa.
A z jakiego innego powodu rodzina cieszy się z powrotu bliskiej osoby? dziwiła się Agnieszka.
I właśnie wtedy wiedziałam, iż nie jestem służącą. Owszem, pomagałam w domu i z wnuczką, ale syn i synowa nigdy mnie nie wykorzystywali. Tu byłam po prostu mamą, babcią i teściową członkiem rodziny, a nie pomocą domową. Na zawsze wróciłam do swojego domu, sama złożyłam wniosek o rozwód i starałam się już nie wracać pamięcią do tamtych wydarzeń.












