Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć, co mi się ostatnio przydarzyło. Z Adamem byłam przez półtora roku on 54 lata, ja 48. Poznaliśmy się przez portal randkowy, wiesz jak to jest. Wszystko zaczęło się naprawdę przyjemnie: pierwsza randka w zacisznej kawiarni w Krakowie, a już na trzecie spotkanie przyniósł mi tort zamówiony specjalnie na moje urodziny. Na torcie była napisana dedykacja: Dla Bogusi od człowieka, który cieszy się, iż się urodziłaś. A znaliśmy się wtedy dopiero trzy tygodnie.
Adam wydawał się facetem z gestem, ale bez przesadnej pokazówki. Po prostu potrafił czasem przynieść mi kwiaty bez okazji. Zaproponował też kiedyś wypad za miasto, żeby się przewietrzyć. Raz naprawił mi kran w łazience, a potem choćby zapłacił za remont u mojej mamy. Miał swoją własną pracownię naprawy sprzętu AGD, mieszkał sam.
Jesteś moją rodziną, Boguś powiedział mi kiedyś, po jakichś ośmiu miesiącach bycia razem. Syn już dorosły i mieszka daleko, z byłą żoną kontakt mam sporadyczny. A ty jesteś po prostu wszystkim, co mam.
No to wiesz ja mu uwierzyłam. Jak tu nie wierzyć facetowi, który nie tylko mówi ciepłe słowa, ale i niesie torty z dedykacją i przykręca ci kurek od wody, zamiast tylko obiecywać?
Cisza przez trzy tygodnie: jak brzmi zdrada bez kłótni i awantur
I nagle bach trafiam do szpitala. Pierwszy tydzień choćby nie byłam zła. Wiedziałam, iż on ma robotę, zamówienia, ta jego pracownia i wieczny kołowrotek. W drugim tygodniu zaczęłam się niepokoić. Gdy mijał trzeci tydzień leżenia, już widziałam czarno na białym, iż on się nie zjawi.
Leżałam wtedy na sali z panią Wandą miała koło siedemdziesiątki. W każdą sobotę jej mąż, pan Tadeusz, przynosił jej bukiet kwiatów. Pewnego dnia zapytała mnie:
Bogusiu, a twój chłopak kiedy przyjdzie? Chyba go jeszcze nie widziałam.
Adam ma dużo pracy odpowiedziałam.
Spojrzała na mnie przez okulary i powiedziała tak spokojnie:
Wszyscy mają pracę, kochana. Mój Tadek też tyra jak wół. Ale i tak pokonuje pół miasta, przesiada się trzy razy, a kręgosłup go boli… bo po prostu nie może nie przyjechać. Rozumiesz? To choćby nie kwestia chcenia. Po prostu nie potrafi nie przyjść. A jak facet potrafi nie przyjść… to może też i nie zostać.
Już zawsze w głowie mi dźwięczy ta jej fraza mądrzejsza niż tysiąc porad psychologów.
Wypisali mnie w środę. Wieczorem zadzwonił Adam:
Boguś, już jesteś w domu? Może w sobotę wpadnę, pogadamy?
W sobotę… za trzy dni. Ledwo co wróciłam do domu po operacji, a on mówi jakbyśmy mieli po prostu iść do kina.
Nie, Adam. Przyjedź dziś.
Przyjechał chyba po dwóch godzinach: z kwiatami, owocami i miną winowajcy. Usiadł na kuchni, od razu rzuciłam temat:
Adam, czemu przez te trzy tygodnie ani razu nie przyszedłeś?
Ale przecież codziennie dzwoniłem…
No tak, dzwoniłeś. Ale się nie zjawiłeś. Operacja, narkozy, szwy, prawie 39 stopni gorączki. Czekałam na ciebie w tej szpitalnej sali. A ty tylko pytałeś przez telefon jak się czujesz?.
Naprawdę chciałem przyjechać, Boguś. Ale w pracy miałem totalny Sajgon. Dwa duże zlecenia na raz, kumpel z pracy się zwolnił, robiłem robotę za trzech. Nie dałem rady znaleźć chwili.
Przez trzy tygodnie, choćby godziny? Do szpitala można przyjechać do ósmej, to kawałek drogi, 40 minut samochodem. Nie znalazłeś choćby jednej godziny, przez te 21 dni?
Nie rozumiesz, w jakim stanie byłem. Bardzo się martwiłem, serio. Ale nie mogłem zostawić warsztatu.
Nie mogłeś czy tak naprawdę nie chciałeś?
Zamilkł. I wtedy mnie olśniło przez te półtora roku nie chciałam widzieć prawdy: dla Adama martwić się i być obok to dwie różne rzeczy. Jemu to pierwsze spokojnie zastępuje drugie.
Wiesz, Boguś zaczął cicho. Ja po prostu nie potrafię chodzić po szpitalach. Nie umiem siedzieć przy łóżku, patrzeć na kroplówki, blade twarze. Po śmierci mojej mamy, która leżała w szpitalu, przez trzy lata nie mogłem przejść przez drzwi żadnej przychodni. Jak do ciebie zadzwoniłem i powiedziałaś, iż leżysz w szpitalu… chciałem przyjechać, ale za każdym razem mnie ściskało. Odkładałem na jutro. A potem na jeszcze następny dzień. I tak zleciały trzy tygodnie.
Serio, po tej rozmowie aż mnie ręce zdrętwiały. Nie nie chciałem. Nie nie kochałem. Nie nie miałem czasu. Tylko: Nie potrafię być obok, gdy komuś źle.
Adam, półtora roku byłeś przy mnie, gdy było fajnie. Kawiarnie, torty, wyjazdy. Naprawa kranu, składanie mebli u mamy. Gdy byłam zdrowa, wesoła i potrzebowałeś tylko towarzystwa. Ale jak przyszło co do czego naprawdę źle nie było cię. Tylko dzwoniłeś. Rozumiesz, iż dzwonić i być naprawdę przy kimś, są dwie różne rzeczy? Martwić się, to jeszcze nie być obok.
Wiem, zawiodłem.
To choćby nie zawód, Adam. Ty po prostu taki jesteś. A to znaczy dużo gorzej, bo charakteru się nie zmieni a winę można naprawić.
Kwiaty od cudzej miłości i decyzja, która w końcu przyszła w szpitalnej sali
Tamtego wieczora odjechał. Siedziałam z herbatą w kuchni i myślałam o pani Wandzie i jej Tadeuszu. Te trzy przesiadki, te kwiaty, ten ból pleców. Nie mówił jej nigdy jesteś moją rodziną. Po prostu przychodził. Bo dla niego to było niewykonalne nie przyjść.
A dla Adama jednak wykonalne. Dwadzieścia jeden dni z rzędu wykonalne. I w tym jednym słowie wykonalne kryje się cała prawda o naszym półtorarocznym byciu razem.
Po tygodniu Adam napisał mi długą wiadomość. Przepraszał, obiecywał poprawę, mówił o miłości i o tym, iż po prostu ogarnął go strach. Przeczytałam wszystko, do końca. I pierwszy raz nie poczułam ciepła.
Bo słowa bez czynów to jak tapeta bez ściany może ładnie wyglądać, ale nie da się w tym zamieszkać.
Nie odpisałam. Nie ze złości i nie z zemsty. Po prostu zrozumiałam wszystko do końca. Potrzebuję faceta, który przyjedzie. Nie takiego, co zadzwoni, bo tak trzeba. Takiego, dla którego, jeżeli mnie zabraknie obok, to nie potrafi nie ruszyć z bananami i pomarańczami pod pachą, prosto pod drzwi sali szpitalnej. Takiego, który nie tylko martwi się, ale po prostu nie może się powstrzymać, żeby być obok.
Szwy się zagoiły. Mama mówi, iż wyglądam lepiej niż przed operacją. Może dlatego, iż wycięli nie tylko to, co było w brzuchu.
I tak sobie jeszcze myślę Mam pytanie do innych kobiet. Czy też miałyście takiego faceta, który martwił się zdalnie dzwonił, pisał, ale nie pojawił się, kiedy naprawdę potrzebowałyście? Potrafiłyście to wybaczyć czy po prostu odpuściłyście?
A panowie bądźcie szczerzy. Jesteście z tych, dla których nie można nie przyjechać, czy raczej dzwonicie i na tym się kończy?
Nie umiem być przy kimś, jak jest źle to wytłumaczenie czy wyrok dla związku?








