27 kwietnia 2025 r.
Spotkałem kiedyś swoją byłą żonę i prawie zemdlałem z zazdrości.
Otworzyłem wściekle drzwi lodówki, ledwo nie przewróciłem półek, a jeden z magnesów z hukiem spadł na podłogę.
Kasia stała przede mną, blada, z napiętymi pięściami.
Lepiej już? wydusiła, podnosząc podbródek z wyzywającym spojrzeniem.
Naprawdę mnie denerwujesz wymamrotałem, starając się brzmieć spokojnie. Czy tak wygląda życie? Szara codzienność bez żadnego promienia nadziei?
Więc znowu to ja jestem winna? Kasia uśmiechnęła się gorzko. Oczywiście, nic nie dzieje się po twojej myśli.
Zaciśnięte zęby, chciałem coś odpowiedzieć, ale machnąłem ręką, rozbiłem kapselkę z wody mineralnej i z hukiem wylądowała na stole.
Marek, przestań milczeć w jej głosie brzmiała ostra nuta bólu. Powiedz, co dokładnie ci nie odpowiada?
Co mam tłumaczyć? skrzywiłem się gorzko. I tak nic nie zrozumiesz. Ile jeszcze mogę wytrzymywać tę beznadzieję? Niech wszystko się skończy!
Milczeliśmy, patrząc na siebie. Kasia wzięła głęboki oddech i poszła do łazienki. Ja ledwo usiadłem na kanapie. zza zamkniętych drzwi dobiegł głośny plusk wody prawdopodobnie odkręciła kran, by zagłuszyć jęki.
Było mi obojętne.
Trzy lata temu poślubiłem Kasię. Wprowadziliśmy się do mieszkania, które odziedziczyła po jej rodzicach. Po przejściu na emeryturę przenieśli się na wieś i zapisali mieszkanie na córkę. Chociaż lokum było przestronne, wciąż czułem w nim smugi PRLowskich lat: stare meble, odklejone tapety, podarte płytki w kuchni.
Początkowo nie przeszkadzało mi to centrum, piękna dzielnica, do biura na rękę. gwałtownie jednak wszystko mnie przytłoczyło. Kasia czuła się komfortowo w rodzinnym gnieździe, a ja miałem wrażenie, iż utknąłem w zamrożonej epoce.
Kasiu, przyznaj wielokrotnie zaczynałem rozmowę czy nie denerwuje cię to otoczenie? Nie czas na nowe tapety, nowy parkiet, trochę nowoczesnych rozwiązań?
Oczywiście, iż chcę odpowiadała spokojnie. Tylko musimy poczekać na premię albo stopniowo oszczędzać.
Znowu poczekamy? wkurzyłem się. Twoja strategia to siedzieć cicho i czekać!
Kiedyś chwaliłem się znajomym, iż odkopałem pączek, który kiedyś rozkwitnie i wszyscy będą pod wrażeniem. Teraz wiem, iż ten pączek zwiędł, nie otwierając się nigdy.
Kasia żyła prostymi przyjemnościami: kubkiem świeżo zaparzonej herbaty, wieczorną lekturą, nowym ręcznikiem w kuchni. Dla mnie to była nudna stagnacja.
Nie odważyłem się od niej odejść nie chciałem wrócić pod rodzicielskie skrzydło, z którym relacje były skomplikowane. A matka, Tamara Iljewna, zawsze popierała Kasię.
Synu, nie masz racji dokuczała. Kasia to wspaniała, rozsądna dziewczyna. Mieszkasz w jej mieszkaniu, więc po co ci całe niezadowolenie?
Mamo, ty i Kasia wtrąciłem się jesteście dwoma kroplami wody utkwionymi w kamiennym wieku.
Ojciec, Igor Siergiejewicz, tylko wzruszył ramionami:
Tamaro, niech się rozwiąże sama.
Patrząc na Kasię, czasem myślałem: Jak cień, który przytwierdził mnie do tego mieszkania.
W końcu mój spokój pękł.
Kasiu, nie mogę dłużej szepnąłem przy oknie.
Od czego? zapytała spokojnie, choć łzy migotały w jej oczach.
Od tej codzienności! Całe dnie spędzasz przy garnkach i ścierkach, a ja nie chcę tak zmarnować życia!
Bez słowa Kasia wzięła worek na śmieci, zamknęła drzwi i wyszła.
Zostałem sam, myśląc, iż zaraz wróci i namówi mnie, żebym nie odchodził. Gdy jednak wróciła, była niewzruszona.
Chyba naprawdę lepiej będzie nam osobno odrzucona odpowiedziała. Zbieraj rzeczy.
Co, zostaniesz tu sama, a ja odejdę? oburzyłem się. To też mój dom!
Mylisz się, Marek powiedziała z zimnym uśmiechem. To mieszkanie rodziców.
Po kilku tygodniach przeprowadziłem się do własnych rodziców. Złożyliśmy pozew o rozwód.
—
Trzy lata później
Mieszkałem w domu rodziców, wciąż przekonując siebie, iż niedługo znajdę własne lokum i wszystko się ułoży. Praca nie przynosiła sukcesów, nowe znajomości nie zamieniały się w trwałe relacje, a mama i tata coraz częściej podpowiadali, iż już jesteś dorosłym wujkiem, a nie nastolatkiem.
Pewnego wiosennego wieczoru, wracając późno do domu, zauważyłem małą kawiarnię przy ulicy Jana Pawła II, przytulnie oświetloną i z delikatną melodią w tle. Chciałem wejść, ale zatrzymał mnie nagły szok.
Przy wejściu stała Kasia. Nie była już tą, którą pamiętałem. Stylowy płaszcz, eleganckie uczesanie, klucze od samochodu, spokój w spojrzeniu wszystko świadczyło o pewności i szczęściu?
Kasiu? nieoczekiwanie wykrzyknąłem.
Odwróciła się i po chwili rozpoznała mnie.
Cześć, Marek przywitała się równym tonem.
Cześć Wyglądasz niesamowicie.
Dziękuję uśmiechnęła się. W końcu żyję tak, jak zawsze chciałam.
przez cały czas w tej samej pracy? nie powstrzymałem się.
Nie, otworzyłam własne studio florystyczne jej głos niósł dumną nutę. Długo się wahałam, ale ktoś mnie wesprze.
Kto to? wryłem się w pytanie, nie rozumiejąc własnego impulsu.
Z drzwi kawiarni wyszedł mężczyzna, objął Kasię ramieniem i rzekł:
Kochanie, zwolniłem stolik. Chodźmy?
Kasia zwróciła się do mnie:
To Vadem, poznaj go. A to Marek.
Miło mi było cię zobaczyć, Marek dodała, patrząc w moje oczy. Mam nadzieję, iż i ty znajdziesz coś dla siebie.
Skinąłem głową w milczeniu. Moje usta drżały, chciałem coś powiedzieć, ale słowa zamarły. Patrzyłem, jak Kasia, trzymając Vadem za rękę, odchodzi za drzwiami kawiarni, a w mojej piersi rosła gorzka zazdrość.
Dawniej mawiałem: Mieszkam z pączkiem, który nigdy nie rozkwitnie. Teraz widzę, iż pączek w końcu rozkwitł po prostu nie przy mnie.












