Spiżarnia i gamy Nie szukała w spiżarni wspomnień – chodziło jej tylko o słoik kiszonych ogórków do…

newsempire24.com 6 dni temu

Schowek i gamy

Anna weszła do schowka nie po wspomnienia, a po słoik kiszonych ogórków do sałatki. Na najwyższej półce, za pudłem z lampkami choinkowymi, wystawał róg futerału, który dawno już nie powinien być w tym mieszkaniu. Materiał pociemniał, zamek błyskawiczny zacinał się. Szarpnęła, a z głębi wysunęło się długie, wąskie ciało futerału, jak rozciągnięty cień.

Słoik postawiła na taborecie przy drzwiach, żeby nie zapomnieć, i przykucnęła tuż przy wejściu, jakby na takiej wysokości łatwiej nie podejmować decyzji. Zamek ustąpił dopiero za trzecim razem. W środku leżały skrzypce. Lakier na gryfie zmatowiał, struny wisiały smętnie, smyczek przypominał rozczapierzoną miotłę. Kształt pozostał ten sam i właśnie przez to coś w jej klatce piersiowej pstryknęło, jak włącznik lampki.

Anna wspomniała, jak w dziewiątej klasie targala ten futerał przez całą dzielnicę, wstydząc się, iż wygląda głupio. Potem był technikum, praca, ślub. I w końcu przyszło inne życie porzuciła muzyczną. Skrzypce oddano na przechowanie do rodziców, później przeprowadziły się razem z jej rzeczami, a teraz leżały w schowku nie obrażone, tylko zapomniane.

Wyjęła je ostrożnie, jakby mogły się rozsypać. Drewno było ciepłe od jej dłoni, choć w schowku panował chłód. Palce same znalazły gryf, ale od razu poczuła skrępowanie. Ręka nie pamiętała już, jak trzymać instrument zupełnie jakby była w obcym ciele.

Woda zaczęła kipieć w kuchni. Anna podniosła się, zamknęła schowek, ale futerału nie schowała z powrotem. Postawiła go w korytarzu, oprzemy do ściany. Poszła wyłączyć kuchenkę. Sałatkę można było zrobić i bez ogórka. Złapała się na tym, iż już szukała wymówki.

Wieczorem, gdy naczynia były już umyte, a na stole została tylko talerzyk z okruszkami chleba, przyniosła futerał do pokoju. Mąż, Marek, siedział przy telewizorze i bezwiednie przełączał kanały. Podniósł wzrok.

Co tam wyciągnęłaś?

Skrzypce odparła, sama się dziwiąc, jaka spokojna była ta odpowiedź.

Aha. Jeszcze działają? uśmiechnął się, ale bez złości, raczej z domowym, lekko zgryźliwym żartem.

Nie wiem. Zaraz się przekonam.

Otworzyła futerał na kanapie, podłożyła pod niego stary ręcznik, żeby nie porysować tapicerki. Wyjęła skrzypce, smyczek, małą kostkę kalafonii. Kalafonia była popękana niczym lód na kałuży. Przejechała smyczkiem po powierzchni, włoski ledwo dotknęły spękanej bryły.

Strojenie było osobnym upokorzeniem kołki stawiały opór, struny skrzypiały, jedna trzasnęła jej w palec. Zaklęła cicho, by sąsiedzi nie podsłuchali. Marek tylko chrząknął.

Może lepiej oddać do lutnika? podpowiedział.

Może odpowiedziała, czując już rozczarowanie. Nie na niego, na siebie iż choćby nie umie nastroić.

Na telefonie włączyła aplikację z tunerem, położyła go na ławie. Ekran pokazywał nuty, strzałka latała jak oszalała. Kręciła kołkami, słuchała, jak dźwięk się plącze, raz opada, raz za bardzo wystrzela. Ramię zdrętwiało, palce bolały od braku wprawy.

Gdy w końcu struny przestały brzmieć jak przewody na wietrze, podniosła skrzypce do brody. Podbródek był zimny i nagle skóra na szyi wydała się jej delikatniejsza. Próbowała ustawić się prosto, jak uczyli w szkole muzycznej, ale kręgosłup nie chciał współpracować. Zaśmiała się do siebie.

Koncert? rzucił Marek, nie odrywając wzroku od telewizora.

Dla Ciebie odpowiedziała. Przygotuj się.

Pierwszy dźwięk sprawił, iż aż się wzdrygnęła. Nie nuta, ale żal. Smyczek drżał, ręka nie umiała poprowadzić linii. Przerwała, westchnęła i próbowała jeszcze raz. Trochę lepiej, ale i tak wstyd.

Wstyd był inny, dorosły nie taki, jak kiedyś, iż cały świat patrzy. Teraz nie patrzył świat tylko ściany, Marek i jej własne, jakby obce dłonie.

Zagrała otwarte struny, powoli, licząc w myślach. Potem spróbowała gamy D-dur, palce lewej ręki zaczęły się mieszać, nie pamiętały, gdzie drugi, gdzie trzeci. Były grubsze, a poduszki nie trafiały pewnie. Na opuszkach nie było znanej bólu była tylko miękka skóra, zbyt nieprzyzwyczajona.

Spokojnie rzucił Marek niespodziewanie. No przecież nie od razu.

Kiwnęła głową, sama nie wiedząc, czy to spokojnie było dla niego, dla niej czy dla skrzypiec.

Następnego dnia pojechała do pracowni przy metrze. Nie było w tym nic romantycznego: szklane drzwi, lada, na ścianach gitary i skrzypce, w powietrzu lakier i kurz. Lutnik, młody chłopak z kolczykiem, wziął instrument pewną ręką, jakby trzymał narzędzie pracy, nie drewienko.

Struny na pewno nowe oznajmił. Kołki nasmarować, podstawek poprawić. Smyczek też wypadałoby naciągnąć, ale to kosztuje więcej.

Słowo więcej od razu wzburzyło myśli o rachunkach, lekarstwach, prezencie dla wnuczki na urodziny. Miała już powiedzieć: Dobrze, nie trzeba, ale ugryzła się w język.

A jeżeli tylko struny i podstawek?

Da radę. Będzie grała.

Zostawiła skrzypce, wzięła paragon, schowała go do portfela. Wychodząc na ulicę, poczuła, jakby oddała do naprawy nie rzecz, ale część siebie, którą ktoś ma przywrócić do działania.

W domu otworzyła laptopa, wpisała w Google lekcje skrzypiec dla dorosłych Warszawa. Rozśmieszyła ją ta fraza dla dorosłych. Jakby była jakaś inna kategoria ludzi, którym trzeba tłumaczyć powoli i delikatnie.

Znalazła kilka ogłoszeń. Jedni gwarantowali efekty w miesiąc, inni pisali o indywidualnym podejściu. Zamknęła przeglądarkę, bo robiło jej się nieswojo od obietnic. Ale zaraz otworzyła z powrotem i napisała krótką wiadomość do nauczycielki ze sąsiedniego Mokotowa: Dzień dobry. Mam 52 lata. Chciałabym wrócić do gry. Czy to możliwe?

Wysłała, po czym od razu tego pożałowała. Najchętniej skasowałaby wiadomość, jakby była przyznaniem się do słabości. Ale poszło.

Wieczorem przyszedł syn, Tomasz. Wszedł do kuchni, pocałował ją w policzek, zapytał o pracę. Postawiła czajnik, wyjęła herbatniki. Syn dostrzegł futerał w kącie pokoju.

Mama, to skrzypce? zapytał, szczerze zdziwiony.

Tak. Znalazłam. Myślę żeby spróbować.

Naprawdę? uśmiechnął się, nie drwiąco, raczej zagubiony. Przecież od dawna.

Od dawna zgodziła się. Właśnie dlatego chcę.

Tomasz spojrzał na nią uważniej, jakby widział pierwszy raz nie matkę, która zawsze daje radę, ale kobietę, która czegoś chce dla siebie.

No dobrze powiedział. Ale nie przesadzaj. I daj spokój sąsiadom.

Zaśmiała się.

Sąsiedzi przeżyją. Będę grała za dnia.

Kiedy syn wyszedł, poczuła ulgę. Nie dlatego, iż jej pozwolił ale dlatego, iż nie tłumaczyła się bez końca.

Dwa dni później odebrała skrzypce z pracowni. Nowe struny błyszczały, podstawek stał prosto. Lutnik pokazał, jak poprawnie naciągać, jak przechowywać.

Nie zostawiać przy kaloryferze ostrzegł. W futerale trzymać.

Kiwnęła posłusznie głową, jak uczennica. W domu postawiła futerał na krześle, otworzyła i gapiła się długo na skrzypce, bojąc się, iż znowu coś zepsuje.

Pierwsze ćwiczenie wybrała najprostsze długie smyczki na otwartych strunach. Kiedyś to była nuda i kara, teraz ratunek. Bez melodii, bez oceny tylko dźwięk i próba, by był równy.

Po dziesięciu minutach bolało ją ramię, po kwadransie sztywniała szyja. Odłożyła skrzypce do futerału, zamknęła zamek. W środku narastała złość na ciało, na wiek, na to, iż jest coraz trudniej.

Wyszła do kuchni, nalała wody, usiadła przy oknie. Na podwórku nastolatkowie śmigali na hulajnogach, śmiali się w głos. Zazdrościła im nie młodości, ale braku wstydu przewracali się, wstawali, znowu ruszali i nikt im nie mówił, iż jest za późno, by uczyć się równowagi.

Wróciła do pokoju i znowu otworzyła futerał. Nie dlatego, iż musiała, ale dlatego, iż nie chciała kończyć dnia na gniewie.

Odpowiedź od nauczycielki przyszła wieczorem: Dzień dobry. Oczywiście możliwe. Proszę przyjść, zaczniemy od postawy i prostych ćwiczeń. Wiek nie przeszkadza, tylko trzeba cierpliwości. Czytała dwa razy. Słowo cierpliwość było szczere i od tego zrobiło jej się spokojniej.

Na pierwszą lekcję jechała metrem, ściskając futerał jak delikatny skarb. Ludzie zerkali, niektórzy uśmiechali się. Łapała ich spojrzenia i myślała: niech patrzą. Niech widzą.

Nauczycielka, pani Izabela, okazała się niską, postawną kobietą po czterdziestce, z krótkimi włosami i życzliwym spojrzeniem. W pokoju stało pianino, na półce nuty, na krześle dziecięce skrzypce.

No, zobaczmy powiedziała, prosząc Annę, by chwyciła instrument.

Od razu widać było, iż trzyma źle ramię się unosiło, broda sztywniała, lewa dłoń była nieporadna.

To nic uspokoiła Izabela. Przecież dawno nie grałaś. Najpierw tylko postój. Poczuć skrzypce nie są wrogiem.

Było jej dziwnie wesoło i trochę wstyd: w wieku pięćdziesięciu dwóch lat stać i uczyć się, jak trzymać skrzypce. Ale kryła się w tym swoboda. Nikt nie wymagał, by była dobra. Trzeba było tylko być obecnym.

Po lekcji drżały jej ręce, jak po gimnastyce. Dostała rozpisane ćwiczenia: codziennie dziesięć minut otwarte struny, potem gama, nie więcej. Lepiej mniej, ale regularnie, powiedziała nauczycielka.

W domu Marek zapytał:

No i jak?

Ciężko odparła. Ale w porządku.

Zadowolona jesteś?

Zamyśliła się. Zadowolona to nie to słowo. Czuła lęk, rozbawienie, wstyd i jakieś dziwne, jasne uniesienie.

Tak odpowiedziała. Jakby znów coś robiła własnymi rękami, a nie tylko pracowała i gotowała.

Po tygodniu odważyła się zagrać fragment melodii, którą pamiętała z dzieciństwa. Nuty znalazła w internecie, wydrukowała w pracy, schowała do teczki z papierami żeby nikt nie pytał. W domu ustawiła kartki na prowizorycznym pulpicie z książki i pudełka.

Dźwięk był nierówny, smyczek zahaczał sąsiednią strunę, palce chybiały. Przerywała, zaczynała od nowa. W pewnym momencie Marek zajrzał do pokoju.

No podoba mi się powiedział ostrożnie, jakby bał się spłoszyć chwilę.

Nie udawaj odparła Anna.

Nie udaję. Po prostu… rozpoznawalne.

Uśmiechnęła się. Rozpoznawalne prawie komplement.

W weekend wpadła wnuczka, Zosia. Miała sześć lat, od razu zauważyła futerał.

Babciu, co to?

Skrzypce.

Umiesz grać?

Chciała powiedzieć: Kiedyś, ale Zosia nie rozumiała kiedyś. Dla niej liczyło się teraz.

Uczę się powiedziała.

Wnuczka usiadła na kanapie, rączki złożyła na kolanach jak na przedstawieniu w przedszkolu.

Zagraj.

Anna poczuła, jak wszystko w niej się ściska. Grać przed dzieckiem było trudniej niż przed dorosłym dziecko słyszy prawdę.

Dobrze zgodziła się i chwyciła skrzypce.

Zagrała melodię, którą ćwiczyła całą tygodnię. W trzecim takcie smyczek zjechał, dźwięk zapiszczał. Zosia nie skrzywiła się, tylko przekrzywiła głowę.

Dlaczego tak piszczy?

Bo babcia krzywo prowadzi smyczek śmiała się Anna.

Zosia też się roześmiała.

Zagraj jeszcze raz poprosiła.

Zagrała jeszcze raz. Nie było lepiej, ale nie przerwała z powodu wstydu. Doprowadziła do końca.

Wieczorem, gdy wszyscy rozeszli się do swoich zajęć, Anna została w pokoju sama. Na stole leżały wydrukowane nuty, obok ołówek, którym zaznaczała trudne fragmenty. Skrzypce spoczywały w futerale, futerał zamknięty, ale nie schowany do schowka. Stał przy ścianie, jak znak, iż stał się częścią jej dnia.

Na telefonie nastawiła minutnik na dziesięć minut. Nie po to, by się zmuszać, ale żeby się nie wypalić. Otworzyła futerał, wyjęła skrzypce, sprawdziła, czy kalafonia jest na miejscu, a smyczek naciągnięty. Podniosła instrument do brody, odetchnęła.

Dźwięk był delikatniejszy niż rano. Potem znowu przerwał się w środku. Nie przeklęła. Poprawiła rękę i wyciągnęła kolejny długi dźwięk, słuchając, jak nuta się trzyma, jak drży.

Gdy minutnik zadzwonił, nie odłożyła instrumentu od razu. Dokończyła smyczek do końca, spokojnie włożyła do futerału, zamknęła zamek. Potem ustawiła futerał z powrotem przy ścianie, nie szybko, nie w schowku.

Wiedziała, iż jutro będzie podobnie: trochę wstydu, trochę zmęczenia, kilka czystych sekund, dla których warto otworzyć futerał. I to wystarczało, żeby dalej próbować.

Idź do oryginalnego materiału