Nazywam się Kamil, mam dwadzieścia osiem lat i chyba jestem tym facetem, o którym teściowa opowiada znajomym przy kawie jako o „tym, co żyje na koszt Nataszy". Może i ma rację. Ale zanim ktokolwiek mnie osądzi, niech posłucha, jak to wyglądało z mojej strony.
Poznałem Natalię trzy lata temu w Bydgoszczy, w markecie budowlanym, gdzie wtedy pracowałem jako magazynier. Ona przyszła po farbę do mieszkania, ja jej doradzałem, która lepiej kryje. Śmialiśmy się, iż to najgorszy sposób na poznanie kogoś, jaki można sobie wyobrazić. Pół roku później wprowadziłem się do jej kawalerki na Wyżynach, tej z widokiem na komin ciepłowni i z sąsiadem, który co rano wyprowadza jamnika o tej samej porze, co ja wychodzę po bułki.
Pracowałem w hurtowni elektrycznej. Kierownik, pan Waldemar, potrafił przez telefon krzyczeć na mnie przy klientach, kazał zostawać po godzinach bez nadgodzin, a jak się nie zgadzałem, mówił, iż „są chętni na moje miejsce". W marcu nie wytrzymałem i się zwolniłem. Nie miałem planu, przyznaję. Ale też nie siedziałem bezczynnie — próbowałem najpierw jako dostawca w jednej sieci, potem pomyślałem o kurierce na własną rękę, bo słyszałem, iż przy dobrej organizacji można wyjść na swoje.
Skuter kupiliśmy w czerwcu. Ja i Natalia razem to ustaliliśmy — tak to pamiętam. Ona miała odłożone jakieś dwanaście tysięcy złotych, ja obiecałem, iż oddam z pierwszych zarobków. Model to był używany Yamaha, kupiony od kolegi z Fordonu, w miarę zadbany, ale wymagał wymiany akumulatora i opon, co zjadło część budżetu. Rejestracja w aplikacjach kurierskich zajęła dłużej, niż myślałem — czekałem na weryfikację prawie trzy tygodnie. Potem zamówień było mało, bo w mieście już jeżdżą chłopaki, którzy robią to od lat i mają swoje trasy, swoje godziny szczytu, znają, gdzie zaparkować pod knajpami.
Nie mówię tego, żeby się usprawiedliwiać. Mówię, żeby było jasne: nie leżałem na kanapie z premedytacją. Bywały dni, iż wyjeżdżałem o szóstej rano i wracałem po dwunastu godzinach z zarobkiem sto dwadzieścia złotych, bo aplikacja rozdawała zlecenia tym z wyższym statusem. To zniechęca. Człowiek zaczyna liczyć, czy warto palić benzynę za pięćdziesiąt złotych, żeby zarobić sto.
Tego wtorku, kiedy teściowa Bożena weszła bez zapowiedzi — Natalia rzeczywiście zapomniała dokumentów u matki i musiała po nie jechać — akurat miałem dzień, w którym w aplikacji od rana wisiał komunikat, iż w rejonie jest nadmiar kurierów. Leżałem w spodenkach, bo było gorąco, telefon trzymałem w ręku, bo sprawdzałem właśnie ceny paliwa. Bożena spojrzała na mnie tak, jakby zastała mnie na czymś gorszym niż leżenie na kanapie. Zapytała, czemu nie jestem w pracy. Powiedziałem prawdę: iż nie ma sensu jeździć za psie pieniądze. To zabrzmiało źle, wiem. Ale to była prawda tamtego dnia.
Piwo w sobotę — tak, było. Natalia sama zaproponowała, żebyśmy poszli do chłopaków na osiedle, bo siedziałem zamknięty w domu od tygodnia i zaczynałem, jak to ona mówiła, „gasić się od środka". Dała mi czterdzieści złotych z portfela. Nie prosiłem. To jej decyzja była, nie moja kradzież.
Ale coś we mnie pękło, kiedy Bożena kazała sprzedać skuter. Rozumiem, iż z zewnątrz to wygląda absurdalnie: dom wisi na włosku, a on broni motoru. Tylko iż dla mnie ten skuter to było jedyne, co jeszcze łączyło mnie z jakimkolwiek planem na przyszłość. Sprzedać go znaczyło przyznać, iż nie ma już żadnej wersji, w której się z tego wygrzebię o własnych siłach.
Nie wiedziałem, iż Natalia brała pożyczki od matki i mówiła, iż to na prąd, kiedy prąd był już opłacony. Dowiedziałem się dopiero później, jak wszystko wybuchło. To mnie zabolało bardziej, niż się spodziewałem — nie dlatego, iż ktoś mi dał pieniądze, tylko dlatego, iż ona okłamywała własną matkę, żeby mnie osłonić, a ja choćby o tym nie wiedziałem.
Kiedy Bożena postawiła warunek — Natalia wraca do domu, ale sama — poczułem, iż grunt się usuwa. Powiedziałem to głośno, iż wykorzystuje kłopoty finansowe, żeby nas rozdzielić. Teraz, z dystansu paru tygodni, widzę, iż może nie chodziło o rozdzielanie. Chodziło o to, żeby przestać płacić za mój bilet w jedną stronę donikąd.
Dwa dni po tamtej rozmowie Natalia zadzwoniła do matki z pomysłem kredytu. Nie była to moja inicjatywa, choć się pod nią podpisałem, bo nie widziałem innego wyjścia. Kiedy Bożena odmówiła, Natalia płakała w kuchni przy oknie, a ja stałem w progu i nie wiedziałem, co powiedzieć, bo wszystko, co bym powiedział, brzmiałoby jak kolejna obietnica bez pokrycia.
Trzy dni później przyszło pismo od zarządcy budynku — pięć dni na spłatę albo wypowiedzenie. Tego samego wieczoru zapaliła się lampka w kuchni i nikt z nas nie miał głowy, żeby wymienić żarówkę, więc siedzieliśmy przy świetle z telefonu, licząc, ile jeszcze dni zostało.
W czwartek Natalia spakowała jedną torbę i wyszła do matki. Sama. Stanąłem w drzwiach mieszkania, patrząc, jak znika za rogiem ulicy Fordońskiej, w stronę przystanku tramwajowego. Nie zadzwoniła, iż dojechała. Napisała jedną wiadomość: „Muszę to poukładać od nowa. Beze mnie i bez ciebie na chwilę."
Skuter sprzedałem sam, dwa tygodnie później, za osiem tysięcy sto złotych — mniej, niż kosztował, bo rynek używanych motorów akurat siadł. Przelałem całość na konto Natalii tego samego dnia, z dopiskiem w tytule: „zwrot, część 1 z 3". Zostawiłem sobie tylko dwieście złotych na bilet do rodziców w Toruniu, bo tam miałem przenocować, zanim znajdę coś stałego.
W hurtowni budowlanej przy Wojska Polskiego wzięli mnie na okres próbny w magazynie od poniedziałku. Pierwsza wypłata ma być za miesiąc, siedemnaście dwieście brutto, i pierwszą ratę do Natalii już zaplanowałem, zanim jeszcze dostałem umowę do podpisu.
Bożena nie odbiera moich telefonów. Nie oczekuję, iż odbierze. Ale wysłałem jej esemesa, jeden, krótki: „Skuter sprzedany, pieniądze u Natalii. Reszta w dwóch ratach do grudnia." Nie odpisała. Widziałem tylko, iż wiadomość została odczytana o dwudziestej pierwszej trzynaście, bo mam włączone potwierdzenia — z przyzwyczajenia po tylu miesiącach czekania, aż ktoś w końcu do mnie napisze cokolwiek.











