Skerries

tablicaodjazdowhome.wordpress.com 1 tydzień temu

Od tygodnia wszystkie media trąbiły w Irlandii, iż oto zbliża się najgorętszy weekend roku, więc trzeba było się gdzieś wybrać. Destynacja zawsze jest wynikiem kompromisów – teraz pomiędzy moją możliwością chodzenia, a raczej niemożliwością, a wizją ‚nudy’ mojej córki (muzeum – nuda, kościoły stare – nuda, wycieczka przez las w poszukiwaniu starych celtyckich symboli wyrytych na kamieniach – nuda). W tych okolicznościach morze zawsze wygrywa, bo Mo może siedzieć nad nim godzinami grzebiąc w piachu albo kamieniach, pomimo wstępnego marudzeni (wyyyycieczka, nieeee), ale wszystkie bliskie miejscówy morskie blisko Dublina mamy objeżdżone, więc tym razem wymyśliłam Skerries. Chciałam też sama prowadzić, bo ostatnio mało mam okazji do jeżdżenia po autostradach i zauważyłam, iż oddaję Mi kierowanie jak gdzieś dalej jedziemy, bo on częściej z pracy jedzie w dłuższe trasy, a ja się zaczynam bać jeżdzić autostradą, więc nie zgadzam się na to.

Skerries okazało się bardzo przyjemnym nadmorskim miasteczkiem, z takimi cudeńkami:

Oraz takimi:

Młyn został założony na tych terenach przez mnichów w 12 wieku, były to dwa wiatraki i młyn wodny, częścią posiadłości była także piekarnia, działająca do lat 80tych. Cały kompleks jest w tej chwili własnością gminy, z kawiarnią i sklepikiem z pamiątkami, na weekendy na dziedzińcu odbywa się Farmers Market ze stoiskami typowymi dla farmers market, czyli miody, drewno, warzywa eko, sadzonki itd. Trochę mi szkoda było tych wystawiających, bo wiadomo, iż w tej chwili takie stoisko to żaden biznes, może bardziej jako reklama jakiejś specyficznej działalności, jak na przykład ekologiczna hodowla bydła. Sama miałam ochotę kupić kilo wołowiny od krów karmionych trawą, ale mi się przypomniało, iż znowu rozważam przejście na wege.

Mają tez w Skerries fajną knajpę, o której kiedyś gdzieś czytałam same dobre rzeczy, głównie takie, iż żarcie niewyszukane, ale dobre jakościowo. Rzeczywiście okazało się pyszne. Nie wiem, czemu to takie trudne, żeby mieć po prostu dobre jedzenie, ze świeżych produktów, bez jakiś wyszukanych pomysłów.

Poza tym mają morze, które akurat wczoraj wyglądało zjawiskowo.

Mo pokazuje gwiazdę na jednej ręce

Mi się oczywiście wykąpał (powietrze: 19, woda 10), czego mu strasznie zazdrościłam.

Mi pływa

Poza tym SAUNA nas samym morzem, na czubku cypla, już sobie zaplanowałam wyjście do sauny ze szwagierka w lipcu – 45 minut w saunie, a potem hop do morza! Podobna jest bliżej nas, w innym małym nadmorskim miasteczku Rush i tam goście od sauny sprzymierzyli się z goścmi od jogi i można się zapisać na sesję jogi w sobotę o 8.30, potem sauna 45 min a potem kąpiel w morzu, wszystko za niewygórowaną kasę 30 euro. Tak wyobrażam sobie niebo i przysięgam, iż kiedyś wstanę o tej 7 z sobotę, zjem malutkie śniadanko i pojadę do Rush. Howgh.

Jest coś odświeżąjącego w pojechaniu do nowych miejsc i odkrywaniu dla siebie nowych widoków, zapachów i smaków. Mo nie chciała wracać z plaży, bo wiadomo – kamienie, woda, skały, małże, glony, fale, cóż może być ciekawszego.

Dzisiaj dzień ogrodowy, zamierzam wyciąć suche badyle malin i je spalić, Mo zamierza piec maszmaloły. Ogród woła o ratunek, a kupione petunie o posadzenie.

Idź do oryginalnego materiału