O pierwszej w nocy zadzwonił domofon. Stałam w progu w szlafroku i patrzyłam, jak Kacper wciska guzik jeszcze raz, chociaż już otworzyłam. Siedemnaście lat, sto osiemdziesiąt pięć wzrostu, adidasy porozwiązywane, plecak zsunięty z jednego ramienia. Oczy miał czerwone jak po całonocnym płaczu, choć nie płakał — po prostu nie spał od dwudziestu godzin.
— Babcia Renata, mogę tu przenocować?
Do jego matki napisałam trzy słowa: „Jest u mnie". Telefon warczał na komodzie do drugiej w nocy. Wyciszyłam go i poszłam zaścielić łóżko w pokoju, który kiedyś należał do mojego syna Mariusza.
Mieszkam w Gliwicach, na Sikornikuwej dzielnicy pełnej bloków z wielkiej płyty, trzecie piętro, winda od dwóch lat nieczynna, bo spółdzielnia znowu zbiera na remont. Za oknem w nocy było słychać tylko psa sąsiadów z parteru, który szczekał na każdy przejeżdżający samochód, i szum wentylatorów z pobliskiej piekarni — od piątej rano zawsze pachnie stamtąd świeżym chlebem, cały klatka to czuje.
Rano usmażyłam jajecznicę na trzech jajkach, z boczkiem, tak jak lubił, i milczałam, dopóki sam nie zaczął mówić. Wziął widelec, nabrał kawałek, przełknął.
— Taka jak zawsze, babciu. Mama nigdy nie umie tak zrobić.
A potem opuścił widelec na talerz i się rozpłakał. Nie odezwałam się. Wiem, jak to brzmi, ale znam tego chłopaka od małego — jak go przytulę, zamknie się jak małż i nic więcej nie powiem. Więc siedziałam naprzeciwko z filiżanką kawy zbożowej i czekałam.
— Tata się wyprowadził — powiedział w końcu i wytarł nos rękawem bluzy. — Spakował torbę i wyszedł w środę. Mama rzucała w niego kubkami. Tymi z kompletu, z tym wzorem w maki, wiesz.
Komplet w maki. Kupiłam go Agnieszce, mojej synowej, na piąte urodziny ich małżeństwa, jedenaście lat temu, w sklepie z porcelaną na rynku w Gliwicach. Wahałam się wtedy między nim a zwykłym, białym w złoty pasek. Zosia, moja koleżanka z zakładu fryzjerskiego, gdzie przepracowałam trzydzieści dwa lata, powiedziała mi: „Bierz w maki, Renato, taki wzór się nie znudzi". Cztery kubki się rozbiły, jak mi Kacper powiedział. Dwa zostały.
Mariusz to mój jedyny syn. Urodził się, gdy miałam dwadzieścia cztery lata, a jego ojciec, Zenon, akurat wyjechał na kontrakt do Niemiec — układał instalacje na budowach pod Monachium, wracał raz na kwartał, czasem rzadziej. Wychowywałam Mariusza praktycznie sama przez czternaście lat, aż Zenon dostał wreszcie pracę w Gliwicach, w fabryce podzespołów. Wtedy Mariusz miał już swoje sekrety i pierwszego papierosa wypalonego za śmietnikiem. Zenon próbował nadrobić stracony czas, ale jak nadrobić czternaście lat nieobecności przy gorączkach w nocy i klasówkach z matematyki? Mariusz nigdy mu tego nie wypomniał wprost, ale ja widziałam, jak patrzy na ojca — jak na gościa, który zostaje na niedzielny obiad i zaraz wyjeżdża.
Zenon zmarł sześć lat temu. Zawał, w sklepie, przy kasie, nie zdążyli choćby wezwać karetki na czas. Mariusz płakał na pogrzebie, ale do dziś nie wiem, czy opłakiwał ojca, którego miał, czy tego, którego nigdy nie dostał. Nie pytałam go o to. Może trzeba było.
— Kacper, a ty jak się tu dostałeś? — spytałam, bo dopiero wtedy dotarło do mnie, która to godzina.
— Autobusem nocnym linii N4 z centrum, potem piechotą, z piętnaście minut.
— Sam? W nocy?
Wzruszył ramionami. Siedemnaście lat, w nocy, przez pół miasta z plecakiem, bo w domu latały kubki.
Telefon na komodzie znowu zawibrował. Na ekranie: „Agnieszka". Szósty raz od rana. Nie odebrałam. Kacper spojrzał na mnie z taką ulgą, iż aż mnie ścisnęło w żołądku.
— Babciu, ja tam nie wracam.
Nic mu nie obiecałam. Przez sześćdziesiąt jeden lat życia zdążyłam się nauczyć, iż obietnice składane w piątek rano nad jajecznicą rzadko dożywają niedzieli. Kacper poszedł spać do pokoju Mariusza — wciąż wisi tam stary plakat zespołu, którego nazwy już nie pamiętam, i model żaglówki sklejony trochę krzywo. Zaniosłam mu pościel w zielone paski. Zasnął w minutę. Stałam nad nim chwilę i patrzyłam na jego twarz, tak podobną do twarzy Zenona, iż coś mnie zabolało w środku.
Dopiero wtedy oddzwoniłam do Agnieszki.
— Renata, oddaj mi syna! — krzyczała tak, iż odsunęłam telefon od ucha.
— Agnieszko, on śpi. Jest bezpieczny.
— Nie miałaś prawa go zatrzymywać!
— Sam przyszedł.
— Bo Mariusz nagadał mu głupot do głowy! On jest kłamcą i manipulantem, a teraz wciąga w to dziecko!
Milczałam. Znałam Agnieszkę od piętnastu lat, odkąd Mariusz przyprowadził ją pierwszy raz na obiad — drobną, cichą dziewczynę z apteki przy rynku, która zjadła wtedy dwie porcje żurku i powiedziała: „Pani Renato, nikt tak nie gotuje jak pani". Lubiłam ją. Może choćby kochałam jak córkę, której nie miałam. Ale teraz w słuchawce był ktoś obcy — ktoś, kogo strach zamienił we wściekłość.
— Agnieszko, co się adekwatnie stało między wami?
Milczenie po drugiej stronie trwało długo. W końcu usłyszałam, jak przełyka ślinę, i powiedziała cicho, jakby sama sobie nie wierzyła:
— Mariusz zapisał warsztat na swojego brata. Bez mojej wiedzy. Cały warsztat, Renato. Osiemnaście lat pracy, mojej i jego, poszło na papierze do Tomka, żeby uciec przed komornikiem. On ma długi, o których mi nie mówił. Sto dwadzieścia tysięcy złotych. Dowiedziałam się od notariusza, bo przypadkiem wzięłam nie tę kopertę.
Odłożyłam słuchawkę na komodę i usiadłam. Warsztat samochodowy przy ulicy Toszeckiej, ten, który Mariusz i Agnieszka budowali razem od zera, remontowali starą halę po dawnej masarni, sami kładli glazurę w łazience dla klientów. Wiedziałam o kredycie, o zaciśniętych zębach przez pierwsze lata. Nie wiedziałam o długach.
Nie zadzwoniłam do syna od razu. Poszłam do kuchni, umyłam talerz po jajecznicy, wytarłam blat, chociaż był czysty. Dopiero po południu, gdy Kacper wyszedł na dwór pograć w piłkę z chłopakami spod bloku, zadzwoniłam do Mariusza.
— Mamo, to nie jest twoja sprawa — powiedział od razu, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
— To jest moja sprawa, kiedy twój syn w nocy idzie piechotą przez pół miasta, bo w domu latają kubki. Przyjedź tu jutro. Nie sam. Z Agnieszką.
— Nie przyjadę z nią nigdzie.
— To nie przyjeżdżaj wcale. Ale Kacper zostaje ze mną, dopóki się nie dogadacie jak ludzie, a nie jak w telewizyjnym sądzie.
Zapadła cisza. Potem usłyszałam, jak wypuszcza powietrze przez nos, dokładnie tak jak jego ojciec, kiedy wiedział, iż przegrał.
Przyjechali oboje w niedzielę, osobno, w odstępie dwudziestu minut, i usiedli po dwóch stronach mojego kuchennego stołu, jakby to była linia frontu. Kacper stał w progu, nie chciał usiąść. Postawiłam na stole dwa ocalałe kubki w maki, nalałam do nich herbatę, chociaż nikt nie prosił.
— Powiedz jej, dlaczego to zrobiłeś — powiedziałam do syna.
Mariusz patrzył w kubek długo. — Bałem się, iż komornik zajmie warsztat. Że stracimy wszystko. Chciałem to uratować.
— Uratować przede mną — wtrąciła Agnieszka. — Beze mnie. Jakbym była obcą osobą, a nie tą, która osiemnaście lat kładła tam swoje pieniądze i swój czas.
Kacper w progu powiedział cicho: — Tato, ja to słyszałem przez ścianę. Jak mama krzyczała, iż nie jesteś jej mężem, tylko lokatorem.
Mariusz spuścił głowę. Nikt nic nie powiedział przez dłuższą chwilę, słychać było tylko, jak sąsiedzki pies znowu szczeka na parterze.
W poniedziałek Agnieszka poszła do notariusza sama, bez Mariusza. Wzięła ze sobą teczkę z dokumentami warsztatu — akt notarialny darowizny udziałów, wyciąg z konta firmowego, umowę najmu hali na Toszeckiej. Poprosiła o rozdzielność majątkową, a jej udział w warsztacie, ten, który zdążyła jeszcze zabezpieczyć przed przepisaniem, przekazała formalnie na Kacpra, w depozycie do jego osiemnastych urodzin. Mariusz mógł zostać w firmie i spłacać swój dług, ale bez prawa decydowania o niczym bez podpisu syna, kiedy ten dorośnie.
Zadzwoniła do mnie z korytarza kancelarii. — Renato, on stał pod drzwiami przez całe spotkanie. Nie wszedł.
— Wejdzie, jak będzie miał coś do zaoferowania, a nie do ukrycia.
Kacper został u mnie jeszcze trzy tygodnie, dopóki rodzice nie ustalili grafiku, kto go odbiera na weekendy. W niedzielę usmażyłam mu znowu jajecznicę, tę samą, na trzech jajkach z boczkiem. Zjadł w milczeniu, a potem odsunął talerz i powiedział:
— Babciu, jak dorosnę, chcę prowadzić ten warsztat. Tylko żeby był mój, uczciwie.
Podałam mu drugi z ocalałych kubków w maki i nic nie odpowiedziałam. Postawił go obok swojego talerza i tak siedzieliśmy, we dwoje, przy stole, na którym wciąż stał komplet w maki — o dwa mniej niż powinno, ale wciąż komplet.














