Serwis po matce z Bydgoszczy, do którego nie śmiałam sięgnąć czterdzieści lat
Przez czterdzieści dwa lata trzymałam ten serwis w kredensie tak, jakby był z prochu, a nie z porcelany. Nazywam się Bogumiła, mam siedemdziesiąt jeden lat i mieszkam w Bydgoszczy, w tym samym mieszkaniu na Wyżynach, do którego wprowadziliśmy się z mężem w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim. Zbigniew, mój mąż, siedzi zwykle w fotelu przy oknie i narzeka na hałas z ulicy Kruszyńskiej, choć tramwaj przejeżdża tam raz na piętnaście minut.
Serwis dostałam od mamy na ślub. Dwanaście talerzy, złota obwódka, drobne różowe pąki po środku – produkcja jeszcze z Wałbrzycha, z czasów, kiedy takie rzeczy się kupowało na kartki albo znajomości. Mama powiedziała mi wtedy jedną rzecz, którą pamiętam do dziś: „To masz na całe życie, więc uważaj, bo drugiego takiego nie kupisz". I ja uważałam. Boże, jak uważałam.
Serwis wychodził z kredensu może cztery razy w roku. Wigilia, Wielkanoc, imieniny Zbyszka w kwietniu i czasem, jak przyjechała siostra z Poznania na dłużej. Reszta czasu jadaliśmy na zwykłych talerzach z Pekaesu – takich w kwiatki, tanich, które można było wymienić bez żalu. Kiedy urodził się nasz syn Radosław, a potem córka Marzena, zakaz dotykania „dobrego serwisu" był świętością w tym domu. Dzieci wiedziały, iż łatwiej dostać klapsa niż wziąć do ręki talerz z górnej półki.
Po każdym większym obiedzie myłam te talerze osobiście, w misce, nigdy w zlewozmywaku, żeby się nie porysowały. Wycierałam jeden po drugim, owijałam w papier, wkładałam na miejsce. Rytuał trwał dłużej niż samo świąteczne gotowanie.
Lata mijały. Kupiliśmy nowy zestaw garnków, wymieniliśmy meblościankę na coś bardziej „nowoczesnego", dzieci wyprowadziły się – Radek do Torunia, Marzena w ogóle do Wrocławia. Serwis stał tam, gdzie zawsze. Policzyłam raz z ciekawości: w ciągu czterdziestu dwóch lat użyłam poszczególnych talerzy może trzydzieści razy. Trzydzieści razy w czterdzieści dwa lata.
Do tego zdarzenia doszło w zwykły wtorek, trzeciego marca. Robiłam porządki w kredensie, bo od dawna chciałam przełożyć obrusy. Otworzyłam szklane drzwiczki, popatrzyłam na te talerze poukładane w słupki, i pomyślałam sobie: to jest jakiś absurd. Mam siedemdziesiąt jeden lat, a wciąż czekam na „ważniejszą okazję" niż wtorkowe śniadanie.
Następnego dnia rano nałożyłam sobie na taki talerz kajzerkę z twarożkiem i szczypiorkiem. Zbyszek wszedł do kuchni w piżamie, zobaczył stół i zamarł z kawą w ręku.
– Co to ma być?
– Śniadanie. Środa, nic specjalnego, ale chciałam pojeść z ładnego talerza.
Machnął ręką, powiedział, iż przesadzam, ale usiadł i zjadł swoje jajko na tym samym serwisie, tylko trochę urażony, iż nikt go nie zapytał o zgodę. Potem zaczęłam wyciągać filiżanki. Potem, wieczorami, zdarzało się, iż nakrywałam dla nas dwoje na kolację z kotletem czy z rybą, zamiast na codziennych talerzach. Zbyszek pomrukiwał, iż teraz trzeba to wszystko myć ostrożnie, ale sam nie robił z tego wielkiej sprawy.
Aż do jednego czwartkowego popołudnia w kwietniu, kiedy talerz wyślizgnął mi się z ręki, uderzył o kant blatu i rozpadł się na trzy części. Stałam nad tym przez chwilę z gąbką w drugiej ręce. Poczułam żal, oczywiście – ten talerz był ze mną, odkąd miałam dwadzieścia dziewięć lat.
Zbyszek wpadł do kuchni na hałas, zobaczył kawałki na podłodze i powiedział od razu:
– No i masz. Wiedziałem, iż tak się skończy.
Nie krzyczał, ale ten ton mnie zabolał bardziej niż sam rozbity talerz. Jakbym zrobiła coś nieodpowiedzialnego, coś na skalę katastrofy.
– A co miało się z nim stać, jeżeli w ogóle go nie używamy? – zapytałam.
– Trzymaliśmy go tyle lat właśnie dlatego, iż uważaliśmy.
– Na co? Po co to uważanie, Zbyszku?
Nie odpowiedział. Powiedział tylko, iż to pamiątka, iż takich rzeczy już nie produkują, iż to jest część naszej historii. I miał rację – to była prawda. Ale prawdą było też to, iż nasza cała historia była pełna przedmiotów, które przez połowę życia baliśmy się dotknąć.
Tego samego popołudnia zaczęłam otwierać kolejne szafki. Znalazłam kieliszki na nóżkach, które dostaliśmy na dwudziestą rocznicę ślubu od sąsiadów i użyliśmy może pięć razy. Obrus haftowany przez moją babcię, chowany „na jakąś specjalną okazję", która nigdy nie nadeszła. Tacę owiniętą w gazetę jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, tak dawno, iż gazeta pożółkła. choćby flakon perfum z Paryża, przywieziony przez Marzenę z wycieczki szkolnej, którego używałam kapkami, żeby się nie skończył za szybko.
Zrobiło mi się dziwnie. Nie tyle smutno, co jakoś nieswojo – jak wiele razy w życiu odkładałam to, co najlepsze, na później, które nigdy nie przychodziło.
Wieczorem rozmawialiśmy o tym ze Zbyszkiem przy herbacie. Przyznał, iż rozbity talerz go poruszył, bo ten prezent przypominał mu nasze pierwsze lata, mieszkanie na Szwederowie, zanim się przeprowadziliśmy. Powiedział też coś więcej – iż trzymanie rzeczy w idealnym stanie dawało mu poczucie, iż pewne kawałki naszego życia zostały nietknięte, dokładnie tam, gdzie je zostawiliśmy.
Zrozumiałam go. Ale odpowiedziałam, iż nie chcę dożyć osiemdziesiątki z jedenastoma idealnymi talerzami, z których skorzystaliśmy trzydzieści razy.
Niczego nie wyrzuciliśmy. Nie zamieniliśmy domu w codzienne święto. Wciąż dbamy o rzeczy – myję je ostrożnie, wycieram, chowam z powrotem. Przestaliśmy tylko czekać na jakąś wyjątkową datę, żeby z nich korzystać.
W niedzielę przyjechały wnuki – syn Marzeny, ośmioletni Kacper, i córka Radka, sześcioletnia Zosia. Nakryłam do obiadu tym samym serwisem, co zostało. Marzena, jak zobaczyła stół, zrobiła wielkie oczy.
– Mamo, co my dziś świętujemy?
– To, iż wszyscy tu jesteśmy.
Kacper poprosił, żeby dać mu ten talerz ze złotą obwódką, ten sam wzór, tylko inny egzemplarz. Zbyszek zawahał się przez sekundę, popatrzył na mnie, a potem bez słowa postawił talerz przed chłopcem.
Po obiedzie dzieci pobiegły do pokoju oglądać coś na tablecie, Marzena zbierała ze stołu, a ja zerknęłam na kredens. Drzwiczki zostały otwarte na oścież – nikt ich nie zamknął. Tak zostały do wieczora.












