Miałam sześćdziesiąt siedem lat i przez czterdzieści dwa lata z małżeństwa trzymałam w kredensie serwis, którego prawie nikt nigdy nie widział na stole. Wystarczyło jedno zwykłe środowe śniadanie i jeden pęknięty talerz, żebym zaczęła się zastanawiać, na co ja adekwatnie tyle lat czekałam.
Nazywam się Bogumiła, mieszkam w Bydgoszczy z mężem, Zenonem. Pobraliśmy się w 1981 roku, a serwis dostałam od mamy na wesele — porcelana ze złotym rąbkiem i drobnym wzorkiem chabrów, kupiona jeszcze za jej pierwszej pensji. Mama powiedziała wtedy: „To masz na całe życie, więc uważaj". Wzięłam to sobie mocno do serca.
Przez lata serwis wyjeżdżał z kredensu może trzy razy w roku — na Wigilię, na czyjeś okrągłe urodziny, kiedy przyjeżdżała ciotka z Torunia i chciałam się przed nią pokazać z dobrej strony. Jak urodziły się dzieci, pilnowałam tych talerzy jeszcze bardziej. Zwykłe naczynia mogły się tłuc na kawałki, ale nie te. Synom nie wolno było ich choćby dotykać. Po każdym większym obiedzie myłam je manualnie, wycierałam każdy osobno lnianą ściereczką i chowałam z powrotem do witryny w pokoju.
Z czasem dokupiliśmy zwykły komplet do codziennego użytku, wyremontowaliśmy kuchnię, synowie wyprowadzili się z domu — jeden do Poznania, drugi zostawił w Bydgoszczy tylko na święta — a serwis stał tam, gdzie zawsze. Policzyłam kiedyś, iż niektóre talerze widziały światło dzienne może dwadzieścia razy przez ponad cztery dekady.
Pewnego popołudnia, jak ścierałam kurz w witrynie, przyszła mi do głowy myśl, iż to jest bez sensu. Mam prawie siedemdziesiąt lat i chowam ładne talerze na jakąś istotną okazję, która chyba nigdy nie nadejdzie. Za oknem akurat sąsiad z dołu wyprowadzał psa, tego samego kundelka, co szczeka na każdego listonosza od lat, i pomyślałam, iż choćby ten pies ma więcej z życia niż mój serwis z kredensu.
Następnego ranka położyłam sobie na jednym z tych talerzy zwykłą kanapkę z pomidorem i szczypiorkiem z parapetu. Zenon spojrzał na mnie znad gazety zdziwiony. Powiedziałam, iż nic się nie stało, iż jest środa i mam ochotę zjeść śniadanie z ładnego talerza. Zaśmiał się i rzucił, iż robię się „elegancka jak na przyjęciu ambasady". Potem zaczęłam używać też filiżanek do porannej kawy. Najpierw tylko ja, a po jakimś czasie zdarzało się, iż stawiałam dwa talerze na kolację z jajecznicą albo z rybą.
Zenon trochę marudził, głównie dlatego iż potem trzeba było to myć ostrożnie, ale nie robił z tego wielkiej sprawy — dopóki nie zobaczył, iż wystawiłam serwis choćby na zwykły piątkowy obiad z synową, kiedy ta wpadła tylko na chwilę po drodze z pracy. Wtedy wstał od stołu, poszedł do witryny i po cichu zaczął odkładać talerze z powrotem, jeden po drugim, mówiąc, iż to nie jest okazja na taki serwis, iż można podać zwykłe naczynia, a on sam poda kawę w kubkach. Powiedziałam mu, żeby zostawił talerze na stole. Nie posłuchał. Wtedy chwyciłam go za rękaw i powiedziałam, iż jeżeli odstawi choć jeden talerz z powrotem do kredensu, to ja go wyjmę ponownie za pięć minut, i tak będziemy robić, dopóki któreś się nie zmęczy. Synowa siedziała przy stole i patrzyła to na niego, to na mnie, nie wiedząc, czy ma się śmiać, czy wyjść do przedpokoju. Zenon postawił talerz z powrotem na blacie, mocniej niż trzeba, aż brzęknął, i powiedział, iż robię z tego przedstawienie. Odpowiedziałam, iż przez czterdzieści dwa lata przedstawieniem było właśnie to, iż te talerze stały zamknięte.
Nie rozmawialiśmy potem przy stole prawie wcale. Synowa wyszła szybciej, niż planowała.
Wieczorem, kiedy zmywałam po kolacji, jeden talerz wyśliznął mi się z ręki. Uderzył o krawędź zlewu i pękł na trzy części. Stałam nad tym przez chwilę, nie ruszając się, z gąbką ociekającą wodą, patrząc, jak jeden z odłamków kołysze się na dnie zlewu. Żal mi było, jasne. Ten talerz był ze mną od dwudziestu czterech lat.
Zenon wpadł do kuchni na dźwięk tłuczonej porcelany i zanim jeszcze zobaczył kawałki na dnie zlewu, powiedział: „No i wiedziałem, iż tak to się skończy". Nie podniósł głosu, ale ten ton mnie zirytował bardziej niż sam talerz. Jakbym zrobiła coś nieodpowiedzialnego.
Zapytałam go, czego się adekwatnie spodziewał, iż stanie się z serwisem, jeżeli w ogóle go nie używamy. Odpowiedział, iż tyle lat go trzymaliśmy w całości właśnie dlatego, iż uważaliśmy. Zapytałam: „Po co?" Nie umiał odpowiedzieć. Powiedział, iż to pamiątka, iż takich rzeczy się już nie robi, iż to część naszej historii. To wszystko było prawdą. Ale prawdą było też, iż nasza historia była pełna przedmiotów, które przez pół życia staraliśmy się nie zniszczyć.
Tego samego dnia otworzyłam inne szafki. Znalazłam kieliszki do wina, które dostaliśmy na dwudziestą rocznicę ślubu i którymi prawie nie piliśmy. Obrus po babci, haftowany manualnie, trzymany „na coś specjalnego". Tacę owiniętą od lat w bibułkę. choćby flakonik perfum kupiony kiedyś na wycieczce do Krakowa, którym skrapiałam się kroplomierzem, bo szkoda mi go było zużyć. Wyjęłam obrus, rozłożyłam go na stole kuchennym, nalałam sobie kawy do zwykłego kubka i postawiłam go na haftowanym płótnie, nie podkładając niczego pod spód.
Wieczorem znowu z Zenonem o tym rozmawialiśmy. Przyznał, iż stłuczenie talerza go poruszyło, bo ten prezent kojarzył mu się z pierwszymi latami małżeństwa. Powiedział też, iż jest coś jeszcze. Trzymanie rzeczy w nienaruszonym stanie dawało mu poczucie, iż pewne fragmenty naszego życia zostały dokładnie tam, gdzie je zostawiliśmy. Rozumiałam to. Ale powiedziałam mu, iż nie chcę dożyć osiemdziesiątki z dwunastoma idealnymi talerzami, którymi cieszyliśmy się może dwadzieścia razy.
W zeszłą niedzielę wnuki przyjechały na obiad i nakryłam do stołu tym samym serwisem. Synowa aż otworzyła szeroko oczy i zapytała, czy coś świętujemy. Odpowiedziałam: „Świętujemy, iż jesteśmy wszyscy razem". Jeden z wnuków poprosił o talerz z chabrami, ten sam wzór co reszta, i Zenon zawahał się przez sekundę, po czym sam postawił go przed chłopcem, nalewając mu jeszcze kompotu aż po sam brzeg.
Z pierwotnych dwunastu talerzy zostało jedenaście.
Zadzwoniłam do córki mojej kuzynki, która robi renowacje starej porcelany w pracowni przy ulicy Gdańskiej, i umówiłam się, iż odda mi ten stłuczony talerz sklejony ze złotą szpachlą, tą techniką jak japońskie kintsugi, o której przeczytałam w gazecie. Kosztowało to sto dwadzieścia złotych. Kiedy przyniosłam go z powrotem do domu, postawiłam na honorowym miejscu w witrynie, z przodu, nie z tyłu jak resztę.
Zenon zapytał, po co płacić za naprawę czegoś, co i tak ma teraz rysę na pół talerza.
— Właśnie o to chodzi — odpowiedziałam. — Żeby było widać, iż go używaliśmy.












